niedziela, 21 czerwca 2009

C jak czystość

W minionym miesiącu media obiegła wiadomość o Polaku mieszkającym w Anglii, który zafundował 14-letniemu synowi z okazji urodzin... wizytę u prostytutki. Ów ojciec miał pecha, bo w dzielnicy lekkich obyczajów trafił na policjantkę udającą prostytutkę, dlatego sprawa trafiła do mediów. Za nakłanianie kobiety do nierządu z małoletnim sąd skazał ojca na 10 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu,
a ponadto potępił pomysł zachęcania syna do inicjacji seksualnej z prostytutką. Kuriozum do kwadratu.

Z innej strony, nieco przewrotnie: nie krytykuje się matek prowadzących nastoletnie córki (coraz bliżej 10. roku życia) do ginekologa, by wyjaśnił im zasady antykoncepcji lub wręcz ją zaordynował. I raczej nie słychać pytań, po co ona 14-latce; nie mówiąc już o szkodliwości antykoncepcji w ogóle, a w takim wieku w szczególności.

Od czasu do czasu w prasie pojawiają się ogłoszenia, zapraszające 12- – 14-latki na szczepienia przeciwko rakowi szyjki macicy. Brzmi hojnie i nowocześnie. Tyle że prawda ma mniej pieniędzy, by przebić się na łamy i w związku z tym nie zadaje się głośno pytania, skąd nagła potrzeba zapobiegania chorobie, która jeszcze kilkanaście lat temu dotyczyła jedynie Krajów Trzeciego Świata. Nie mówi się też, że ta choroba jest już stosunkowo łatwo wyleczalna (usuwa się laserem), a nawet do wyeliminowania przez regularne wizyty u ginekologa i cytologię, a także przez wierność. Wystarczyłaby kampania uświadamiająca. Mało tego: ten typ nowotworu w Polsce stanowi jedynie 3 proc. wszystkich nowotworowych zachorowań, a nie organizuje się kampanii związanych np. z rakiem prostaty.
O co więc naprawdę chodzi? Czy rzeczywiście o zdrowie? Niestety, bardziej o pieniądze – producentów, których jest na razie tylko dwóch, a stawka wysoka (szczepionka kosztuje kilkaset złotych!). Ich prawo sięgania po sprytne metody komunikacji i zakamuflowanej reklamy. Ale jak szkoły i inne instytucje organizujące darmowe szczepienia mogą się na to nabierać i zakładać, że 12-letnich dziewczynek dotyczy problem rozwiązłości seksualnej? Jak bardzo można ulec kampaniom producentów szczepionek, które notabene gwarantują tylko 70-proc. skuteczność, a których bezpieczeństwo jest kwestionowane (w USA wytknięto już braki proceduralne w dopuszczeniu szczepionek do sprzedaży i przemilczane negatywne skutki uboczne)? Widać, że bardzo. Bo ogłoszenia o darmowych szczepionkach brzmią lepiej niż najzgrabniejsze reklamy czystości i szacunku dla swojego ciała. Zwłaszcza że z propagowaniem tychże wartości mają problemy sami rodzice.

niedziela, 10 maja 2009

Ś jak środa

Środa z Najświętszym Sakramentem w naszym kościele. Przerwa w środku tygodnia dla złapania oddechu, uporządkowania myśli i próby koncentracji. Chyba nie można było trafniej wybrać dnia do indywidualnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Oczywiście, że dziś nikt nie ma na nic czasu, zwłaszcza na spokojne siedzenie/klęczenie w środku dnia, niemal w środku miasta.
Czas jest darem od Boga. Jak bodajże stwierdził ks. Jan Twardowski, Pan Bóg potrafi świetnie mnożyć czas: gdy ofiaruje się Mu parę chwil swojego czasu na modlitwę, przebywanie z Nim, tego czasu nam – zamiast upływać – przybywa.
Trudne do zrozumienia? Nie trzeba rozumieć ani wierzyć. Wystarczy przyjść w środku tygodnia i poświęcić choćby kwadrans Najświętszemu Sakramentowi.

M jak Maryja

Kim byłaby dziś Maryja, gdyby Anioł zwiastował jej wiosną 2009 roku Dobrą Nowinę? Chyba nie przebiłby się przez myśli zagonionej wiecznie i wspinającej się po szczeblach drabiny zawodowej biznesmenki, biegającej z zebrania na zebranie.
Gdzie odnalazłby dojrzałą, nieskalaną, najczystszą Pannę nad Pannami? Czy znalazłby skromną dziewczynę ze zwykłej rodziny, prowadzącą przeciętne życie, o niezbyt krzykliwej urodzie, dziewczęcym wdzięku, zanadto niewyróżniającą się, ale wystarczająco silną, by znieść wyjątkowy los, dany jej przez Boga i ogłoszony przez Archanioła? Jaką formę przyjąłby dziś ten trudny biblijny los matki poczętej przez Ducha Świętego, a potem patrzącej na niezwykłe dokonania swojego syna i wreszcie jego cierpienie i śmierć?
Maryja była wyjątkowa pod wieloma względami.
Tak jak dziś skromność, uległość, bezwzględne oddanie się Opatrzności i wiara dająca pogodę ducha w jednej osobie są wyjątkowe.

H jak historia

Jak to dobrze, że za sprawą kina i filmów w naszą codzienność pcha się historia – ta dawniej z musu przemilczana, wstydliwie omijana. Od paru lat nie gaśnie zainteresowanie polskich reżyserów losami naszych przodków – zarówno odległych, jak i tych z minionego wieku. Zwłaszcza zainteresowanie tymi drugimi mnie cieszy. Historię współczesną, choć nam najbliższą, traktuje się bowiem często po macoszemu: w szkole czasami nauczyciele nie zdążą dojść do jej gruntownego omówienia, w mediach więcej polityki na temat tej historii niż jej faktów, a w rodzinie – niewiedza lub niechęć do wspominania okrutnej przeszłości.

Film „Generał Nil” Ryszarda Bugajskiego, jeden z kilku już obrazów historycznych tego roku, zastępuje lekcję historii o Kedywie, żołnierzach AK, generale Emilu Fieldorfie. Żaden podręcznik ani przekaz naocznego świadka nie odda brutalności przesłuchań, skali niesprawiedliwości, wręcz dla nas absurdalności wyroków, brutalności traktowania więźniów – niewinnych, a często zasłużonych dla Ojczyzny osób. Dziś, dla współczesnego pokolenia, urodzonego kilkadziesiąt lat po wojnie, dobitnie może to wyrazić tylko film – jakkolwiek by nie oceniać tej produkcji.

Po wyjściu z kina myślałam niemal obsesyjnie o tym, jakie moje pokolenie ma szczęście, że nie żyło ani dnia w tamtym czasie, tych okolicznościach! Z drugiej strony przygniatała mnie natrętna myśl, że to nie tylko film, który można wyrzucić z głowy po przekroczeniu progu kina, najdalej po wejściu do domu. To nie wyobraźnia scenarzysty czy reżysera. Prawda tak okrutna, że aż trudno w nią uwierzyć, gdy żyje się pół wieku po tej zbrodni.

niedziela, 12 kwietnia 2009

T jak tolerancja

Pokazywałam Poznań Amerykance, która pierwszy raz przyleciała do Polski. W drodze z dworca do hotelu przejeżdżałyśmy obok dawnej synagogi przy ul. Wronieckiej. Pokazałam ten budynek, opowiadając jego historię: gdy przez dziesięciolecia, również w wolnej Polsce, był miejską pływalnią. Najpierw Amerykanka była przekonana, że się pomyliłam (poziom mojego angielskiego nie był wiarygodny). Gdy powtórzyłam, a wymowę wzmocniłam odpowiednim wsparciem rąk, zaniemówiła. Powiedziałam, że dopiero teraz – kilkanaście lat po zmianie systemu w Polsce i 60 lat po wojnie zamknięto pływalnię, a Żydzi otrzymali ten budynek i planowana jest jego rewitalizacja.

Następnego dnia poszłyśmy do chluby Poznania – wspaniale odnowionej fary. Amerykanka kontemplowała przez dłuższą chwilę wnętrze świątyni, po czym szepnęła: – Wyobraź sobie, że z tego kościoła zrobiono by basen.

W jak wolność

Rodzice chcą wyciąć rząd choinek w swoim ogrodzie – posadzili je 12 lat temu, by ozdobić brzydki wówczas płot. Po latach zobaczyli, że nie było to dobrym posunięciem. Chcą zamieć choinki na jakieś krzewy, które w obsłudze i pielęgnacji nie będą wymagały tylu sił i nakładów pracy.
Ale w gminie, o której mowa, nie wolno ot, tak sobie w ogrodzie wycinać drzew, które nie są owocowymi i mają powyżej pięciu lat. Pisemny wniosek musi rozpatrzyć urząd miasta. I odbyć wizję lokalną, by ocenić estetyczne konsekwencje pomysłu rodziców na ich działce.
„Czyńcie sobie ziemię poddaną”?

W tym samym czasie w innym kraju naszej europejskiej wspólnoty, słynącej z liberalnego prawa aborcyjnego Wielkiej Brytanii, daje się, czy raczej ułatwia na dotąd niespotykaną skalę, wybór nastolatkom co do zabijania nienarodzonych dzieci. Zapowie-dziano bowiem przełomową nawet w historii tego kraju liberalizację prawa reklamowego: mają zostać dozwolone reklamy doradztwa antykoncepcyjnego i aborcyjnego, de facto również klinik przeprowadzających aborcję. Odpowiednie urzędy i władze tłumaczą to potrzebą edukacji seksualnej nastolatek z powodu zatrważającej, największej dotąd liczby ciąż wśród dorastających dziewczynek. Wiedząc o takich miejscach i mając do nich łatwiejszy dostęp, nastolatki mają dokonywać wyboru… Nie będąc nawet pełno-letnimi, a często i w pełni dojrzałymi.

P jak post i pokora

Wielki Post. Ubywa kopert na daninę diecezjalną w naszym kościele.

Gdy pierwszy raz usłyszałam o „propozycji” wysokości czynszu poznańskiej kurii dla publicznej szkoły przy ul. Głogowskiej, byłam przekonana, że to sensacja godna najlepszych bulwarówek; że na pewno ktoś szuka skandalu. Puściłam mimo uszu.
Gdy doniesienia nie tylko zaczęły się powtarzać, ale dochodziło więcej faktów – wprawdzie donoszonych tylko przez media, nie przez kurię, przecierałam oczy ze zdumienia. Czynsz rzędu 30 zł za metr kwadratowy szkoły dla miasta, podczas gdy Kościół wynajmuje pomieszczenia od miasta dla swojej szkoły za kwotę… 2 zł za metr kwadratowy, musi robić wrażenie, nawet jeśli szukać usprawiedliwienia w potrzebie dużych inwestycji itp. (czego notabene nie słyszałam).
Ale czekałam, aż usłyszę wyjaśnienia nowego-starego właściciela budynku – strony kościelnej. Owszem, pojawiały się jakieś, ale mgliste, niejasne – nie wytrącały orężu z ręki atakujących już nie tylko mediów, ale i nauczycieli, rodziców i samej młodzieży. Zabrakło jasności, udowodnienia, że nie chodzi o łatwe wzbogacenie się Kościoła.

Gdy przeczytałam słowa abpa Gądeckiego komentujące wagary młodzieży, podczas których zorganizowała protest pod pałacem biskupa, oniemiałam. Tak lekceważącej postawy wobec młodych, ale dojrzałych lub dojrzewających uczniów nie spodziewałam się od głowy poznańskiego Kościoła. Zrobiło mi się smutno.
W latach 50. wyrzucano Kościół ze szkół. W 2009 r. Kościół wyrzuca szkołę na bruk. Nawet jeśli zapewnia, że nie to jest jego celem.

PS Ostatecznie miasto ma się porozumieć z kurią co do wymiany budynkami: do czasu zamknięcia formalności kuria zgodziła się na obniżenie czynszu do poziomu, jaki sama płaci za budynki dzierżawione od miasta. Niemniej konsensusu w sprawie budynku szkoły muzycznej (dotkniętej tym samym problemem) do dnia zakończenia tego numeru pisma nie udało się osiągnąć – ogłoszono wyprowadzkę szkoły w 2010 roku.