środa, 29 grudnia 2010

Koniec roku

Choć zazwyczaj narzekamy na błyskawiczny upływ czasu, to ja już bym chciała, żeby ten rok się skończył.
Już nie chcę podsumowań i przerabiania tego, przez co jako naród w tym roku przejść musieliśmy. Musieliśmy i już. Już nic się nie odstanie z bezmiaru tragedii, jakie nas - wspólnie i z osobna - dotknęły.
Już mam dość. Już chcę wierzyć, że nie każdy rok, nie każda wiosna, zima muszą być tak tragiczne, okrutne...

piątek, 24 grudnia 2010

Święta, święta!

Narodzenia czas zacząć – tłoczno już na trasach
I codzienne utargi nie mieszczą się w kasach.
W domach i karczmach ciasno od przybyłych gości
Którzy sprawili wielki wybuch życzliwości.
Całe miasto przybrało odświętne oblicze
Zapachniało igliwiem, zapłonęły znicze.
Nad miastem wśród śnieżyc, zawiei i zamieci
Tamta gwiazda z dnia na dzień coraz jaśniej świeci.
Przeźroczyste anioły w powłóczystych szatach
Na wszystkich rogatkach stanęły na czatach
I czujnie wypatrują tej jedynej Pary,
Która dla nas od Boga niesie Dar nad dary.
ks. Kazimierz Wójtowicz CR

czwartek, 23 grudnia 2010

Gorączka przygotowań

Zaginiona paczka z prezentami, tłok w sklepach, korki na ulicach, mało lub wcale nieprzejezdne niektóre trasy, zgiełk domowych przygotowań: buchająca para, palący piekarnik, brakujące produkty, o których przypomni się w ostatniej chwili, telefony, że jeszcze coś na wczoraj w pracy trzeba załatwić, bo klient niecierpliwy lub w podbramkowej sytuacji... Ufff.

2000 lat temu Maryja z Józefem mieli większe zmartwienia...

niedziela, 19 grudnia 2010

Finał pomocy

Pomagamy bezinteresownie. Ale chętnie czytamy komunikaty, jak udała się akcja, w której uczestniczyliśmy. Nie tak dawno pisałam o jednej takiej - Nakarm psa, organizowanej przez portal ogłoszeniowy Szerlok.pl. Gdy wczoraj chciałam kliknąć w celu nakarmienia jakiegoś czworonoga, zaskoczył mnie bardzo miły komunikat - akcja tak się powiodła, że jeszcze kilka dni przed jej planowanym końcem wszystkie wytypowane do akcji psy z dwóch wielkopolskich schronisk dostały specjalne paczki żywnościowe. Mało tego - 17 zwierząt znalazło nowe domy, a ponadto - jak podaje portal:
Schroniska otrzymały dodatkowo od osób biorących udział w akcji:
* ponad 10 tysięcy złotych
* prawie pół tony karmy
* koce, poduchy, zabawki


A ponieważ sama do udziału w akcji zachęcałam, to informuję z przyjemnością.

sobota, 18 grudnia 2010

Najbardziej świąteczne


Każdy z nas ma coś, bez czego nie wyobraża sobie świąt - specyficzne smaki, zapachy, zwyczaje, wręcz domowe rytuały. W tym roku na FaceBooku okazało się, że całkiem spora jest rzesza tych, bez których święta bez "Kevin sam w domu" są nieważne ;) (prawie 2 tys. osób zdołało się podpisać w tym portalu pod petycją "Przywróćcie Kevin sam w domu do bożonarodzeniowej ramówki Polsatu").

Dla mnie tym czymś są PIERNICZKI. Ale nie po prostu pierniczki, tylko ich pieczenie (siłą rzeczy już w adwencie), lukrowanie i... rozdawanie. Nie tyle chodzi, żeby zjeść te ilości wyprodukowane z 1 kg mąki, ile mieć frajdę z ich przygotowania. Oczywiście geneza tej frajdy to wczesne dzieciństwo, męczenie Mamy od listopada "kiedy będziemy piec pierniki", objadanie się surowym ciastem mimo ostrzeżeń Mamy (tylko raz skończyło się bólem brzucha, ale chyba nie żałowałam, choć dziś trudno mi zrozumieć, że surowe, gumowate ciasto tak mi smakowało, no chyba że deficyt słodyczy w latach 80. miał na to decydujący wpływ) i zabawa w foremki do ciasta - która ładniejsza, lepsza itp.

I tak mi zostało. Jestem przedstawicielką co najmniej trzeciego pokolenia korzystającego z niezawodnego przepisu i sposobu na pyszne pierniczki, więc jakby ktoś reflektował (jeszcze nie jest za późno), to chętnie udostępnię. Przepis. Bo pierniki trudno przekazać przez Internet :)
Mniam...

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Święta Łucja


W Skandynawii bardzo żywa jest tradycja obchodzenia święta św. Łucji - patronki światła, przypadającego na 13 grudnia. Tego dnia orszak dziewcząt (pierwotnie dziewic) o świcie idzie ze światłem - na czele orszaku kroczy dziewczyna z wiankiem ze świec, pozostałe zaś trzymają po świeczce w rękach. Z pieśnią "Sankta Lucia" na ustach budzą ludzi.

Tak to brzmi i wygląda:

czwartek, 9 grudnia 2010

Dla dorosłych i dla dzieci...


... robimy minikiermasz świąteczny w parafii.

W niedzielę zaczynają się nasze adwentowe rekolekcje. Tego dnia przed kościołem będzie można oddać krew w autobusie Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa, a czekając na swoją kolejkę lub idąc do kościoła, można będzie wstąpić do salek przy kancelarii i nabyć własnoręczne wyroby parafian: począwszy od ciast upieczonych przez młodzież, przez ozdobne stroiki - dzieło rąk florystki p. Emilii oraz własnoręcznie wykonane (różnymi technikami) anioły (lub ozdoby z nimi) przez dyrygentkę chóru Campanelli p. Beatę. Do tego nasze - własne - książki (wspólnego autorstwa), kalendarze na 2011 rok oraz wigilijne dzieło Caritas, czyli świece.
Oczywiście cały dochód przeznaczony zostanie na różne charytatywne inicjatywy - pomoc domowi dziecka w Kosewie, wsparcie wydania płyty Campanelli, wyjazd na ferie parafialnych dzieci i młodzieży - celów jak zwykle nie brakuje...

Zapraszamy serdecznie od 9 do 14!

środa, 8 grudnia 2010

Oczami Japonki

Gdy przeżywałam mój najbardziej osobliwy adwent w Danii, o czym poprzednio, czas w dużej mierze płynął mi na przygotowaniach do świątecznego kiermaszu przy parafii, w której życiu przez te miesiące uczestniczyłam. Masowo więc robiłam na drutach - krasnale, rzecz jasna, ucząc tejże sztuki również japońską koleżankę - Masumi (japońska rzetelność objawiała się w równiutkich rządkach i oczkach).

Kiedyś tak siedziałyśmy, wspólnie robiąc na drutach, gdy Masumi zapytała, o co tak właściwie chodzi w te święta. "O Boże Narodzenie" - wyjaśniłam, korzystając z terminu religijnego, którego się potocznie w Danii nie używa.
- No, ale jak to Bóg się urodził, skąd o tym wiecie... - z powątpiewaniem i bezradnością na twarzy zapytała moja bardzo dociekliwa koleżanka.
No to nie pozostało mi nic innego, jak zacząć od Adama i Ewy - autentycznie, i do tego po duńsku, który ani moim, ani jej ojczystą mową nie był!. Uff... Napociłam się, namęczyłam, nim doszłam do terminu "zbawienie".

Tego już Masumi w ogóle, mimo synonimów, pojąć nie mogła. Odkupić? Kogo, za co? Życie wieczne? Ale że jak - w trumnie? Dzień minął na wykładzie z bardzo ogólnych idei chrześcijaństwa, które - nie powiem - bardzo ją ujęły, wręcz wzruszyły (no bo jak to, dać się niewinnie ukrzyżować dla innych?!?).
Kiedy ją spytałam, czym zatem są dla niej te Święta, to potrafiła jedynie powiedzieć, że okazją do dawania prezentów (w listopadzie musiała nadać paczkę, by dopłynęła na czas do rodziny), ale skąd one, tego nie wiedziała. Gdy zapytałam o wiarę w jej kraju, usłyszałam, że owszem pokolenie babć (tych już nielicznych, co przeżyły Hiroszimę), wierzy w różnych bogów (bożków?), ale ona nie wie nawet co to za religia. Wie, że pali się czasem jakieś świeczki, coś tym bogom ofiarowuje... Ale ona w sumie nie wie po co i w to nie wierzy. Więcej nie zdołałam z niej wycisnąć.

Za to uświadomiłam sobie, jak trudno mówić o Bogu komuś, kto nigdy dotąd o Nim nie słyszał! A dziś, 10 lat później, myślę, że potrzebujemy silnej formacji, bo takie przypadki będą nam się zdarzać znacznie częściej, tu w Polsce...

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Specyficzny adwent

Najbardziej osobliwy dotąd adwent przeżyłam w Danii. Spędziłam tam 10 lat temu rok szkolny, a zatem i najważniejsze okresy liturgiczne.

Adwent w Danii upływa pod znakiem radości, zabawy (hucznej) i wszędobylskich krasnali. Krasnale te jednak nie są bohaterami pozytywnymi; to złośliwe, chytre, wręcz wredne bestie, winne wielu psot i żartów. Adwent mija więc Duńczykom na różnego rodzaju wygłupach i wzajemnym wkręcaniu się. Oraz na kupowaniu krasnali w każdej postaci. Dosłownie, aż do obrzydzenia (ta gorączka nie dotyczy bowiem tylko dzieci).

Wszędzie odbywają się tzw. gwiazdkowe lunche. [W potocznym języku duńskim nie ma religijnego określenia na Święta Bożego Narodzenia, nie ma religijnej etymologii terminu, stąd mowa tam raczej o gwiazdce]. Spotkania te są mocno zakrapiane, wręcz zalewane (w Polsce - w porównaniu do Danii - pije się przyzwoitego grzańca, w Danii - miesza się w wielkiej misie wszystko, co uczestnicy danego spotkania przynoszą z procentami. Czym to skutkuje - mogą sobie Państwo wyobrazić). W efekcie w Kopenhadze od pierwszej niedzieli adwentu widać nie pojedyncze postaci poruszające się zygzakiem po ichnim deptaku, ale całe grupy tak wałęsające się, krzyczące lub bełkoczące coś (chyba kolędy) pijacko. Obraz to nędzny, jak się temu bliżej przyjrzeć przez pryzmat liczb o alkoholizmie tego narodu (nie jest dobrze, jak ostatnio donosił chrześcijański dziennik "Kristeligt Dagblad").

Efekt adwentowych balang najlepiej opisywała czytanka dla uczących się duńskiego, którą przerabialiśmy z wielkim zdumieniem na pierwszym roku studiów. Opowiadała o tym, jak Duńczycy nienawidzą świąt, bo są skacowani, niewypsani i przepici po ok. 20 dniach adwentu i wcale niemiły jest im wspólny rodzinny posiłek z tradycyjnym dorszem w roli głównej.

To ja wolę polską rzeczywistość, nawet jeśli zbyt zabieganą po sklepach...

niedziela, 5 grudnia 2010

Międzynarodowy Dzień Wolontariusza - to dziś


Od dziewięciu lat dzięki ONZ obchodzimy Międzynarodowy Dzień Wolontariusza. To ukłon wobec wszystkim form wolontariatu: świeckiego (wielu świeckich pracuje w hospicjach, fundacjach opiekujących się chorymi czy choćby w takich świetlicach jak ta księży zmartwychwstańców u nas w parafii), kościelnego (od zarania dziejów), pracowniczego (wiele firm funduje pracownikom dzień wolny i środki na realizację dobrego społecznie czynu, robią to z dobrego serca swoich szefów lub dla swojego dobrego imienia).

A ja wspomnę o jeszcze innej formie wolontariatu - misyjnego. Do takowego przygotowuje Salezjański Ośrodek Misyjny Don Bosco, który zajmuje się głównie wychowaniem oraz kształceniem dzieci i młodzieży w krajach najuboższych. Robi to rękoma wolontariuszy z całej Polski, w różnym wieku, z różnym wykształceniem. Łączy ich wiara w Boga i chęć bezinteresownej pomocy poprzez swoje umiejętności. Jak napisał w informacji prasowej ks. Maciej Makuła SDB, "od 2003 roku wolontariusze wyjeżdżają na placówki misyjne w Azji, Afryce, Ameryce Południowej oraz w takich krajach europejskich jak Ukraina i Albania. Wspierają pracę misjonarzy w szkołach, przedszkolach i internatach. Po powrocie większość z nich stwierdza, że wolontariat misyjny był najważniejszym doświadczeniem ich życia". Warto dodać, że niektórzy nie wracają, bo tam, na drugim końcu świata (patrząc z perspektywy Poznania czy Warszawy), odkryli swoje powołanie, swój cel w życiu i szczęście.

Przy okazji na łamach "JJZ" postaramy się przybliżyć pracę ośrodka, a teraz w imieniu salezjanów zapraszam:

W ramach Międzynarodowego Dnia Wolontariusza zapraszamy na wigilijny zjazd wolontariuszy w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym. Hasło spotkania: Adwentowa łaska remontu. Nie zabraknie opowieści z misji. Obejrzysz trzy prezentacje wolontariuszy z Zimbabwe i jedną z Betlejem. Siostra salezjanka opowie nam o swojej pracy w Ghanie.
Spotkanie odbędzie się w dniach 10-12 grudnia 2010 w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie.

piątek, 3 grudnia 2010

Plac Wolności dawniej i dziś

Chodząc, może nawet codziennie, przez Plac Wolności, pewnie częściej koncentrujemy się na tłumie na chodniku, śmieciach, źle zaparkowanych samochodach, utrudniających nam ruch, aniżeli na architekturze okalających plac kamienic czy jego atmosferze. W najlepszym wypadku myślimy o tym placu jako o punkcie spotkań poznaniaków.

Otwarta wczoraj w Ratuszu, już 10., wystawa z cyklu "Ulice i zaułki Poznania" poświęcona jest właśnie Placowi Wolności, jego kamienicom i ich mieszkańcom. Drugie piętro Ratusza zaprasza nas na spacer po Placu przez ostatnie ponad 200 lat, czyli od początków tego miejsca (Muszej Góry) - dawniej obrzeża miasta. Autorom wystawy udało się zgromadzić bardzo liczne pocztówki i fotografie (świetnej jakości!) z każdego okresu. Obrazują one każdy budynek, a często również ich mieszkańców: właścicieli domów handlowych, restauracji i kawiarni. Ogłoszenia reklamowe, kaligraficznie wypisane pocztówki, zdjęcia z wnętrz lokali przenoszą nas do XIX w. czy początku minionego.
Kilka tablic poświęconych jest jednemu z okazalszych budynków - siedzibie Księgarni Św. Wojciecha. Nie brakuje też archiwalnych, przedwojennych numerów "Przewodnika Katolickiego", tam właśnie wydawanego.



Warto udać się na wystawę, a potem przejść się po dzisiejszym Placu Wolności. I przekonać się, o ilu to rzeczach się nie wiedziało...

Przypomnę, że w każdą sobotę poznańskie muzea są BEZPŁATNE, a wystawa będzie czynna do 31 stycznia następnego roku. Do tego dla zwiedzających przygotowano konkurs, w którym można wygrać nagrody sponsorowane przez niektórych dzisiejszych lokatorów kamienic Placu Wolności.

(Fot. Materiały prasowe Muzeum)

Nakarm dzieci i psy

Adwent sprzyja akcjom charytatywnym i wzbudza w wielu przedsiębiorcach i organizacjach chęć udziału w nich lub wręcz ich inicjowania.
W całym kraju od wielu lat już Caritas poprzez sprzedaż świec dba o to, by najubożsi też mieli święta; w parafii co roku wydajemy kalendarz, którego dochód przeznaczamy na szczyty cel (w tym rok parafia postara się pomóc domowi dziecka, Akcja Katolicka planuje paczki dla chorych i samotnych); w tym roku również nasza parafialna florystka, pani Emilia, przygotowuje piękne adwentowe stroiki na stół - by urozmaicić tę ofertę (do kupienia w niedziele).


Zaiste, wiele mamy okazji do finansowej pomocy potrzebującym. Ale są też inicjatywy, które nas poza odruchem nic nie kosztują. Takową jest akcja Nakarm psa zainicjowana przez ogłoszeniowy portal rodem z Poznania - Szerlok. Wystarczy tu kliknąć, http://szerlok.pl/nakarm_psa/, wybrać psa i go "dokarmić" kliknięciem, a właściciel portalu wyśle wielką paczkę żywności do schroniska dla tego właśnie zwierzęcia.

Piszę o tym nie tyle, by chwalić przedsiębiorcę (chociaż - czemu nie?!), ale by Drogich Czytelników zachęcić - do klikania właśnie!
Przy okazji warto przypomnieć inną tego typu akcję - od której chyba takie działania się zaczęły - to słynny Pajacyk (www.pajacyk.pl).
Zapraszam!

wtorek, 30 listopada 2010

Ojciec Karol Meissner o in vitro

Duszpasterstwo Pracowników Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu wczoraj gościło o. Karola Meissnera, który mówił o in vitro, skupiając się na obowiązujących w Polsce aktach prawnych związanych z in vitro (a dokładnie takich, które praktycznie wykluczają w ogóle tę procedurę) oraz na faktach: jak przebiega zabieg, czym jest. Rzeczowo, merytorycznie, tak jak wypowiada się ten doświadczony i mądry benedyktyn, lekarz, znawca ludzkiej psychiki.

Moją uwagę przykuło zwłaszcza sformułowanie o. Meissnera o tym, że jeśli kobieta (nie użył słowa para) pragnie in vitro, to oznacza, że widocznie nie kocha swojego męża (bo jej nie wystarcza, skoro za wszelką cenę chce dziecka) oraz że mamy do czynienia z kryzysem małżeńskim i takowy powinniśmy leczyć. Ale nie za pomocą in vitro! Prelegent zwrócił uwagę, że małżeństwo jest sakramentem, a rodzicielstwo jedynie zadaniem, dlatego nie mówione, że każde małżeństwo musi być rodzicami, gdyż sakrament spełnia się między mężem i żoną, bez udziału ich dzieci, i to najwyższa wartość dla małżonków. Piękne słowa, szkoda, że stanowiły tylko dygresję, wszak mogłyby niejednego strapionego podeprzeć na duchu...
Przyznaję, że takie ujęcie jest dla mnie miłym novum. Od kilku długich lat wyraźnie czuję presję, że małżeństwo dzieci mieć MUSI. Może nie zawsze jest ona artykułowana wprost, niemniej przekaz (w tym wielu duchownych) jest tak formułowany, że każde małżeństwo, które potomstwa się nie doczekało, czuje się pod ostrzałem: że wybrało karierę, że za długo zwlekało, że niedojrzałe, egoistyczne (takie oskarżenia padają pod wspólnym adresem, więc dotyczą też tych, którzy cierpią na niepłodność, a ta jest udziałem ok. 20 proc. par). Dochodzi do tego podejrzliwość osób bliskich, przez postronne - z tej samej klatki czy ulicy, po polityków. [Wspomnę tylko pomysł posłanki PiS-u o opodatkowaniu WSZYSTKICH bezdzietnych par - bo nie spłodziły dzieci, które by je na starość utrzymały - kto nie słyszał tej wypowiedzi, temu zaręczam: to nie primaaprillisowy żart!).

Wątek o kryzysie małżeńskim był jedynie epizodem, cały wykład koncentrował się wyłącznie na najważniejszej kwestii - DOBRU DZIECKA. Tego poczętego, nawet jeśli w laboratoryjnym urządzeniu.
Więcej o tym na łamach kolejnego numeru "Ja Jestem Zmartwychwstaniem", który tradycyjnie po publikacji będzie dostępny na stronie WWW dwutygodnika.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Świat według Amerykanów

Co jakiś czas od 10 kwietnia odnoszę wrażenie, że jestem na planie jakiegoś dramatu lub filmu sensacyjnego, tak trudno uwierzyć w rzeczywistość tego niebywałego w naszej historii roku...

Ale dziś, gdy tylko usłyszałam wiadomości o "rewelacjach" WikiLeaks, poczułam się niczym w komedii i kilka razy upewniałam się, czy nie śnię. No, może raczej mowa komedio-dramacie. Tytuł? "Świat według Amerykanów".

Tak śmieszno, że aż straszno?

Chyba najbardziej utytułowany scenarzysta filmowy i dramaturg nie wymyśliłby lepszych scenariuszy, jak te, które każe nam grać życie. Tu i teraz.

niedziela, 28 listopada 2010

Święta dla ducha, nie dla brzucha!


Zawsze z początkiem adwentu słyszę zewsząd utyskiwania, jaka to komercja, jak to handlowcy i marketingowcy obrzydzą każdemu czas przygotowań lub nawet Świąt i odwiodą od spraw wiary, duchowości. Ale zamiast narzekać, można coś zrobić, by nieco zahamować ten komercyjny pęd.
I tak, jak usłyszałam od znajomego księdza ze Zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa, różne ru-chy ewangelizacyjne w Częstochowie w tym roku dzisiaj ruszają z kampanią „Święta dla ducha, nie dla brzucha!”. W ramach tej akcji młodzi będą się wszę-dzie starali dotrzeć z owym przesłaniem. Zwłaszcza w marketach, gdzie przy okazji ogłaszania jakże chwytliwego hasła (na koszulkach i plakatach), będą zbierać produkty (prezenty) dla najuboższych i dzieci z domów dziecka oraz namawiać do czynienia dobra, zwrócenia uwagi na bliźnich i dzielenia się.

Przenosząc tę akcję na nasz grunt, dodałabym do niej nasze ziarenko: każdego dnia adwentu na stronie www.jajestemzmartwychwstaniem.pl możemy chwilę poświęcić duchowemu przygotowaniu do Świąt, czytając przygotowane przez ks. proboszcza Adama Błyszcza CR rozważania nad Ewangelią.
Te ponad cztery tygodnie adwentu mogą nam też upłynąć na zastanowieniu się, jak nie tylko konsumpcyjnie spędzić nadchodzące Święta, tak by były - zwłaszcza - dobrodziejstwem dla naszego DUCHA.
Owocnych przemyśleń życzę!

czwartek, 25 listopada 2010

Kościół do mediów

Gdy przyjrzeć się relacjom mediów z Kościołem i vice versa, często można dojść do wniosku, że obie strony mają o sobie wzajemnie mniemanie twierdzy nie do zdobycie. O tym, że tak nie jest, lub że tak bynajmniej być nie musi, od trzech bodajże lat próbują przekonać trzy osoby - organizatorzy warsztatów dla rzeczników szeroko pojętych instytucji kościelnych (diecezji, zgromadzeń i zakonów, parafii, organizacji). Są to: p. dr Monika Przybysz (UKSW), rzecznik Konferencji Episkopatu ks. dr Józef Kloch, szef Centrum Informacji Zakonnej o. Jan Maria Szewek. Ludzie świetnie nie tylko rozumiejący potrzebę komunikowania z mediami, ale i znający media.

Tegoroczne zajęcia (które mają przede wszystkim charakter warsztatowy) były poświęcone Kościołowi na wizji i radzeniu sobie z sytuacjami kryzysowymi, zatem trudnymi, kontrowersyjnymi, których nie uniknie się nigdy, ale których skutki można zmniejszyć albo którym często można zapobiegać - jeśli dysponuje się wiedzą, warsztatem.
Prawie trzy dni spotkań z fachowcami, praktykami z największych telewizji w Polsce i firm, ćwiczenia z kamerą i mikrofonem, godziny spotkań z osobami zajmującymi się komunikacją w Kościele, wymiana wiedzy, doświadczeń w pogodnej atmosferze. Wszystko to sprawia, że organizatorzy z roku na rok zachęcają coraz większe grono do uczestnictwa, a co za tym idzie - do działań public relations w ich kościelnych środowiskach. To właśnie takim zajęciom oraz postawie ks. Klocha (który moim zdaniem świetnie radzi sobie na styku Kościół-media) Kościół jest bliższy mediom, a media Kościołowi. Świadczy o tym fakt, że większość diecezji ma już swojego rzecznika, a coraz częściej parafie tworzą tę funkcję, nierzadko powierzając je osobom świeckim.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Proste rozwiązanie - recepta na wszystko

W blogu mojego zaprzyjaźnionego rzymskiego blogera przeczytałam coś, czym śpieszę się podzielić dalej, co nie wymaga ani polecenia, ani komentarza.
„Najkrótsza odległość, jaka dzieli problem od jego rozwiązania, to odległość, jaka dzieli twoje kolana od podłogi”.

Za to polecić mogę Mruczanki franciszkanina (kliknij), bo tam więcej takich pięknych perełek.

niedziela, 21 listopada 2010

Ponad pomnikami i tronami

W tym roku Uroczystość Chrystusa Króla jest wyjątkowo nagłośniona. Bynajmniej nie dlatego, że katolicy bardziej czczą i wielbią Chrystusa niczym Króla, ale za sprawą dwóch inicjatyw: końca budowy kolosalnej statui Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie oraz intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Polski.

Nie identyfikuję się z żadną z nich, ale dobrze, że zaistniały. Wskazują bowiem, że nasza katolicka wspólnota jest bardzo pojemna: pomieści i zwolenników, i przeciwników takich pomysłów, jak i osoby, którym one do szczęścia ani do życia nie są potrzebne - które czczą Jezusa Króla w swoim sercu i swoimi czynami bez względu na jakość i liczę pomników.
Niewątpliwą zasługą obu przedsięwzięć jest to, że przypomniały społeczeństwu coraz bardziej oddalającemu się od Boga o tym, kim jest Chrystus i o Jego wszechpotędze. O tym, że jest w naszym życiu – niestety bywa i tak, że tylko za sprawą pomnika.

Czy z tego coś głębszego wyniknie? Niestety, śmiem wątpić. Pomnikowi ze Świebodzina, choć jest on o 3 m większy od kolosa z Rio de Janeiro, uznanego za kolejny cud świata, daleko (na razie?) do tak wymownej symboliki, jaką udało się osiągnąć w tym brazylijskim mieście dzięki posągowi Chrystusa Zbawiciela. Inicjatywa świebodzińska jawi mi się raczej jako próba naśladownictwa lub współzawodnictwa na „naj-” (-większą, wyższą)… (może dlatego, że wciąż mówi się tylko o rozmiarach, wielkości, wadze...). Jednakże wierzę, iż zrodziła się ze szczerych intencji ludzi, którzy dla swojej wiary w moc Chrystusa potrzebują ogromnego posągu. Szkoda tylko, że nie ma on wiele wspólnego ze sztuką i prawdziwym dziełem (jak to było w średniowieczu, gdy dla Bożej chwały wznoszono wieże do nieba), a jest jedynie rzemieślniczym wytworem. Trudno bowiem twórców świebodzińskiej statui posądzać o szerzenie estetyzmu, co udawało się budowniczym średniowiecznych katedr.

Druga inicjatywa – intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Polski raczej wywołuje więcej zamieszania, wręcz konflikt. Jak sądzę – w dużej mierze za sprawą języka, jakim posługują się inicjatorzy, ciskający gromami w każdego, kto choćby wyjawi cień wątpliwości w słuszność ich akcji, a nawet zarzucający „zdradę środowisk kościelnych względem królewskiej godności Jezusa”.

Chrystus Król, jak wierzę, jest ponad pomniki, trony, pałace, tytuły i patronaty i co roku w Wielkanoc przypomina nam, że Jego tronem jest Krzyż.

czwartek, 18 listopada 2010

Telewizyjna masakra

Najpierw widziałam stronę internetową, bo kolega z pracy chciał pokazać mi wykorzystany na niej pomysł. Potem mąż opowiadał, że wszyscy oglądają i się nabijają. Przy okazji widziałam gdzieś zwiastun nowego „wielkiego show” w TVN. A jeszcze później usłyszałam, że znajomi uważają, iż program „Top Model” jest najlepszym kabaretem, bijącym na głowę kabaretony itp. przeglądy zawodowych komików. Oglądają go też fani horrorów i również mówią, że w tej kategorii zajmuje czołowe miejsca.
Zatem obejrzałam. I podzielam powyższe opinie – można zrywać boki ze śmiechu do czasu… gdy dojdzie się do refleksji nad tym, że program ten nie był przewidziany jako satyryczny. To się dzieje naprawdę! Uczestniczki chyba – w swojej głupocie, w której utwierdza je co bardziej nonszalancki lub wulgarny członek jury – nie zdają sobie sprawy, jak wielkim pośmiewiskiem się stają i jak głęboką krzywdę sobie wyrządzają.
Mogę zrozumieć, że nie brakuje niedojrzałych i po prostu głupich 18-latek, które twierdzą, że wiedzą, czego chcą w życiu (zostać „tap madel”) i że w tym (a właściwie młodszym!) wieku trzeba startować do show-biznesu, jeśli chce się robić taką karierę. Tylko że przykład i zachowanie przewodniczącej jury (powyższy cytat to z niej) nie rokuje tym dziewczynom najlepiej – dążą do jej ideału: kaleczącej język polski przez wypełnione botoksem (lub sprawiające takie wrażenie) usta pustej kobiety w stylu barbie. I nawet jeśli przychodząc do programu, przejawiały inteligencję, w tej maszynce do robienia kariery modelki (i pieniędzy), musiały ją zatracić, bo zajmują się i ekscytują takimi sprawami, o których żaden normalny człowiek by nie pomyślał. Siedzą w „domu modelek”, nic nie robiąc (!), a jedynie łamiąc sobie głowę np. nad tym, co będzie ich kolejnym zadaniem (tj. jaki temat sesji, ile będą miały klatek – zdjęciowych, rzecz jasna), albo czy aby na pewno w ostatnim zadaniu odpowiednio ułożyły duży palec prawej stopy i czy nowy pieg na lewym ramieniu nie przekreśli ich „kariery”. Ludzie!!!
No i smutno się robi, gdy człowiek pomyśli, że do programu waliły tłumy. A jeszcze większe pewnie wcale nie podchodzą do tego programu jak ja i moje grono znajomych.

Długo nie musieliśmy czekać na wytwór popkultury rozpychającej się w naszym kraju łokciami od około dwóch dekad. Bo nie mam pewności, że uczestniczki „Top Model” właśnie nim są.
Ale zaraz, zaraz… przecież to już naście lat temu rekordy popularności robił „Big Brother”! I czego ja się czepiam w „Top Model”!

środa, 17 listopada 2010

Ustawowy problem rodzinny

Tylko do 21 listopada można składać podpisy pod obywatelskim projektem ustawy o uchyleniu Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, która – wbrew protestom środowisk kościelnych - weszła w życie w sierpniu br.
Ustawa ta daje bardzo szerokie (zbyt!) uprawnienia urzędnikom do ingerencji w życie rodzinne – wystarczy czyjaś skarga, by urzędnicy mogli nawet odebrać dziecko rodzicom aż do wyjaśnienia sprawy w sądzie (oczywiście ujmując zapisy ustawy w skrócie). Faktem jest, że intencje ustawodawców były dobre: budzące grozę informacje o maltretowanych dzieciach, pijanych rodzicach znęcających się nad dziećmi, którym nikt nic nie mógł zrobić w świetle prawa. Ustawa miała to poprawić.
Tyle że świat nie jest czarno-biały. Jak zauważają środowiska walczące o dobro rodzin (prasa katolicka stale wraca do tematu), większa ingerencja państwa i urzędów w życie rodzinne może zachęcić dzieci do składania skarg i donosów na rodziców (obrażone chwilowo na rodzica dziecko zawsze znajdzie pretekst, to zaś może – w myśl obecnej ustawy – skutkować zabraniem rodzicom dziecka). W konsekwencji może to wpłynąć na rozluźnienie więzów rodzinnych i pozbawić rodzin ich podstawowej funkcji – wychowawczej.
Początkowo miałam potężny dylemat – z jednej strony przypominam sobie małe dzieci, które wypadły przez okno albo zostały skatowane przez pijanego ojca, a potem walczyły miesiącami o życie (bo nikt w porę nie zareagował lub nie mógł nic zrobić), a z drugiej mam przed oczami słynną sprawę Róży, odebranej rodzicom, bo rzekomo (m.in. z powodu biedy) nie radzą sobie z wychowaniem licznej gromadki dzieci. Pytanie, ile i jakich przypadków jest więcej i czy aby posłowie zadali sobie trud tego dokładnego zweryfikowania i dogłębnej analizy – w to ostatnie mocno wątpię.
Dlatego sądzę, że obywatelski projekt zmusi ustawodawcę do lepszego przyjrzenia się zjawisku i uchwaleniu czegoś, co byłoby bliższe kompromisowi i polityce pro- a nie antyrodzinnej. Projekt obywatelski takie, dogłębnie przemyślane propozycje, zawiera, dlatego mnie przekonuje (choć na uchwalaniu prawa się nie znam).
Zachęcam do lektury strony www.lepszeprawo.pl, która obszernie argumentuje konieczne w ustawie poprawki. No i do składania podpisów pod gotowym projektem.

niedziela, 14 listopada 2010

Prześladowani

Gdy w minioną sobotę usłyszałam w radiu zapowiedź programu, w którym będzie mowa o "najbardziej prześladowanej mniejszości religijnej na świecie", przemknęła mi myśl, że to przecież o chrześcijaństwie mowa. Ale równie szybko jak się pojawiła, wstąpiła we mnie i wątpliwość - jak to możliwe? Wszak w kraju, w którym żyję od dawna (dla mnie!) nie spotykają nikogo nieprzyjemności za głoszenie Dobrej Nowiny, o represjach nie wspominając.
Niestety to bardzo smutna prawda, która rzadko przebija się na łamy mediów - np. z Chin, Korei Północnej, Sudanu. Trzeba takich zamachów jak niedawno w Iraku, wcześniej w Filipinach czy Bombaju, by świat otworzył oczy, że w krajach islamskich ludzie giną lub są nękani za wiarę w Chrystusa. Takich ludzi na świecie - wg raportu, na który powołuje się ks. Waldemar Cisło na łamach Deon.pl jest co najmniej 200 mln (a mowa jeszcze o 350 mln poddawanych mniej dotkliwym represjom).

Warto o tym pamiętać nie tylko w tak szczególną niedzielę jak dzisiejsza - II Dzień Solidarności z Kościołem Prześladowanym. Dobrze, że taki Dzień w ogóle istnieje.

czwartek, 11 listopada 2010

Radosna flaga


Biało-czerwone flagi pięknie ożywiają listopadowy, pełen słoty i mgieł krajobraz, zwłaszcza gdy wiatr nimi potrzęsie, by zbyt sztywno nie zwisały. Nieprawdaż?
Chyba nie, bo wciąż nasi obywatele nie są zbyt przekonani do idei wieszania flag w narodowe święto.
W mojej spółdzielni nie można na to narzekać – przy każdym balkonie znajduje się uchwyt na drzewiec i znakomita większość mieszkańców wywiesza ten narodowy symbol. Jednak w Polsce stanowimy mniejszość. Jak donoszą moje wtyki z Chojnic, tam poza instytucjami publicznymi na palcach jednej ręki można policzyć flagi na największych osiedlach bloków i domów jednorodzinnych. Moje obserwacje z innych regionów też to potwierdzają.
A szkoda. Chciałabym, byśmy przejęli nieco z szaleństwa takich Amerykanów, albo bliżej – Duńczyków. Jak to Duńczycy mawiają – mają świra na punkcie swojej flagi, która ma nazwę - Dannebrog (de er helt vilde med dannebrog). Ten czerwono-biały symbol pojawia się w Danii przy KAŻDEJ radosnej okazji: nie może więc go zabraknąć… na weselnym lub urodzinowym torcie (mnóstwo małych flag - jak na zdjęciu), na … choince (co roku!), na maszcie w ogrodzie w dniu urodzin królowej albo właściciela tegoż ogrodu. A co dopiero w święta narodowe!
Nie oczekuję od Polaków, by w torty wtykali flagi, bo pewnie będą się obawiali interpretacji odpowiedniej ustawy, która u nas określa, co i kiedy wolno z flagą robić, niemniej tych parę razy w roku mogliby ją zaprezentować przy swoich domach czy oknach. Z radością. I z radości.

środa, 10 listopada 2010

W przededniu 11.11

Państwo Gołębniakowie, nasi zasłużeni parafianie, przesłali redakcji taki oto fragment kończący homilię ks. biskupa Józefa Zawitkowskiego, wygłoszoną w Bazylice Św. Krzyża w Warszawie 10 listopada 1996 r., w wigilię Święta Niepodległości, który pozwalam sobie i tu, 14 lat później, zacytować:
Ciesz się, Matko Polsko, bo jutro Twoje Święto! Jesteś wolna i niepodległa, ale masz mądre i głupie dzieci, więc czasem musisz kochać i płakać. Naród, który zabija - nie ma przyszłości.
Uchowaj, Boże! Ostało nam jeszcze sumienie, a na nim reszta odbudowaną być może
(por. H. Sienkiewicz). Niech się tak stanie. Amen.

Czy i w jakim stanie ostało nam się sumienie, to pytanie na kolejną dekadę.

wtorek, 9 listopada 2010

Do Rzymu w jednej chwili


Słota za oknem, z domu wyjść się nie chce, ale zachciało mi się dalekich podróży. Dzięki technologicznemu postępowi nie ma dziś nic prostszego, jak skorzystać z komputera i Internetu. I tak, dzięki oficjalnej stronie Watykanu, można dokładnie zwiedzić Bazylikę św. Piotra w Rzymie. Właśnie wróciłam z krótkiego zwiedzania, od którego już zakręciło mi się w głowie (od tego intensywnego "zoomowania"). Zbliżenia pozwalają dotrzeć do szczegółów, których nie sposób wyłapać w zwiedzanej często pędem Bazylice, można sobie dać tyle czasu, ile się ma w ciągu dnia i zachwycać się poszczególnymi dziełami, nie będąc potrącanym lub poganianym przez innych turystów.

Wszystkim, którzy mają odrobinę czasu lub chcą wakacyjnego nastroju polecam więc ten link: http://www.vatican.va/various/basiliche/san_pietro/vr_tour/index-en.html.
Przyjemnego zwiedzania!

poniedziałek, 1 listopada 2010

Słoneczne święto

A to niespodzianka z pogodą!
Pewnie Państwo zauważyli, że z biegiem lat w Polsce zrodziła się świecka tradycja wyciągania z szaf, piwnic i strychów na pierwszy dzień listopada zimowych rzeczy: płaszczy, czapek, a zwłaszcza... futer, tych najdłuższych, najgrubszych, stanowiących oręż do walki z mrozami i zimą stulecia. Tradycja oczywiście wynikła z potrzeby - bo zima niekiedy pchała się już w najlepsze. Jednak nie było tak każdego roku, za to każdego roku odnoszę wrażenie, że na cmentarzu (zwłaszcza w mym rodzinnym, niedużym mieście) uczestniczę w pokazie mody okryć wierzchnich, z akcentem na futra (z biegiem lat domyślam się, że coraz częściej sztuczne).
Ale jak tu dziś pokazać się w futrze? Temperatura 10-12 stopni. To prawie jakby na plaży paradować w zimowym okryciu!

Ciekawe, czy tego roku na cmentarzach zwycięży zdrowy rozsądek, czy owa świecka tradycja ;-).
Bo na pewno wciąż jeszcze króluje świecka tradycja zastawiania całych grobów niezliczoną ilością: kwiatów, zniczy, świeczek, ozdób, pod ciężarem których zdają się uginać marmurowe płyty nagrobków (bo na jednej wiązance i symbolicznym zniczu kończy mało który Polak). I na nic apele ekologów (że w atmosferę idą tony sadzy, a sztuczne wieńce i znicze zapełnią miejskie wysypiska) ani społecznych działaczy czy wybranych biskupów o to, by w hołdzie zmarłym i świętym pieniądze wydane w nadmiarze na nagrobne dekoracje przeznaczyć na pomoc powodzianom, ubogim, poszkodowanym i wielu, wielu bardziej wymagającym pomocy materialnej niż nasi zmarli.

piątek, 29 października 2010

Rodzące się dylematy

Obiecałam sobie, że nie będę ruszać tematu in vitro, bo już tak został rozjechany, że tylko miazga pozostała. Zatem nadal będę go omijać szerokim łukiem. Pozwolę sobie zwrócić uwagę tylko na jedno zagadnienie, konsekwencję zapłodnienia pozaustrojowego przy wykorzystaniu nasienia anonimowego dawcy: kiedy i jak dziecku uświadomić, że np. jego tata nie jest biologicznym ojcem. I czy w ogóle to robić?

W przypadku adopcji bardzo duży nacisk kładzie się na to, by od wczesnych lat informować dziecko o tym, że jest adoptowane, nie stwarzać pozorów. Ale odkąd interesowałam się zagadnieniem in vitro, nie natknęłam się na to, by ktokolwiek roztrząsał taką kwestię w przypadku dzieci poczętych metodą in vitro. To zagadnienie dużo trudniejsze do przekazania małemu dziecku. A przecież jeżeli dziecko jest dociekliwe, to w miarę upływu lat zacznie się dziwić, czemu ma kruczoczarne włosy, choć jego rodziny z obu stron mają albinoski typ urody. Albo skąd wada wrodzona serca, skoro w rodzinie wszyscy mają serca jak dzwon?

Przeczytałam w niemieckiej prasie smutny reportaż o nastolatce, której matka "pękła" po osiągnięciu pełnoletności przez córkę i oświadczyła jej, że ma innego biologicznego ojca, a ją dręczą wyrzuty sumienia, że tego jej nie mówiła. Świat nastolatki się zawalił - miesiąc przed maturą, u progu dorosłości. Poczucie oszukania, zagubienie - delikatnie mówiąc. Ot, kolejny kandydat na kozetkę psychologa.
Tym neonatologowie zdają się nie przejmować, wszak ich zainteresowaniem są dzieci od poczęcia do niemowlęctwa...

To tylko jeden z wielu przykładów skomplikowanych kwestii rodzących się wraz z dzieckiem z in vitro, wymagający na pewno opracowań i wsparcia. I jeden z licznych omijanych przez autorytety debatujące nad tą metodą. Dlatego ze smutkiem patrzę, jak rozjeżdża się profesorów, którzy na te inne kwestie tylko próbują głośno zwrócić uwagę (vide świeży przypadek prof. Gadzinowskiego w Poznaniu).

czwartek, 28 października 2010

Postępowe miasto

Czy Państwo sobie wyobrażają, by radni Poznania przegłosowali zmianę pisowni miasta z Poznań na Poznan, argumentując to Internetem (to, jak ludzie piszą nazwę w wyszukiwarkach, co rzutuje na jej pozycję w wynikach wyszukiwania)? Albo wstawiając się za turystami, którym niewygodnie z "ń"?
Ale wymyślam, prawda? ;-)
Ale kiedy ja nie wymyślam!


Duńczycy, a dokładnie radni drugiego pod względem wielkości miasta w Danii - Århus (a z kółkiem wymawia się jak głębokie, spod przepony OOOO) przegłosowali zmianę nazwy liczącej ponad tysiąc lat na... Aarhus! Uzasadniając to właśnie powyższymi powodami. Liczą, że dzięki temu miasto będzie popularniejsze wśród turystów.

A zapomnieli, że miasto wyda bez sensu grube miliony koron. Bo turysta do szczęścia potrzebuje czegoś więcej niż prostej wymowy. To coś, to choćby tańsze niż za 25 zł piwo w knajpie czy ładna pogoda, której w Danii jak na lekarstwo (a lekarstwa jeszcze droższe od knajpowych uciech!). Choć i tak to uroczy kraj.

PS Na fotografii najbardziej malowniczy zakątek Danii - Skagen (ok. 200 km od Århus), czyli cypel Jutlandii, przy którym mieszają się Morze Północne i Bałtyckie.

sobota, 23 października 2010

Szczęście w zasięgu ręki


Jak człowiek - korzystając z tej jesiennej aury - zadba o odrobinę ruchu na świeżym powietrzu w "pięknych okolicznościach przyrody", a potem zatroszczy się o ducha (np. wykraczając poza codzienną jazdę obowiązkową), to sobie przypomina, czym jest szczęście i że jest ono na wyciągnięcie ręki.

Tylko częściej trzeba tę rękę wyciągać. :-)

(fot. Performer - www.performer.pl)

piątek, 22 października 2010

W następnym numerze...

Pewnie niektórzy z Państwa jeszcze nie zaznajomili się z najnowszym (miniony weekend) numerem "Ja Jestem Zmartwychwstaniem" (zapraszam na redakcyjną stronę, gdzie numery do pobrania), podczas gdy ja delektuję się już tekstami do kolejnego numeru (za tydzień).

Zawsze gdy nadchodzi korespondencja z Rzymu (Z Romy do Romy), to się cieszę. Pewność, że nie będzie dużo pracy przy tekście, gwarantuje lekkie pióro autora, który pisze, jakby mówił do kogoś właśnie spotkanego na ulicy. Wierzę, że i Państwo podzielają mój entuzjazm. Przy tej lekkości i często potoczności podpisujący się jako br. Szymek korespondent ma zawsze coś ważnego do przekazania. Porusza. Wzrusza. (Fanom przesłań pogodnego franciszkanina polecam jego osobisty blog: Mruczanki)

Mnie dziś zatrzymały te słowa - ten cytat, który znajdą Państwo już za dobry tydzień na łamach "JJZ". W wieku zaledwie 14 lat Klara Badano (dziś już radująca się Niebem) tak pisała:
Odkryłam na nowo Ewangelię, w nowym świetle. Zrozumiałam, że nie byłam autentyczną chrześcijanką, ponieważ nie żyłam Nią do końca. Teraz chcę uczynić tę wspaniałą Księgę moim jedynym celem. Nie chcę i nie mogę pozostać analfabetką tak nadzwyczajnego przesłania. Tak, jak łatwo mi przychodzi nauczyć się alfabetu, tak samo łatwo powinnam nauczyć się żyć Ewangelią."

Być tak dojrzałym odbiorcą Ewangelii...

czwartek, 14 października 2010

Nasz kościół w… teatrze

Czy Państwo wiedzą, że nasz kościół, a dokładnie jego wnętrze, „zagrało” w sztuce teatralnej?
Teatr Polski, współczesna sztuka „Trup” (autor: Eric Coble) w reżyserii Pawła Szkotaka. Tematem niezwykle prześmiewczej sztuki jest reality show – jego absurdalna popularność (zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie rozgrywa się akcja dramatu). I nagle, w pierwszym akcie, gdy w odgrywanym na deskach teatru programie reality show rozpoczyna się przerwa na reklamy, oczom widzów na dużym telebimie umieszczonym nad sceną ukazuje się – mnie dziwnie znajome - zbliżenie figury Matki Bożej. To „nasza” Maryja - ta z bocznego ołtarza naszej świątyni.
W kadrze pojawiają się niepowtarzalne kasetony z sufitu kościoła przy Dąbrówki, a za chwilę kamera pokazuje Zmartwychwstałego. Nie mam więc wątpliwości, gdzie kręcono ten fragment sztuki, który miał pełnić rolę (głupkowatych) reklam. Ta akurat, przebierając aktorów za zakonnice i księdza w konfesjonale (tym przy ambonie), wyśmiewała pseudooperatora telefonii. Związek telefonii z kościołem był równie groteskowy jak cała sztuka.
I tak nasza świątynia stała się jednym z epizodycznych bohaterów sztuki „Trup”.

poniedziałek, 11 października 2010

Dobra śmierć

Bojkot polskiej prasy wychodzi mi na dobre. W niemieckim tygodniku "Die Zeit" przeczytałam bardzo ciekawy wywiad z nową panią prezes szwajcarskiego stowarzyszenia Exit (nazwa "wyjście" staje się wymowna dla tych, którzy wiedzą, że stowarzyszenie propaguje eutanazję i przygotowuje do niej członków Exitu, którzy zawczasu się na nią pisemnie zgodzą).
Tylko ok. 1500 km dzieli nas od Szwajcarii, większe różnice może dotyczą gospodarki i dobrobytu. Jednak wydawałoby się, że to ta sama kultura, cywilizacja. Europa wszakże. Tenże wywiad pokazał mi jednak, jak bardzo się mylę.

Wspomniana pani - Saskia Frei - w całej rozmowie przekonuje o dobrodziejstwie płynącym z eutanazji i "pomocników śmierci" (język niemiecki dorobił się już fachowego określenia ludzi, którzy podają odpowiednią dawkę trucizny osobom chcącym sobie odebrać życie, co poprzedzane jest cyklem spotkań, rozmów). Trąci horrorem? Raczej poważną grozą, że znajdują się wolontariusze z uśmiechem na ustach niosący śmierć, niczym Dobrą Nowinę. Kompletne pomieszanie porządków!

Pani prezes smuci się niezmiernie, że jej matka, choć członkini stowarzyszenia, nie wyraziła nigdy zgody na podanie jej trucizny, a dziś biedaczka męczy się z Alzheimerem w domu opieki (bo gdzież w cywilizowanym świecie wymagać od ludzi, by po 1. zaakceptowali fakt bezradności wobec choroby, po 2. opiekowali się chorymi rodzicami!) - ku wielkiej żałości swojej córki. Ta zaś nie może już "obdarować" swojej matki dobrą śmiercią i oszczędzić jej cierpienia, co uważałaby za najlepsze rozwiązanie dla wszelkich trudów w pewnym wieku (nie stawia jednak jego granicy).

W Szwajcarii można zapisać się do Exit, wysłać deklarację, a posłaniec śmierci zgłosi się do nas. W Polsce modlimy się do Matki Bożej Patronki Dobrej Śmierci o dobre odejście ("wyjście") lub zabiegamy o nie w Apostolstwach Dobrej Śmierci. Jeszcze. Na szczęście.
Wbrew pozorom żyję w NORMALNYM kraju.

wtorek, 28 września 2010

Na życzenie

Dotychczas zwrot „na życzenie” kojarzył się chyba nie tylko mnie z „ wideo/filmem na życzenie”, chlebem lub sosem podawanym na życzenie do wybranych potraw, dodatkowymi usługami w hotelu czy sklepie świadczonymi na życzenie klienta.

Pewna partia, nie bardzo mająca pomysł na swoją tożsamość, proponuje mordowanie na życzenie w łonie matki. Partii, która wychodzi z rewolucyjną inicjatywą, nie tylko w obszarze języka, sugerowałabym zmianę nazwy na Partia Trywializacji Życia. Na życzenie.

niedziela, 26 września 2010

Jesieni dziękujemy

Jesieni dziękuję za letni początek (lepszy niż niektóre dni lata). Dziękuję ciepłym szalom, grubym swetrom i rękawiczkom - jeszcze nie ich czas. A nie dziękuję: krótkim rękawom, zwiewnym spódniczkom i jasnym spodniom! Oby jak najczęściej były nam jeszcze tej jesieni potrzebne!
Vivat promienie słońca w ciepłym lesie, skrzące się w mchu grzyby i wrzosy! Innej jesieni nie przyjmuję do wiadomości.

PS Autorka jest świadoma prognoz pogody, ale nie przeszkadza jej to cieszyć się tym pięknem - na dworze i za oknem.

środa, 22 września 2010

Bohater naszych czasów

Tyle ostatnio mówi się o bohaterach – różnych, mniej lub bardziej zasłużenie. Ja mam od wczoraj swojego bohatera. Ma 18 lat. Nie znam go osobiście, polegam na relacji osób wrażliwych na jego trudną sytuację życiową. Uczy się w technikum, jest molem książkowym, co w tej społeczności stanowi ewenement. Chłopak ma młodszego brata, zmarła im mama, a ojciec jest degeneratem. 18-latek, choć mógłby mieszkać w internacie, dojeżdża codziennie do szkoły… 96 km w jedną stronę! Robi to, by nie zostawiać młodszego brata na pastwę nieobliczalnego ojca.

Brakuje im ponoć wielu rzeczy potrzebnych czy wręcz koniecznych do nauki, codziennego życia. Ale nie przeszkadza to mojemu bohaterowi nie tylko nie zaniedbywać szkoły, ale i dobrze się uczyć. No i być porządnym człowiekiem.

Na szczęście wrażliwość szkolnej pedagog zaowocowała łańcuszkiem bezinteresownej pomocy ludzi, którym nieobojętny jest los młodzieży o tak utrudnionym starcie w dorosłość. Ludzi, którzy w codziennej gonitwie, wśród medialnych doniesień, w kręgu znajomych, mogą zapomnieć co tak naprawdę oznaczają słowo „problem”, „nieszczęście”, „bieda”… Dla których nieszczęście bliźniego jest swoistym darem i zaproszeniem.

wtorek, 21 września 2010

Co to był za wieczór!

Gdy gruchnęła wieść o tym, że Sting na pewno przyjedzie do Poznania, bo właśnie zaczyna się sprzedaż biletów, byłam nieco sceptycznie nastawiona. Drogie bilety (na tańsze się nie załapaliśmy), stadion - jedna wielka niewiadoma pod względem dźwięku, nowej płyty artysty jeszcze nie zdążyliśmy usłyszeć, wybór miejsc przypominał loterię, wszak obiektu nikt nie znał. No i słabo sobie wyobrażałam zestawienie orkiestry symfonicznej ze stadionem.
Z drugiej strony - od lat marzyłam, by uczestniczyć w koncercie tego muzyka.

Trudno dziś nie przyznać, za górnolotnymi słowami Marcina Kydryńskiego, który prezentował swoją żonę z zespołem na scenie (grała jako support przed gwiazdą wieczoru), że był to jeden z najpiękniejszych wieczorów życia.
Udało się wszystko od pogody po występy. Niesamowite wrażenie robi nasz stadion: kolos o zwiewnej konstrukcji, świetnym oświetleniu i nagłośnieniu, przygotowany na przyjęcie tych 35 tys. osób (tyle było wczoraj). Wejście na jedną z wyższych trybun skutkuje u co wrażliwszych zawrotami głowy, ale organizm szybko się przyzwyczaja i rozkoszuje widokiem - mimo wysokości wyśmienicie widać wszystko, co dzieje się na płycie i scenie - jak na dłoni.

Koncert był wprost bajkowy - zarówno za sprawą muzyki: aranżacje często przypominają klimatem filmy i baśnie, jak i oświetlenia - cały stadion odpowiednio tonął w błękicie, granacie, złocie, czerwieni (zależnie od piosenek), a na skromnej scenie trzy telebimy układały się w różne płaszczyzny i pokazywały niezależne od siebie obrazy czy animacje. Dźwięk nie stracił nic ze swej delikatności i łagodności, jaka płynie z tej płyty na dobrym sprzęcie muzycznym, a artyści byli wprost niesamowici - dawali z siebie wszystko, świetnie się przy tym bawiąc, oczywiście z rozszalałą publicznością, która znała niemal każdy utwór Stinga na pamięć.
W powietrzu unosił się duch filharmonii, czasem teatru i nic nie przypominało, że jesteśmy na sportowej arenie. Koncert różnił się według mnie od innych typowo stadionowych występów gwiazd rocka czy popu - przy spokojnych utworach panowała cisza jak makiem zasiał, wyczuwało się skupienie i wzruszenie. Ale wystarczył "Englishman in New York", czy później na finał "Every Breath...", by publiczność się rozszalała.
Wybór oraz kolejność utworów wykonanych podczas ponaddwugodzinnego koncertu (+ przerwa) nie pozostawiły chyba najbardziej wymagającym nic do życzenia - były urozmaicone, było pełno przebojów (dla mnie każdy utwór Stinga jest przebojem) i interesujących aranżacji. A takiej werwy, kondycji i formy jaką zaprezentował Sting, życzę każdemu 58-latkowi!
Eh, co to był za wieczór...

PS Gratulacje dla miasta, że przygotowała ciekawą imprezę na otwarcie - mam tu na myśli inscenizację z pokazami laserów oraz sztucznych ogni, zarówno tę przed godz. 20, jak i na sam finał. Piękna impreza na "elitarnym" stadionie (>>> otrzymał klasę elite - najwyższą w Europie).
Tu m.in. można zobaczyć piękne zdjęcia z imprezy.

piątek, 17 września 2010

Europejskie TAK dla wolnych niedziel

Korzystając z prawa przewidzianego w Traktacie Lizbońskim, Europejska Inicjatywa Obywatelska rozpoczęła kampanię pt. „Mama i tata należą do nas w niedzielę”. W ten sposób chce wpłynąć na europejskie rządy, by uregulowały kwestie pracy w niedzielę. Polska nie jest bowiem jedynym krajem, gdzie na dużą skalę pracuje się w tym dniu, na czym cierpią rodziny.

Inicjatorzy wśród argumentów za wolną niedzielą wymieniają dobro dzieci i rodzin, fakt, że żadne szkoły nigdy nie pracują w niedzielę, nawiązują do tradycji (bynajmniej nie mówiąc nic o jej chrześcijańskim rodowodzie), ale – jak to się można było spodziewać po politycznie ugrzecznionej Europie – ani słowa o Dniu Pańskim czy wolnym potrzebnym na praktyki religijne. A Europa jeszcze wciąż jest chrześcijańska. Mimo to warto się podpisać – wystarczy kliknąć na tę stronę i wpisać swoje podstawowe dane. Nie ma obowiązku ich ujawniania. Potrzeba miliona podpisów, by inicjatywa powędrowała dalszą ścieżką legislacyjną, a na razie na stronie upubliczniło swoje dane prawie 18 tys. Europejczyków. Co ciekawe, wcale nie tylko z Polski, jakby można sądzić po ostatnich wpisach, ale naprawdę z wielu krajów całej Europy.

Tak sobie idealistycznie myślę, że jakby tylko zakazać pracy w sklepach, zamknąć w niedziele wreszcie centra handlowe („galerie”) i markety, to korzyść byłaby podwójna – ileś tysięcy ludzi nie musiałoby pracować, a drugie tyle może odkryłoby inny cel niedzielnych pielgrzymek. Na razie chyba jeszcze sprawdza się prawda z dowcipu:
Ksiądz po kolędzie rozmawia z chłopczykiem:
- A do kościoła w niedzielę chodzisz z rodzicami?
- Taak.
- A do którego?
- Do Carrefoura.

środa, 8 września 2010

Facebookowe słuchy

Wczoraj odkryłam na słynnym FaceBooku (FB) istnienie grupy "Zamiast podnosić VAT opodatkujcie Kościół". Założona około tygodnia temu, miała 37 tys. fanów. Czy to tylko efekt "kampanii" SLD i gospodarczego kryzysu?
[Swoją drogą uważam, że grupa powstała późno, jak na zacietrzewienie polskich antyklerykałów].

W ślad za tą grupą powstało kilka innych, wszak Polacy nie zatracili swojej głównej cechy narodowej: sarkazmu i poczucia humoru. Mamy więc "Zanim opodatkujecie Kościół, opodatkujcie artystów" czy pure nonsens w stylu "Zamiast podnosić kościół opodatkujcie VAT", na których toczą się mniej lub bardziej absurdalne dyskusje (że ludziom czasu nie szkoda).

Co jednak ciekawe - wczoraj grupę nawołującą do opodatkowania Kościoła (warto nadmienić, że hasło to sięga po duże uproszczenie i jest bardzo populistycznie sformułowane) usunięto z FB pod pretekstem (albo z powodu) fikcyjnych danych założycieli, którzy oczywiście opisują swoją "internetową martyrologię" na odpowiedniej, już dłużej istniejącej stronie WWW. Linku nie podaję celowo. :-) Zastanawiam się, na ile rzeczywiście to kwestia formalności, a na ile cenzury. Bo że ta w sieci istnieje, każdy dojrzały jej użytkownik wiedzieć powinien.

wtorek, 7 września 2010

Znowu te media

Gdyby przez ostatni miesiąc wierzyć mediom, to można by się przerazić, że żyjemy w kosmosie wytyczonym Krakowskim Przedmieściem, smoleńską katastrofą i nienawiścią publicystów i polityków. Bo tylko to interesowało media, od końca lipca praktycznie do dziś. Media zrobiły wiele, by naród to kupił i też tym zaczął żyć. Dziękuję – beze mnie i – jak, na szczęście, widzę – bez coraz większej rzeszy zmęczonej tą atmosferą (jej bezsensownym i niczym nieuzasadnionym podgrzewaniem!) rodaków (opieram się na wnioskach z rozmów ze znajomymi).

Nad podwyższą Vat-u media prawie się nie zatrzymały (gdzie analizy, gdzie rozliczanie rządu ze strategii i decyzji!), nie angażowały się już w relacjonowanie kolejnych powodzi (bo kolejne?), o tym, że istnieje cokolwiek poza Polską, prawie nie słychać, nie widać…
Od prawie miesiąca więc pomijam pierwsze strony (wręcz działy) gazet i portali informacyjnych, nie oglądam żadnych programów publicystycznych ani z wiadomościami, a informacji o świecie, który ma poważniejsze problemy niż kłótnie polityków, szukam w zagranicznych źródłach lub dalszych stronach co lepszych pism.

No i wreszcie doczekałam się głosu rozsądku wyrażonego publicznie, nie tylko w debatach znajomych. Oto Tomasz Wróblewski, dziś redaktor naczelny „Dziennika Gazety Prawnej”, na łamach branżowego i mam nadzieję opiniotwórczego miesięcznika „Press” w obszernym tekście „Między barierkami” bezlitośnie wytyka ww. wspomniane (i wiele więcej) grzechy polskim mediom z prawa do lewa, bez wyjątku. Wreszcie. Tylko kiedy te media wyciągną jakąś naukę z minionych tygodni, a właściwie miesięcy? Czy to aby znowu nie głos wołającego na puszczy?

poniedziałek, 6 września 2010

Koncertowy weekend

Poznań i Puszczykowo w miniony weekend udowodniły, że festyny i plenerowe imprezy nie muszą się wiązać z schlebianiem najgorszym gustom. Puszczykowo na obchody dni miasta zaprosiło KULTową grupę z Kazikiem w roli głównej, a Poznań na Dzień pyry - Myslovitz i Strachy na Lachy (wspominam tylko wykonawców największego formatu).

Puszczykowo w sobotni wieczór pękało w szwach od naporu przyjezdnych fanów Kultu. Zespół zaś zagrał jak zwykle - na najwyższym poziomie i tak samo długo (ponad 2 godz.), jak na koncertach biletowanych, nie bacząc na plan organizatorów (przewidzieli 1,5 godz. na występ) - oczywiście ku radości rozszalałych widzów.

Nie inaczej było na poznańskiej imprezie - nikt nie odczuł, że zespoły grają dla publiczności zgromadzonej przy okazji pieczenia pyry. Dawały z siebie wszystko: profesjonalny występ, nagłośnienie i oświetlenie. A bardzo zróżnicowana wiekowo publiczność świetnie się bawiła.

Brawa dla organizatorów i włodarzy obu miast za odwagę i wyłamanie się z nurtu piosenki biesiadnej, jeszcze parę lat temu królującej - ku zgrozie młodzieży - na takich imprezach.

niedziela, 5 września 2010

PS O katechizacji

„Niemal 95 proc. spośród ponad 5 mln uczniów uczestniczy w szkolnej katechezie – wynika z danych Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski” – przeczytałam dziś w portalu Deon.

Tylko co z tego wynika? Nie widać efektów, zwłaszcza w dużych miastach, na niedzielnych mszach św. ani tych młodzieżowych (gdzie frekwencję robi grupa młodzieży oazowej oraz tej przygotowującej się do bierzmowania), ani dziecięcych (na których obecne są głównie dzieci z klas drugich – bo przed „przyjęciem”). O innych, niewymiernych jak frekwencja na nabożeństwach, czynnikach nie wspominając.
Statystyki mogą zapewnić dobre samopoczucie. Zwłaszcza gdy czyta się je bezrefleksyjnie.

piątek, 3 września 2010

20-lecie katechizacji w szkołach

Pamiętam, jak się ucieszyłam, że od szóstej klasy nie będziemy musieli rezerwować dwóch popołudni w tygodniu na chodzenie do salek katechetycznych, bo odtąd religia miała być nauczana w szkole. W ramach planu szkolnego. Nasza rodzina była orędownikami tej zmiany.
Potem nie było już tak radośnie. Dziś, z perspektywy 20 lat, wcale nie uważam, że to było dobre posunięcie. Pomysł dobry, ale wykonanie słabe, które dziś coraz częściej zaprzecza szczytnym początkowym ideom. W zbyt wielu przypadkach katecheza nie jest już szerzeniem Ewangelii, ale jedną lekcją z wielu lub zbiurokratyzowanym narzędziem do rozliczania z pobożności.

Z sześciu katechetów, których miałam przez 12 lat katechizacji (z czego pięć lat przy parafii), tylko dwóch było merytorycznie i pedagogicznie przygotowanych do pracy z dziećmi i młodzieżą i autentycznie głosili w przystępny sposób Dobrą Nowinę i naukę Kościoła. Reszta albo była niedouczona (jeśli nauczycielem zostaje ktoś, kto ledwo zdał wieczorową maturę i ma problemy z wysławianiem się, to to w konfrontacji z dojrzewającą młodzieżą nie może się dobrze skończyć), albo nie miała cienia zdolności pedagogicznych, o charyzmie, pasji nie mówiąc. Często wystawiała się na pośmiewisko bardzo brutalnej dojrzewającej młodzieży. Katechezy były w najlepszym wypadku nudne, w najgorszym – sprowadzały się do kłótni uczniów przychodzących na religię z przymusu (rodzicielskiego i szkolnego) po to, by prowokować. Znam również przypadki, gdzie jedynym pomysłem katechety na prowadzenie lekcji było… odmawianie różańca i sprawdzanie frekwencji na nabożeństwach. Kościół potrafił zadbać o pensje i ubezpieczenia katechetów (osób duchownych), ale już nie o poziom ich przygotowania (mówię zwłaszcza o pierwszej dekadzie).

Pamiętam, jak uczniowie czasem się włączali w obronę katechety, przypominając rówieśnikom, że religia obowiązkowa nie jest. Dziś i ten argument nie zadziała, bo znakomita większość uczniów chodzi na religię, by… podnieść sobie średnią na końcowym świadectwie, do czego przyznają się rozbrajająco szczero w rozmowie z rodzicami. Skutecznie przy tym opierają się religijnej formacji.
I o to mam żal do instytucji kościelnych – jak można zezwolić, po pierwsze, na wystawianie ocen za pobożność (większość katechetów rozliczała z częstotliwości uczestnictwa w nabożeństwach, a nie z wiedzy! Nie wierzę, by biskupi o tym nie wiedzieli i nie mogli temu zapobiec), a po drugie, by ta ocena wliczana była do średniej, na podstawie której uczniowie dostają się do kolejnych szkół, na studia (co budownictwo lądowe łączy z wiedzą o Kościele?).

Mnie katechizowali rodzice i to oni do dziś ponoszą ciężar przekazania wiary i miłości do Chrystusa i drugiego człowieka. Nie załatwi tego ani taka, ani inna umowa między państwem i Kościołem. Wiem, że w mojej postawie nic by się nie zmieniło, gdyby katechezy nadal odbywały się w parafii (tak jak nie zmienił tego fakt, że miałam słabych katechetów). A dziś taka zmiana w wielu wypadkach zwiększyłaby skuteczność katechetycznych przesłań: dowartościowałaby te zajęcia, wpłynęła na ich rzetelniejsze przygotowanie - bo trzeba by się bardziej postarać, by młodzież przyciągnąć po lekcjach, zainteresować ewangelicznym przesłaniem. Teraz frekwencję na religii zapewnia państwo, które nie wywiązało się z udostępnienia alternatywnej etyki w szkołach. A ta – moim zdaniem – powinna być obowiązkowym przedmiotem dla wszystkich, bez względu na udział w katechezie.

