niedziela, 10 maja 2009

Ś jak środa

Środa z Najświętszym Sakramentem w naszym kościele. Przerwa w środku tygodnia dla złapania oddechu, uporządkowania myśli i próby koncentracji. Chyba nie można było trafniej wybrać dnia do indywidualnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Oczywiście, że dziś nikt nie ma na nic czasu, zwłaszcza na spokojne siedzenie/klęczenie w środku dnia, niemal w środku miasta.
Czas jest darem od Boga. Jak bodajże stwierdził ks. Jan Twardowski, Pan Bóg potrafi świetnie mnożyć czas: gdy ofiaruje się Mu parę chwil swojego czasu na modlitwę, przebywanie z Nim, tego czasu nam – zamiast upływać – przybywa.
Trudne do zrozumienia? Nie trzeba rozumieć ani wierzyć. Wystarczy przyjść w środku tygodnia i poświęcić choćby kwadrans Najświętszemu Sakramentowi.

M jak Maryja

Kim byłaby dziś Maryja, gdyby Anioł zwiastował jej wiosną 2009 roku Dobrą Nowinę? Chyba nie przebiłby się przez myśli zagonionej wiecznie i wspinającej się po szczeblach drabiny zawodowej biznesmenki, biegającej z zebrania na zebranie.
Gdzie odnalazłby dojrzałą, nieskalaną, najczystszą Pannę nad Pannami? Czy znalazłby skromną dziewczynę ze zwykłej rodziny, prowadzącą przeciętne życie, o niezbyt krzykliwej urodzie, dziewczęcym wdzięku, zanadto niewyróżniającą się, ale wystarczająco silną, by znieść wyjątkowy los, dany jej przez Boga i ogłoszony przez Archanioła? Jaką formę przyjąłby dziś ten trudny biblijny los matki poczętej przez Ducha Świętego, a potem patrzącej na niezwykłe dokonania swojego syna i wreszcie jego cierpienie i śmierć?
Maryja była wyjątkowa pod wieloma względami.
Tak jak dziś skromność, uległość, bezwzględne oddanie się Opatrzności i wiara dająca pogodę ducha w jednej osobie są wyjątkowe.

H jak historia

Jak to dobrze, że za sprawą kina i filmów w naszą codzienność pcha się historia – ta dawniej z musu przemilczana, wstydliwie omijana. Od paru lat nie gaśnie zainteresowanie polskich reżyserów losami naszych przodków – zarówno odległych, jak i tych z minionego wieku. Zwłaszcza zainteresowanie tymi drugimi mnie cieszy. Historię współczesną, choć nam najbliższą, traktuje się bowiem często po macoszemu: w szkole czasami nauczyciele nie zdążą dojść do jej gruntownego omówienia, w mediach więcej polityki na temat tej historii niż jej faktów, a w rodzinie – niewiedza lub niechęć do wspominania okrutnej przeszłości.

Film „Generał Nil” Ryszarda Bugajskiego, jeden z kilku już obrazów historycznych tego roku, zastępuje lekcję historii o Kedywie, żołnierzach AK, generale Emilu Fieldorfie. Żaden podręcznik ani przekaz naocznego świadka nie odda brutalności przesłuchań, skali niesprawiedliwości, wręcz dla nas absurdalności wyroków, brutalności traktowania więźniów – niewinnych, a często zasłużonych dla Ojczyzny osób. Dziś, dla współczesnego pokolenia, urodzonego kilkadziesiąt lat po wojnie, dobitnie może to wyrazić tylko film – jakkolwiek by nie oceniać tej produkcji.

Po wyjściu z kina myślałam niemal obsesyjnie o tym, jakie moje pokolenie ma szczęście, że nie żyło ani dnia w tamtym czasie, tych okolicznościach! Z drugiej strony przygniatała mnie natrętna myśl, że to nie tylko film, który można wyrzucić z głowy po przekroczeniu progu kina, najdalej po wejściu do domu. To nie wyobraźnia scenarzysty czy reżysera. Prawda tak okrutna, że aż trudno w nią uwierzyć, gdy żyje się pół wieku po tej zbrodni.