niedziela, 10 maja 2009

H jak historia

Jak to dobrze, że za sprawą kina i filmów w naszą codzienność pcha się historia – ta dawniej z musu przemilczana, wstydliwie omijana. Od paru lat nie gaśnie zainteresowanie polskich reżyserów losami naszych przodków – zarówno odległych, jak i tych z minionego wieku. Zwłaszcza zainteresowanie tymi drugimi mnie cieszy. Historię współczesną, choć nam najbliższą, traktuje się bowiem często po macoszemu: w szkole czasami nauczyciele nie zdążą dojść do jej gruntownego omówienia, w mediach więcej polityki na temat tej historii niż jej faktów, a w rodzinie – niewiedza lub niechęć do wspominania okrutnej przeszłości.

Film „Generał Nil” Ryszarda Bugajskiego, jeden z kilku już obrazów historycznych tego roku, zastępuje lekcję historii o Kedywie, żołnierzach AK, generale Emilu Fieldorfie. Żaden podręcznik ani przekaz naocznego świadka nie odda brutalności przesłuchań, skali niesprawiedliwości, wręcz dla nas absurdalności wyroków, brutalności traktowania więźniów – niewinnych, a często zasłużonych dla Ojczyzny osób. Dziś, dla współczesnego pokolenia, urodzonego kilkadziesiąt lat po wojnie, dobitnie może to wyrazić tylko film – jakkolwiek by nie oceniać tej produkcji.

Po wyjściu z kina myślałam niemal obsesyjnie o tym, jakie moje pokolenie ma szczęście, że nie żyło ani dnia w tamtym czasie, tych okolicznościach! Z drugiej strony przygniatała mnie natrętna myśl, że to nie tylko film, który można wyrzucić z głowy po przekroczeniu progu kina, najdalej po wejściu do domu. To nie wyobraźnia scenarzysty czy reżysera. Prawda tak okrutna, że aż trudno w nią uwierzyć, gdy żyje się pół wieku po tej zbrodni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz