środa, 31 marca 2010

Cichy Tydzień

Wielki Tydzień w języku polskim wiąże się z wielkimi, więc ważnymi wydarzeniami. Ale dla mnie brzmi nieco pompatycznie. Nie znajduję zaś w tym związku frazeologicznym miejsca na wyciszenie czy refleksję, bo jak coś jest wielkie, to raczej przytłaczające. Lepiej już Święty Tydzień.

Tymczasem w niektórych językach Wielki Tydzień nosi miano Cichego Tygodnia (duński Stille Uge, w Niemczech to Karwoche - od dawnego niemieckiego słowa oznaczające smutek, żal, ale i Stille Woche, czyli też cichy tydzień).
I dla mnie to właśnie Cichy Tydzień. Rażą mnie zbyt natrętne dźwięki, nie pasuje mi zbyt żywa muzyka, którą na co dzień karmię uszy, bardziej niż zwykle irytuje bełkot w mediach i skakanie sobie do gardeł polityków czy szczebiot reklam. Jak to wszystko nie przystoi w Cichym Tygodniu!

Co poważniejsze media (dotyczy tylko publicznych) akcentują wagę tego Tygodnia w swoich programach, najbardziej podczas Triduum, za co jestem im niezmiennie od wielu lat wdzięczna. Może trudno wymagać, by w pluralistycznym państwie wszystkie rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne na kilka dni zarzuciły swój styl i poddały się refleksyjno-żałobnym nastrojom (już słyszę oponentów, którzy za nic mają Wielki Piątek), niemniej nie popieram w te dni rozrywkowej, sensacyjnej i zabawowej treści mediów. Wyłączam. Rezygnuję. By ten Tydzień był jak najcichszy.

Żeby tylko po zakupy nie trzeba było chodzić!

poniedziałek, 29 marca 2010

Rekolekcje dla niesakramentalnych

Są wśród nas: rozwódki, rozwiedzeni, samotni lub w szukający szczęścia ponownie w związku, już niezłączonego sakramentem małżeństwa. Przybywa ich, tak jak przybywa rozwodów w naszym kraju (w 2009 r. orzeczono ich 72 tys., tj. tyle, ile w rekordowym roku 2006). I nie można na ten fakt zamykać oczu.
Mimo niepowodzenia małżeństwa nie stracili wiary, pozostają członkami Kościoła, choć nie łączą się z nim w Komunii Świętej. Tylko tym różnią się od większości członków kościelnej wspólnoty. Tylko lub aż. Z punktu widzenia osób niedoceniających daru Eucharystii (daru – nie prawa do Eucharystii) może to być tylko „tylko”. Z punktu widzenia wielu z nich – „aż”, bo dotkliwie odczuwają tę stratę w drodze do świętości (o ile o tej świętości śmią myśleć – wielu z nich załamanych rozwodem myśli raczej o groźbie wiecznego potępienia). A mimo to trwają w modlitwie, adoracji, życiu Kościoła – jako niesakramentalni. Nie obrazili się na Kościół za brak rozwodów. Jakiej wiary trzeba, by po rozpadzie małżeństwa pozostać wiernym pozostałym przykazaniom bez łaski rozgrzeszania i wsparcia w postaci Komunii św., doświadczyli tylko oni.

Rekolekcje dla związków niesakramentalnych rozpoczęły się wczoraj w naszym kościele na wspólnej, ogólnej mszy św. Prowadzący w tym roku rekolekcje parafialny opiekun tej wspólnoty ks. Adam Błyszcz CR przypomniał nam wszystkim o „świętości na miarę możliwości”, do której Kościół wzywa.
Obecność tej wspólnoty właśnie w naszej parafii to bardzo pouczający przykład tego, jak godnie można żyć, nie chlubiąc się uczestnictwem w komunii świętej. Tęsknota niesakramentalnych za przystąpieniem do Stołu Pańskiego uzmysławia wszystkim przystępującym do Komunii, z jak wielkiego daru jest im dane korzystać.
Piękne rekolekcje – dla wszystkich.

niedziela, 28 marca 2010

Odrobina etyki w biznesie

Może przeceniam właścicieli firmy Google, największej na świecie wyszukiwarki internetowej, ale mam wrażenie, że swoją decyzją o nieuginaniu się chińskiej cenzurze podnieśli nieco standardy światowego biznesu i dali sygnał innym, zapatrzonym w przyszłość w Chinach.
Gdy zagrozili wycofaniem się z chińskiego rynku przed paroma tygodniami, byłam przekonana, że skończy się na groźbach. Bo który biznesmen zrezygnuje z tak lukratywnego rynku – 400 mln potencjalnych klientów? A tu – miła niespodzianka, miłe przypomnienie, że można wybrać bardziej etyczną postawę i nie kierować się zachłannością (która przyczyniła się przecież do ostatniego kryzysu ekonomicznego na świecie).
Oczywiście łatwiej być etycznym, gdy notuje się miliardowe zyski co roku (w ubiegłym, słabym, roku była to kwota 6,5 mld dolarów)…

Ale niekoniecznie – koncern Disneya, który przecież też do stratnych nie należy (na samej sprzedaży zabawek zarobił w ub.r.4 mld dolarów), ustami swoich prawników nie zgodził się w Polsce (w minionym tygodniu), by przechwycone przez celników kolorowe kurtki dziecięce nielegalnie ozdobione logo i postaciami disnejowskich filmów zostały przekazane potrzebującym maluchom (chodziło o dzieci przedszkolne). Prawnik robił to, do czego został wynajęty – zasłaniał małodoszuność koncernu potrzebą walki z piractwem, w imię prawa. Sam koncern nie pofatygował się z własnym komentarzem.
Czy koncern naprawdę zbiednieje lub złamie biznesowe zasady, gdy kilkaset kurtek nielegalnej produkcji będzie nosić kilkaset biednych dzieci z Polski? Przecież one (czy ich opiekunowie) i tak nie kupiłyby takich, legalnych kurtek, bo są poza ich zasięgiem (kosztują często kilkukrotnie więcej od tzw. zwykłej kurtki). A pewnie jeszcze bardziej by polubiły Kubusia Puchatka i jego właściciela.