środa, 1 września 2010

Współczesna architektura sakralna - znalezione w Internecie

Na stronie domosfera.pl można obejrzeć niesamowite przykłady współczesnej architektury sakralnej. Ponieważ zgodnie z prawem autorskim nie wolno mi kopiować zdjęć, skoro nie wykupiłam ich w agencji Corbis, to zapraszam Państwa na tę stronę.

Moimi faworytami są helsiński kościół w skale oraz kaplica ekumeniczna z Turku (również Finlandia), a także ołtarz ze szwajcarskiego kościoła Jana Baptysty. Innowacyjne rozwiązania, skromność, wręcz ascetyzm wnętrz. Rzuca się w oczy brak ozdób, malarstwa. Jeśli zaś już znajdują się w takich świątyniach, to są tak idealnie wkomponowane, że nie przykuwają uwagi, a tym samym nie dekoncentrują. Choć czasem można odnieść wrażenie, że współczesne kościoły, mimo znamienitych nazwisk ich projektantów, zdają się bezduszne, to i tak wolę puste, acz świetnie zaprojektowane wnętrze od kiczowatych ilustracji drogi krzyżowej czy podobizn świętych, jakie dominują we współczesnych polskich świątyniach.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Ślubne refleksje

Piąte wesele w ciągu 14 miesięcy. Istny maraton po kilku latach przerwy i po dziewięciu latach od własnego ślubu. Mnóstwo miłych wrażeń, zazwyczaj świetna zabawa z elegancką oprawą i imprezowym towarzystwem. A jednak wrażenia z odwiedzonych wesel skłaniają do refleksji już nie tak radosnych dla osób, które na ostatnim roku studiów powiedziały sobie sakramentalne „tak”, nie zważając na brak możliwości zorganizowana prawdziwego wesela czy własnego lokum.

W małej miejscowości szybko się rozniosło, że jakaś para nie robi wesela, tylko wyjeżdża w podróż poślubną (co było prawdą). Ku naszej ogromnej radości nie przeszkodziło to licznym krewnym i znajomym przyjechać specjalnie na naszą kościelną uroczystość nawet 200 km! Wiedzieli, jak ważna to dla nas chwila. Obecność tylu (ok. 80) osób tym bardziej więc cieszyła. Jeszcze większą radością był dla nas fakt przystąpienia do komunii ponad połowa gości. Podobnie było na ślubach osób, które zawierały małżeństwo 2-3 lata po nas: umawialiśmy, kto czyta lekcję, kto w darze młodym odśpiewa psalm i wykona „Ave Maria”.

Jednak po kolejnych latach przerwy widzę, ile się od tego czasu zmieniło (w społeczeństwie w ogóle, nie tylko wśród par młodych): wesela są znacznie bardziej eleganckie niż przed paroma laty, prezenty bogatsze, tylko kościelna uroczystość… skromniejsza. Niektórzy księża tak bardzo starają się rozładować atmosferę, że z ceremonii ulatuje wszelki uroczysty duch (zdarzył się i ślub, gdzie podczas przysięgi goście – z czterema wyjątkami – nie wstali!).

Wiadomo, że impreza na kilkadziesiąt (bliżej 100) osób wymaga ogromnego zaangażowania i pracy. Problem w tym, że czasem młodzi bardziej się przejmują, jak welon będzie widoczny w kadrze kamery niż tym, że ślubna kreacja bardziej odsłania niż przysłania ciało. W programie zaś nie przewiduje zasłonięcia ramion i dekoltów roznegliżowanej panny na czas zaślubin w kościele. Czasem ślubna msza wygląda wręcz, jak dodatek konieczny do eleganckiego wesela…

Narzeczeni (zazwyczaj 27-30-letni) z powagą przygotowują się do sakramentu, bo jest koniecznym warunkiem sakramentu, ale nierzadko rozpoczynają małżeńskie życie z ciężkim grzechem: w niedzielę po ślubie nie idą do kościoła, wymawiając się niewyspaniem, poprawinami, gośćmi… (ta reguła dotyczy też sporej części gości). A msze ślubne nawet w sobotę wieczorem z tej niedzielnej nie zwalniają.

Młodzi (na szczęście) dbają o to, by goście nie wyrzucali pieniędzy na kwiaty, których żywotność i los po takiej imprezie są powszechnie znane, i przy powiadomieniach informują, o co proszą w zamian, najczęściej ten „zamian” przekazując na cele charytatywne. Utarły się już formy poinformowania gości o życzeniach młodych (lista prezentów lub prośba o gotówkę), ale brak wśród nich próśb o uczestnictwo w tym dniu we mszy św., modlitwę w intencji młodych czy ofiarowanie komunii św. za nich. A to wcale nie takie oczywiste, że obecny na weselu gość przyjdzie na ślubną mszę…

Spośród 80-90 gości zaproszonych na samo przyjęcie, a czasem 100 obecnych w kościele, do komunii przystępuje… średnio 10 proc. z nich. Znakomita większość gości, to osoby deklarujące się jako wierzące, które są złączone sakramentem małżeństwa, chrzczą dzieci i posyłają je do komunii, a które te dziewięć lat temu również do niej przystępowały. Niechlubnym rekordem było wesele na 80 osób z sześcioma gośćmi przy stole Pańskim… Nie dziwiło więc, że ksiądz przy ołtarzu ogłaszał, kiedy wstać, klękać… „Amen” na zakończenie modlitw wypowiadała bowiem również garstka osób.

Ot, kolejny dowód na to, że czasy się zmieniają. A ja starzeję. :-)

piątek, 20 sierpnia 2010

Przykłady z góry

Kilka scenek z minionych dni:

Niemal puste kino. Dwa rzędy za nami siedzi grupa seniorów. Właściwie dopiero się usadawia, szczebiocąc z radości spotkania ze znajomymi. Zaczynają się reklamy – szczebiot rodem z klubokawiarni nie milknie. W kinie coraz ciemniej. Zaczyna się akcja właściwego filmu. Panie za nami nie kończą konwersacji. Już zastanawiam się, czy uprzejmie im nie przypomnieć, że zaczął się film, ale po ok. dwóch minutach reflektują się, że są w kinie – nie same. Jednak po godzinie film zaczyna je nużyć (reszty publiki bynajmniej nie). Zza nas dobiegają westchnięcia, komentarze o bezsensie filmu wypowiadane scenicznym szeptem przeszkadzają w odbiorze całkiem dobrego obrazu znanego reżysera. Potem dzwoni komórka – komu? Tym samym niesfornym bohaterom. Pani zamiast odrzucić telefon, wyłączyć go, wdaje się w dyskusje o tym, jak to nie może rozmawiać, bo jest w kinie, czego muszą również słuchać pozostali widzowie.
Do końca filmu udało się obejrzeć jedynie kilka scen w ciszy.

Msza święta. Ile to razy dzwoni telefon. Z moich obserwacji wynika, że najczęściej osobom starszym. Pamięć nie ta, refleks nie ten. Tylko po co ludziom telefony komórkowe w kościele, skoro nie opanowali ich podstawowej obsługi?

Nieduży market. Dobiegają mnie głosy niemiłej dyskusji młodej kobiety i starszego pana. Ona – spokojnie tłumaczy się ze swoich praw (chodziło o pierwszeństwo przejścia). On – agresywnie argumentuje, że on jest starszy i mu wolno – wolno mu taranować innych, przepychać się, nie stosować "proszę", "przepraszam". Za chwilę, jakby na potwierdzenie tych słów, starszy pan startuje niczym z bloków startowych do właśnie otwartej kasy, tak by to on – emeryt - pierwszy dopadł taśmy, by przypadkiem ktoś, komu się spieszy (bo dzieci płaczą, bo praca), nie znalazł się tam przed nim. I nie baczy na to, że z innych kierunków do kasy zmierzają również inni.

Klatka schodowa. Pogrążona w półśnie, wychodzę przed 8 śpiesznie na uczelnię, gdy z letargu wyrywa mnie wiązka przekleństw. Taka, którą słyszałam w „Psach”. Tyle że głos niezbyt aktorski, do tego stary… Dwie panie i jeden pan, na oko 60-70-letni przy użyciu wyłącznie słów na „p”, „k”, „ch” z nienawiścią i złością mówią o swoich sąsiadach i… ich braku kultury.

Pominę milczeniem fakt wieku osób, które ostatnio dokonały skandalicznych wybryków pod Pałacem Prezydenckim (słowa kluczowe: fekalia, granat).

***
Ten „kwiat polskiej młodzieży” dziś klnący w tramwajach, nieznający zasady pierwszeństwa w przejściach, nieszanujący ciszy to jabłka z takich właśnie… zgniłych jabłoni. Warto o tym pamiętać, nim znów będzie się utyskiwać nad dzisiejszą młodzieżą.
Wiek nie zwalnia z obowiązku jej stosowania, a na jej naukę nigdy za późno. Choć młodzież uczy się szybciej...

niedziela, 15 sierpnia 2010

Wniebowzięta Matka Zielna


Przyznaję, że to dzisiejsze święto przez wiele lat było dla mnie niezrozumiałe, niespójne. Niby jasne – Matkę Bożą spotkał zaszczyt pójścia do nieba, od razu, na skróty i z pięknym ciałem. No ale po co do tego zioła, wieńce dożynkowe? No i jeszcze Wojsko Polskie musiało się w to wmieszać. Za dużo jak na rozum kilku(nasto)latka.
Na szczęście z wiekiem (czasem) człowiek mądrzeje, doczyta, zrozumie. I wówczas dostrzega meritum, nie dekoncentruje się na dodatkach. Zauważa, że to święto jest kolejną w naszym chrześcijańskim roku uroczystością, która ukazuje harmonię pomiędzy duchem (aspekt nieba) i ciałem (materią, elementem profanum, który dziś symbolizują zioła), która przypomina nam o naszym ciał zmartwychwstaniu. Świętem nawiązującym do Zmartwychwstania Pańskiego i łask z niego płynących. Ale może nam, ludziom na ziemi, bliższym, bo bohaterką jest Maryja, kobieta z krwi i kości, której człowieczeństwo jest dla nas często bardziej zrozumiałe i wymierne niż to Jezusa Chrystusa.

A czy wiedzieli Państwo, że wraz z ogłoszeniem dogmatu o wniebowzięciu Maryi we Francji powstała wspólnota braci, którzy przyjęli nazwę Rodziny Monastycznej od Betlejem (jak również” od Wniebowzięcia Dziewicy Maryi)? Bracia ci w dniu ogłoszeniu dogmatu (1 listopada 1950 r.) obiecali Bogu życie w pustelni łaską wniebowzięcia i tak żyją do dziś (są też zgromadzenia sióstr) - w kilku krajach, w tym w Polsce na Kaszubach. Też nie wiedziałam – wyczytałam w tekście Doroty Szczerby w ostatnim numerze „Tygodnika Powszechnego” (nr 33/2010 „Uniesienie”, s.17.).
Dobrze, że człowiek może się uczyć całe życie.

PS Fotografia - rozeta z paryskiej Saint Chapelle nastraja mnie niebiańsko :)

sobota, 14 sierpnia 2010

Książkowe rozczarowanie roku (albo i dekady)


Dawno tak nie żałowałam czasu poświeconego na lekturę książki i wydanych na nią pieniędzy. Wstyd mi się przyznać, ale do tego nie doczytałam owej książki, której tenże wpis poświęcam. „Kapuściński non-fiction”, bo o tym opasłym tomie mowa, to dla mnie wydawnicze nieporozumienie roku.

Nie ukrywam, że kupiłam książę po ogromnej dyskusji, która przewaliła się przez polskie media niczym huragan. Tak mnie – jako sympatyka książek Ryszarda Kapuścińskiego - irytowała, że chciałam wyrobić sobie własne zdanie o książce i jej autorze (mniej o bohaterze, bo czytam czyjeś książki bez względu na jego osobiste życie czy doświadczenia, ale z powodu czyjegoś pióra). Najbardziej do lektury skusiły mnie zapowiedzi zarówno atakujących książkę, jak i jej broniących, o tym, że czyta się ją jednym tchem.

Niestety, nie czyta się. Kilka dni z mozołem brnęłam przez pierwsze 100 stron, zastanawiając się, „ale o co chodzi?”. Pocieszałam się, że książka „się rozkręci”. Ale na próżno. Po trzech miesiącach w wakacje poległam – finito. Szkoda mojego czasu na czytanie czegoś, nad czym – z całym szacunkiem dla na pewno ogromu pracy Artura Domosławskiego – powinno się popracować jeszcze ze dwa lata, na pewno z pomocą dobrych redaktorów. Tych bowiem, moim skromnym zdaniem, zabrakło. Co ciekawe, tylko w tekście Renaty Gluzy w miesięczniku „Press” pojawił się zarzut, że książka ma wiele redakcyjnych braków, że powtarzane są wątki, by wytknąć te najbardziej rażące uchybienia. Ja do tego dorzucę cytaty nie do przebrnięcia – czy bowiem rolą biografa jest cytowanie kilkustronicowych fragmentów twórczości pisarza, a potem rozbieranie ich na czynniki pierwsze? I czepianie się niemal wszystkiego? Albo: co do biografii człowieka, który przeżył ponad 70 lat w różnych czasach, wnosi szczegółowy protokół z posiedzenia koła literackiego z początku lat 50. (towarzysz A powiedział, towarzysz B odrzekł – itd. przez 1,5 strony)? A już szczytem niechlujstwa dziennikarskiego były dla mnie dwa momenty w książce, gdy autor niemal z uporem maniaka na kilku stronach rysuje postać odbrązowianego „Ryśka”, przytaczając argumenty za tym, jakim był aparatczykiem itp., po czym na koniec rozdziału pisze, że zagląda teraz do swoich notatek na temat opisywanej sytuacji i wszędzie ma wielkimi literami zaznaczone, że nie może zapomnieć napisać, iż Rysiek fajnym kolegą był. To godzi w inteligencję nawet średnio inteligentnego człowieka.

Naprawdę temu materiałowi, który Świat Książki wydał jako gotową książkę, dobrze zrobiłaby dalsza praca i leżakowanie, dzięki któremu autor może nabrałby dystansu. Teraz tylko bowiem czekać, aż znajdzie się kolejny szaleniec i pojedzie śladami Domosławskiego, który jeździł śladami Kapuścińskiego, i udowodni (dla jakiegoś potrzebującego zysków wydawnictwa), że to co napisał Domosławski, to też wcale tak nie było…

czwartek, 12 sierpnia 2010

Katolicka niekonsekwencja

We wczorajszej Ewangelii (Mt 18,15-20) Chrystus poucza, by upominać naszych braci, gdy jesteśmy świadkami ich grzeszenia, oraz instruuje, jak to robić (w cztery oczy, potem z kimś, aż po doniesienie Kościołowi).
Polscy biskupi często po to prawo sięgają. W ostatnich latach upominali Polaków, którzy popierali tego czy innego kandydata na prezydenta, albo jeśli nie sprzeciwiali się metodzie in vitro.. Ale nie słychać, by upominali tych członków Kościoła, którzy pod krzyżem i w imię krzyża wyzywają księży od esbeków i satanistów, którzy świętym symbolem naszej wiary wymuszają świecką inicjatywę pomnika/tablicy pamiątkowej - jakkolwiek szczytną ideę, to niemającą wiele wspólnego z obroną spraw wiary i dogmatów kościelnych.

Biskupi od kilku dni powtarzają, że Kościół nie da się wmanewrować w tę kontrowersyjną sprawę. Zdają się jednak pomijać fakt, że ci ludzie - fanatycznie broniący krzyża, który dziś jest świadkiem społecznej manifestacji, wulgarnych, często sprowokowanych zachowań (uczestnik odprawianego przy kordonie policji nabożeństwa pluł na tych, co skandowali nie do powtórzenia dla mnie słowa na krzyż), a wręcz profanacji, tak samo tworzą Kościół jak biskupi, kardynałowie i wszyscy ochrzczeni, którzy uznają się za wyznawców Chrystusa. I czasem trzeba im przypomnieć, ile zła płynęło z krucjat i inkwizycji, i że w 21. wieku dysponujemy lepszymi środkami perswazji i ewangelizacji niż okupowanie placu pod Pałacem Prezydenckim.

PS dopisuję po dwóch dniach. W piątek ukazało się jakże potrzebne oświadczenie Prezydium Konferencji Episkopatu Polski. I bardzo mnie ucieszyło - choć z opóźnieniem. Tutaj pena treść.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Powstańcy

W specjalnym wydarzeniu wczorajszych „Wiadomości”, poświęconych wyłącznie 66. rocznicy powstania warszawskiego, urzekli mnie powstańcy, dziś strażnicy pamięci o tym polskim zrywie. Na próżno w serwisach informacyjnych polskich telewizji szukać osób, które przy okazji jakiejkolwiek imprezy wypowiadałyby się taką piękną polszczyzną. Książkową, a jednak naturalnie płynącą z ust tych już starych osób. Płynność, dobór słownictwa, budowa zdań. I sens. A do tego brak egzaltacji i męczeńskiej postawy, którą za to prezentowali reporterzy tego wydania.

Choć pomysłu poświęcenia całego, półgodzinnego programu informacyjnego bynajmniej nie okrągłej czy przełomowej rocznicy powstania nie pochwalam, to był to jedyny od wielu dni serwis informacyjny w TV, który nie irytował mnie wypowiedziami tzw. świadków czy uczestników prezentowanych wydarzeń (ludzi z ulicy, którym dziś daje się więcej czasu na antenie niż ekspertom, którzy mogliby rozjaśnić co nieco w głowach widzów). Niestety tego samego nie mogę powiedzieć o reporterach – polscy dziennikarze nie potrafią o polskiej historii mówić inaczej, niż przybierając pozę cierpiętników.

środa, 28 lipca 2010

Próba cierpliwości w znanych kościołach - odcinek wakacyjny (4)

Zwiedzanie znanych i znakomitych kościołów i miejsc świętych ma to do siebie, że człowiekowi wierzącemu trudno się w nich odnaleźć, gdy w ich wnętrzach nieprzebrane tłumy podziwiają efekt prac ludzkich rąk sprzed wielu wieków. Albo jest się wystawionym na próbę charakteru: cierpliwości i wybaczania nieposkromionym wręcz turystom. Mało w takim miejscu pozostaje ze świątyni (oczywiście, że Chrystus w nich jest, przebywa w Najświętszym Sakramencie, ale na tyle ukryty, by nie musiał słuchać ciągłego szumu niby przyciszonych odgłosów turystycznych albo gorszyć się pogawędkami przez telefon osób, które w kościele szukają schronienia przed upałem czy deszczem), a więcej z zabytku godnego zainteresowania przez turystę i jarmarku.


W każdym z tych znanych kościołów, który mieliśmy okazję zobaczyć podczas tegorocznego urlopu, panowały nieprzebrane tłumy. Ba, nawet uniemożliwiały dostanie się w ludzkich warunkach do wnętrza (stanie w ponadgodzinnej kolejce u stóp paryskiej Notre Dame w 35-stopniowym upale za takowe nie uważam). A jak już się człowiek do niego dostał (jak do bazyliki Sacre Ceur), to odniósł wrażenie, że jest na deptaku miasta, taki w niej gwar i migotanie świateł. Z sympatią i dużą aprobatą przyjęłam więc fakt, że w takich świątyniach w Paryżu ustawiono bardzo kulturalnych porządkowych, którzy co parę minut syczą lub scenicznym szeptem oznajmiają w kilku językach „cicho proszę” oraz cofają do wyjścia co którąś nadmiernie rozebraną kobietę, o ile porusza się w ramach strefy wyznaczonej do modlitw (czyli centrum kościoła, podczas gdy po nawach bocznych można się przechadzać z odsłoniętymi ramionami).

Jeśli jednak do tego podsumowania dodać fakt, że we wnętrzu tej owszem, potężnej bazyliki, paliły się tysiące świeczek i zniczy przy każdym bocznym ołtarzu i ołtarzyku (na dworze nadal 35-37 st., bazylika tonęła w słońcu, a najbliższy cień zaczynał się u schodów prowadzących na wzgórze), to owe podsumowanie przebywania w tymże miejscu wypada mało korzystnie – tam się nie dało wytrzymać, a co dopiero pomodlić! Czarę irytacji przelała Hinduska, która przeszedłszy się po obu nawach, zasiadła w głównej (tej niby do modlitwy) i wyciągnąwszy telefon komórkowy z torebki… zaczęła przezeń dłuuuugą konwersację. Nam cierpliwości starczyło na 3 min. Jej najwyraźniej na dłużej, no chyba że porządkowy ją przydybał przy filarze, pod którym siedziała.


Ewolucję w moim odczuciu przeszła Saint Chappelle – przed 15 laty zapamiętałam tę kaplicę (owszem, wyłączoną z religijnego życia), jako miejsce sprzyjające kontemplacji – przyjrzenie się jej licznym i bogatym witrażom opowiadającym biblijną historię wymaga wszakże spokoju i skupienia, by nie pogubić się w koronkowych ilustracjach. Nic z tego. Dziś w górnej kaplicy remontowane są witraże przy ołtarzu, więc jego większość zakryto, a w dolnej kaplicy… 1/2 powierzchni zajmuje sklepik z… pamiątkami (świeckimi)! Po cóż więc upomnienia rodem z kościołów „silent, please!”, skoro trudno zrobić zakupy, nie zamieniwszy ani słowa.

Na szczęście w Paryżu kościołów prawie tak samo wiele jak kafejek, a w tych nieopisanych w najczęstszych przewodnikach spokój, cisza lub sącząca się z głośników muzyka sakralna. I chłód. Uff…

poniedziałek, 26 lipca 2010

Sesja zdjęciowa komunijna - odcinek wakacyjny (3)




Hiszpania, środek lata. Pewna rodzina urządziła sobie… romantyczną sesję zdjęciową nad brzegiem morza o zachodzie słońca z komunijną dziewczynką. W białej kreacji i mocno na styl ślubny. No cóż, jak już tak panienkę wystroili, to szkoda by było tego nie uwiecznić… W tak pięknych okolicznościach przyrody, oczywiście.

A ponoć w Polsce rodziny szaleją z okazji przyjęcia do Pierwszej Komunii Świętej… ;-)

piątek, 23 lipca 2010

Odcinek wakacyjny (2)

Południe Europy pozwala odpocząć człowiekowi z północnych zakątków Europy, bo zmusza do przyjęcia swojego rytmu życia – wymuszonego upalnymi południami. W upale mało kto się śpieszy i mało komu zależy na pracy w samo południe. [Coś o tym Polacy ostatnio wiedzą ;)]. Wszyscy ożywiają się pod wieczór, gdy słońce nieco odpuszcza. Wówczas skwery, ulice, parki, no i oczywiście knajpki, bary i restauracje na coraz świeższym powietrzu wypełniają się zarówno mieszkańcami, jak i turystami.



Siedzieliśmy na zabytkowym placu – rynku w Tarragonie. Plac to niewielki i daleki od wyobrażeń rynku poznaniaka czy wrocławiaka, do tego po części zajęty przez ruiny z czasów rzymskich oraz stoliki kilku barów. A mimo to jeszcze grupa chłopców w wieku kilku lat wynalazła skrawek wolnej powierzchni – ok. 4x15 metrów kwadr. i w najlepsze grała w piłkę w otoczeniu zastawionych stołów, murów i przechodniów. Od czasu do czasu piłka lądowała na aucie lub przeleciała przez prowizorycznie zaznaczoną na kamiennych płytach bramkę (bo bez siatki) – przy jakimś krześle, na stoliku, obok czyjegoś talerza. Chłopcy wówczas krzyczeli na cały rynek w kilku językach „przepraszam”, przyznawali się do autu (nikt na nikogo nie zrzucał winy) i biegli po swoją piłkę do uśmiechniętych ofiar ich meczu. Uśmiechniętych - nikt ich nie zwymyślał, nikt nie marudził. Wszyscy z luzem, niemałym rozbawieniem, a nawet podziwem przyglądali się podczas swoich randek, towarzyskich spotkań i kolacji tej profesjonalnej grze w mało profesjonalnych warunkach.
Patrząc na zapał i entuzjazm młodych graczy, nie dziwiłam się, że to ten kraj zdobył tegoroczne mistrzostwo świata w piłce nożnej i to tu grają FC Barcelona i Real Madryt.

czwartek, 22 lipca 2010

Komunia ponad granicami (Odcinek wakacyjny 1)

Msza św. niedzielna za granicą w popularnej miejscowości turystycznej. Przeważają turyści, często zagraniczni. Są pierwszy i pewnie ostatni raz w tym kościele na jedynej w ciągu dnia Eucharystii. Nie znają się nawet z widzenia, nie znają często języka, w którym odprawiana jest msza święta. Modlą się w swoim języku lub nieporadnie próbują odczytać teksty modlitw z lokalnej książeczki do nabożeństwa. Nie bardzo trafiają do nich słowa homilii. Gdy jednak dochodzi do przekazania znaku pokoju, wszyscy niejako się poznają: najpierw zauważają, a potem przyjaźnie przekazują sobie gest pokoju. Nikt nie pozostaje obojętny, każdy rozumie i potrafi wykonać ten gest. A potem w czasie komunii świętej mam wrażenie, jakby - bez względu na to, ile osób z tej godzinnej wspólnoty do niej przystępuje - wręcz się zaprzyjaźniają – wydaje się, jakbyśmy wszyscy świetnie i od dawna się znali, wręcz byli... jednym. Jak to w komunii.

Taki wymiar komunii św. uświadomiłam sobie dobitnie na wakacjach.

poniedziałek, 5 lipca 2010

Lato w mieście

Lato w Poznaniu ma swoje uroki:
- zamierają ulice: gdy jeździ się do pracy, odczuwalny już od pierwszego poniedziałku po zakończeniu rok szkolnego niezwykły spokój na drogach i relatywne pustki w środkach transportu publicznego;
- ożywa Starówka: tętni życiem od wczesnego rana do... wczesnego rana, przy ładnej pogodzie spotkania w ogródkach, zwłaszcza w weekendy, trwają do świtu,
- Poznań "międzynarodowieje" - czasem więcej języków obcych niż naszego ojczystego;
- czas jakby wolniej płynął i wszystko wkoło działo się odrobinę wolniej. Zapewne to złudzenie powodowane dłuższym dniem, który wygania nas z domu;
- lato to wyśmienita pora na nadrobienie miejskich zaległości: odkrycie kolejnych remontów, poznanie efektów remontów wcześniejszych, zmian w miejskiej architekturze lub nowych kafejek, pubów, barów, restauracji...

I zamierzam się tym nacieszyć po... powrocie z wakacji. :) Tymczasem życzę Państwu wakacyjnych zachwytów - nawet w mieście.

czwartek, 1 lipca 2010

Niejasności

„Gość Niedzielny” bardzo klarownie wyjaśnił skandal, którego nie było, czyli jak to przedstawiały opiniotwórcze media, „rehabilitacji” abpa Paetza. Polecam tekst tym, których zaniepokoiły relacje „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej” czy PAP-u.

Jednak tekst nie rozwiał moich wątpliwości. „GN” nie bez satysfakcji pisze o skandalu, którego nie było. Ale czy nie można mówić o skandalu, gdy obarczony sankcjami z jakichś (nigdy nam członkom Kościoła jasno nieokreślonych), chyba zasadnych powodów (bo przecież Watykan nie podejmuje decyzji ad hoc, co nam się na każdym kroku powtarza), arcybiskup niczym w korporacji zabiega o lepszą rolę, cofnięcie sankcji, podkopuje autorytet obecnego metropolity? To przecież potwierdza sam „GN”. Te karierowiczowskie zachowania i przepychanki dla mnie odbiegają od tego, czym Kościół być powinien.
Czy takie zabiegi tuszować i przemilczać? „GN” napisał o tym dopiero po sensacyjnych doniesieniach trzech innych mediów, których każde powoływało się na swoje niezależne źródła informacji. Mediom jak PAP, „Wyborcza” czy „Rzepa” daleko (na razie) do „Super Expressu” i „Faktu” - nie wysysają spraw z palca.

Gdyby nie wścibstwo polskich mediów i determinacja tylko paru duchownych, to może wciąż żylibyśmy w przekonaniu o świętości i nieskazitelności naszych duszpasterzy, jak do 2002 roku. Mało tego: czy tym razem wścibstwo mediów przypadkiem nie zapobiegło jakiejś decyzji w Watykanie? Tego się nie dowiemy. Dla mnie po zapewnieniach Watykanu jest to bez znaczenia.

Niemniej wydaje mi się, że gdyby kościelne instytucje nauczyły się jaśniej i z większą otwartością komunikować z mediami i wiernymi również w sprawach drażliwych (jak obecna lub sprzed ośmiu lat), to pewnie zapobiegłoby to niejednej rozdmuchanej aferze i wielu niejasnościom, które co bystrzejszych wiernych mogą kłuć w oczy (=gorszyć), a dla tych słabszej wiary być kontrargumentem.

środa, 30 czerwca 2010

„Wenecja” nie o Wenecji

Najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego „Wenecja” tylko metaforycznie odnosi się do tego włoskiego miasta. Wenecja jest pretekstem do tego, by poetycko ukazać koszmar wojny. Jednak to film nie tylko o wojnie. Traktuje również o miłości macierzyńskiej i rodzeństwa, o dojrzewaniu i przedwojennej arystokracji. Ukazuje piękno Polski (w filmie – tej nad Sanem).

To niezwykle zmysłowy film – działa na wiele zmysłów. Dla przepięknych zdjęć Artura Reinharta ten film trzeba zobaczyć na jak największym ekranie. Liryzm ujęć i dramat niektórych scen głęboko poruszają. Muzyka, choć inna od pierwotnej, ponoć jeszcze lepiej współgrającej z klimatem obrazów (okazała się plagiatem), również nie pozostawia widza obojętnym.

Warte podkreślenia są nadzwyczaj dobre kreacje aktorskie młodych aktorów, co w polskim kinie jest raczej rzadkością. O tym, że Magdalena Cielecka, Grażyna Błęcka-Kolska, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Agnieszka Grochowska czy nieco mniej znana Julia Kijowska, świetnie grają nikogo chyba przekonywać nie trzeba.
Sympatykom dobrego polskiego filmu gorąco polecam „Wenecję”.

piątek, 25 czerwca 2010

Oddolna inicjatywa

Bo to było tak.
Weronika zadzwoniła i zaproponowała:
- To może dajmy znać, by ludzie się modlili codziennie. Niech każdy zmówi dziesiątkę różańca za ks. Adama. Wiadomo, że każdy ma swoje obowiązki i trudno się spotkać, ale możemy się połączyć w modlitwie, na przykład o 21. Ja już mówiłam znajomym, ty też przekaż.
- No dobrze, to dam znać mailem do znajomych.
Następnego dnia po rozesłaniu i rozpowiedzeniu informacji dopiero pierwszej turze łańcuszek już do mnie wrócił: - Wiesz, że modlimy się codziennie za księdza proboszcza, dziesiątka różańca o 21?

No i się modlimy (módlmy!), oczywiście o zdrowie i siły dla księdza proboszcza.

Wakacje

Choć ze szkołą nie mam nic wspólnego, to przechadzając się dziś po mieście, nie mogłam nie zauważyć, że to koniec szkoły. Wakacje!
Poza tym tak wakacyjnie nastroił mnie ostatni przed wakacjami numer gazetki parafialnej, już wydrukowany - ukaże się w niedzielę.

Polska jest bogatym krajem. Który kraj ma i morze (wcale niekrótka linia nabrzeża), i góry, i pojezierza. Nie ma chyba miejsca w Polsce, z którego w zasięgu rowerowej wycieczki nie byłoby piękna przyrody lub zabytków czy atrakcji turystycznych.
W Polsce, nie wyjeżdżając daleko, można mieć pełne atrakcji wakacyjne dni.

Tylko trzeba ruszyć głową, no i nogami (na piechotę lub rowerem). Ruszajmy więc!


PS Uwadze Czytelników polecam tę "klepsydrę".

sobota, 19 czerwca 2010

Reklamy

Są irytujące, często przez nas – odbiorców – uznawane za zbyteczne. Nie mówiąc o głupocie, nachalności czy wręcz wulgaryzmie w nich prezentowanych.

Ale ja lubię reklamy, w najgorszym wypadku nie przeszkadzają. Zwłaszcza w prasie. Pewnie, że czasem jest ich przesyt, szczególnie w kolorowych czasopismach z wyższej półki. W latach hossy pisma te wyglądały jak katalogi produktów, a nie zbiór ciekawych tekstów. Wszystko kapało wręcz reklamą. Teraz jest lepiej.
Ale reklamy w prasie bywają nie tylko fajne (ładne, ciekawe, kreatywne), ale konieczne. Bez nich nie przeżyje żadna niezależna gazeta. Szczytem naiwności jest myślenie, że gazety utrzymuje sprzedaż w kiosku lub przez prenumeratę. Nic bardziej mylnego.

Dlatego za każdym razem, gdy biorę „Tygodnik Powszechny” do ręki i zachłannie skanuję wszystkie nagłówki, wychwytuję i reklamy. Nie oszukujmy się – nie ma czego wychwytywać. Jeden moduł ogłoszenia, jedna mała reklama wydawnictwa, dwa nekrologi, czasem jakieś ogłoszenie publiczne. Szukam i szukam… i nie znajduję więcej. Żadnej całostronicowej reklamy, żadnego ogłoszenia na trzeciej okładce.
I trzymam kciuki, by wreszcie poskutkowało bardzo sympatyczne ogłoszenie sprzed bodajże paru miesięcy, kiedy to zaprzyjaźniona z „TP” agencja reklamowa przygotowała przykłady reklam, które z powodzeniem mogłyby się ukazać w tym piśmie: wydawnictw ciekawych przewodników turystycznych, ekskluzywnych piór, samochodów, teleskopów. Jednym słowem dóbr niebanalnych i nietanich. Takie, po które może sięgnąć czytelnik „TP, który przecież również stanowi target niejednego produktu czy usługi (mówiąc językiem marketingowców sterujących budżetami reklamowymi).

A czemu tak mi zależy na powodzeniu „Tygodnika”? Bo to jedyne katolickie społeczno-kulturalne pismo na dużym polskim rynku, które nie jest na garnuszku żadnej kurii. I dlatego niezależne (mimo odsprzedaży 51 proc. udziałów Grupie ITI).

PS Ksiądz Boniecki laureatem Złotej Gruszki, nagrody przyznawanej przez małopolski oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy RP (patrz).

piątek, 18 czerwca 2010

Zawsze krok za

Jeśli ktoś w Watykanie zdobył się na tak (od)ważną decyzję, jak zniesienie zakazu dla abpa Paetza, o czym dziś donosi już nie tylko „Gazeta Wyborcza”, ale i PAP (też z własnych źródeł), to zastanawia mnie, dlaczego nie wystarczyło tym przedstawicielom kościelnej hierarchii odwagi do poinformowania o tym publicznie. Zawczasu.
Skoro takie informacje są jak woda na młyn dla mediów, dlaczego Kościół jest krok z tyłu, zamiast kiedyś wreszcie uprzedzić krok mediów i nie dawać im tej satysfakcji wywęszenia "afery"?

Jeśli ktoś podjął taką decyzję, to wierzę, że miał ku temu rozliczne, poważne powody. Dlaczego więc członkowie Kościoła nie mogą się o tym dowiedzieć z ust Kościoła? Dlaczego znów są skazani na sensacyjne doniesienia prasowe?
Do tego na tak drażliwy temat, z molestowaniem seksualnym w tle.

środa, 16 czerwca 2010

Na koniec Roku Kapłańskiego

Mijający w Kościele Rok Kapłański okazał się bardzo trudny (zdrowotnie) dla naszych duszpasterzy.
Gdy patrzę na to, z jakim zaangażowaniem, a nierzadko poświęceniem wypełniają swoją służbę Bogu i ludziom (o czym pisałam w poście Ksiądz dziś), śmiem twierdzić, że zdrowotne problemy są niestety tego smutną konsekwencją.

Wspomniany Rok zaczął się kontuzją ks. Janusza, który długi czas miał rękę w gipsie. Później, w okresie kolędowania, ks. Ryszard trafił do szpitala, gdzie został zoperowany.

Jakby tego mało w naszej parafii, to ks. Adam na zakończenie Roku Kapłańskiego również znalazł się w szpitalu.

Dlatego proszę wszystkich, którym nieobojętny jest los naszych duszpasterzy, o gorącą modlitwę za zdrowie księdza proboszcza. Niech dobry Bóg da mu siły do przezwyciężenia choroby i dalszej wiernej służby Chrystusowi Zmartwychwstałemu.

niedziela, 13 czerwca 2010

Przy takich jak festyn imprezach parafialnych (ale również promocja książki, inne akcje przy wspólnocie), zawsze mówi się o pozytywnych aspektach – kto się włączył, kto dołożył, przygotował, zrealizował. I słusznie, bo trudno tego nie podkreślać; to buduje, to pedagogiczne…

Ale nie mogę przejść obojętnie nad faktem, że jako dojrzali chrześcijanie zbyt chętnie przymykamy oko na roszczeniowość lub wręcz wspieramy zachowania pasożytnicze, (zbyt) często kładąc je na karb chorego systemu czy patologii rodzin.

Wilda jest specyficzną dzielnicą; sporo tu – może ponad poznańską przeciętną – rodzin patologicznych, dzieci wychowywanych w dziedzicznej biedzie.
I tym osobom, rodzinom, zgodnie z naszym chrześcijańskim wyznaniem, chętnie i z zaangażowaniem pomagamy. A to przez świetlicę, a to przez wyjazdy, kolonie, atrakcje, dotacje i konkretną pomoc finansową. Problem dostrzegam w tym, jak łatwo takim ludziom (zwłaszcza dzieciom i młodzieży) przychodzi wyciągnięcie ręki po pomoc, a z jakim trudem (czytaj: w ogóle!) robią cokolwiek społecznie na rzecz wspólnoty, z której czerpią. I nie widzę, by poza świetlicą, gdzieś zwracano im na to uwagę.

By poustawiać ławki na potrzeby festynu, nie trzeba wykształcenia ani tygodnia wolnego. By posprzątać po promocji książki, nie trzeba mieć matury. By raz w roku sprzątnąć świątynię, nie trzeba wielkiej krzepy i mięśni. Po prostu trzeba chcieć, trzeba poczuć się zobowiązanym.

A jednak do tych wszystkich czynności wkółko zgłaszają się osoby i rodziny, co i zasponsorują, i wszystko obmyślą, przygotują, zorganizują, załatwią, pracując często na dwóch etatach. Sami się napracują, a jeszcze dołożą. Gorzej: gdy dzieciom, które korzystają z darmowych atrakcji, szaleją na parafialnym dziedzińcu i mają zapewniony ciekawy czas wolny, powie się, że mają coś (lekkiego, oczywiście) zrobić po tejże imprezie (wszak była przygotowana dla nich), to - w najlepszym wypadku nie będzie reakcji w ogóle, w najgorszym – stek wulgarnych wyzwisk (pod drzwiami kościoła!) i wymówek, jak to są już zmęczone. Smutne, że organizatorzy muszą się często jeszcze naprosić i nadenerwować, by wyegzekwować należną im pomoc. Dobrze, jeśli jeszcze to robią, a nie przejmują wszystko za i dla nich. Z litości, dobroci.

My, jako dorośli i dojrzali chrześcijanie, mamy obowiązek również uczenia, formowania takich ludzi, nie tylko przez nasze świadectwo, bo ono czasem nie wystarcza. Jesteśmy odpowiedzialni za kształtowanie w nich postawy chrześcijańskiej. W dyscyplinie nie ma nic złego! Za otrzymaną pomoc należy się wdzięczność. Niekoniecznie temu konkretnemu darczyńcy, ale innym ludziom. Czyli przy okazji festynów, sprzątania kościoła itp. W imię zasady, że skoro mnie dano, to daję to dalej, tak jak mogę najlepiej (czasem, pracą, modlitwą). Może każdy.
Jeśli nie zaczniemy wymagać wreszcie więcej od wychowanków przykościelnych wspólnot czy podopiecznych Caritas i wpajać im podstaw chrześcijańskiej postawy, to na nic nasze wysiłki zorganizowania kolonii i wyjazdów. Bo nadmiar dobroci nikogo nie wychował. Wie to każdy z nas, od kogo rodzice wymagali, by w domu robić coś więcej niż tylko zadane w szkole lekcje. Bo manna z nieba spada tylko po gorących modlitwach błagającego ludu, jeśli Bóg go wysłucha. Na pozostałą trzeba zapracować choćby najprostszym działaniem. Nawet gdy jest się z patologicznej rodziny i ma się pod nosem instytucję charytatywną lub parafię.