Nie rozumiem

Minął kolejny tydzień ujawniania następnych skandali seksualnych w Kościele na świecie. Kolejne oświadczenia, deklaracje, próby podejmowania działania.
A ja wciąż pojąć nie mogę, jakim prawem, jakimi zasadami (bo chyba nie miłości bliźniego) kierowano się w Kościele, gdy tuszowano te sprawy, gdy nie wyciągano konsekwencji wobec oprawców, gdy nie stawano w obronie słabszych, czyli ofiar – niepełnoletnich, bez prawa głosu. Szukam, czytam i żadnego ani logicznego, ani dobrego uzasadnienia nie znajduję. Bo czy za takie uzasadnienie można uznać watykański dokument Crimen Sollicitationis (link do ang. Wikipedii) z 1962 r., który miałby pod groźbą ekskomuniki zakazywać nie tylko informowania o przestępstwach seksualnych organy ścigania? Po prześledzeniu angielskiej wykładni dokumentu zastanawiam się jednak, na ile media zdemonizowały ten dokument, a na ile jest on z kolei nadinterpretowany przez duchowieństwo…

Nie zmienia to jednak faktu, że Kościół w zakresie przestępstw seksualnych nie współpracuje z krajowymi organami ścigania, i to w krajach, w których relacje Kościół-państwo są tak korzystne (podpisany Konkordat). Czy Kościół może się pochwalić samodzielną skuteczną walką z tak ohydnymi przestępstwami?

Każdemu z nas wpaja się przy wielu okazjach, że Kościół nie jest firmą, która podejmuje decyzje z dnia na dzień lub zmienia procedury, przepisy z roku na rok. Ale czy ponad pół wieku od przestępstw seksualnych (choćby tych z Irlandii, o których strzępki informacji docierały do Watykanu) to nie za długo dla świętej instytucji?

wtorek, 23 marca 2010

Rekolekcyjna ruletka

W Wielkim Poście zawsze rozmawia się o rekolekcjach – kto był w jakiej parafii, jak się udały. I niemal zawsze takie rozmowy toczą się według określonego wzoru – jeden na trzech rozmówców jest zadowolony, opowiada o metamorfozie, którą przeżył, o mądrości płynącej z nauk, a pozostali… W najlepszym wypadku za wiele nie mówią, by nie grzeszyć (obmową), częściej jednak zaczyna się jedno wielkie pomstowanie: na nieprzygotowanie rekolekcjonisty, na infantylizm lub sposób retoryki (krzyczenie w mikrofon i wypominanie zebranym grzechów, które raczej należałoby przypisać nieobecnym w kościele parafianom).

Choć ja należę do grona szczęśliwców, którzy z zachwytem opowiadali o rekolekcjach w ostatnich latach, to dobrze pamiętam, jak było przez kilkanaście lat wcześniej w rodzimej parafii. A dobrze nie było. Z opresji parafialnych rekolekcji wybawiły mnie szkolne rekolekcje dla młodzieży (wrażenia z tych z nawróconym muzykiem Janem Budziaszkiem pamiętam do dziś).

Tymczasem w licznych parafiach czas zatrzymał się kilkanaście lat temu – duch odnowy omija szerokim łukiem parafie nie tylko w małych miejscowościach, ale i wiele w Poznaniu, które co roku idą dawno temu wytyczonym tropem rekolekcji stanowych jednego autorstwa. Mieszkaniec dużego miasta może sobie wybrać inny kościół, może wręcz przebierać w rekolekcyjnych ofertach jezuitów, dominikanów, zmartwychwstańców... Ale w mniejszym mieście, gdzie ludzie są dużo bardziej przywiązani do swojej parafii lub wręcz na nią skazani?

Zastanawiam się, czy w Kościele nie mógłby powstać aparat kontroli jakości rekolekcyjnych prelegentów. Przecież od rekolekcji wymagamy już coraz więcej – katolikom, którzy w nich uczestniczą (czyli regularnie uczęszczającym do kościoła, interesującym się sprawami wiary), potrzeba czegoś więcej niż kazania, jakie można wygłosić przy byle okazji do byle kogo (takie traktowanie też się zdarza). Czy nie mógłby powstać kodeks rekolekcyjny dla księży, którzy uzyskiwaliby niejako licencję na głoszenie rekolekcji? Czy wśród duchownych nie mogłoby być więcej specjalizacji? W końcu nie każdy dobry kapłan ma wybitne zdolności kaznodziejskie, ale rekolekcje głoszą niemal wszyscy. Powołanie do kapłaństwa wymaga stałej nauki, podnoszenia kwalifikacji, zwłaszcza dziś – w dużo bardziej wymagających czasach. Czy więc rodzaj egzaminu dla rekolekcjonistów co 3 czy co 5 lat nie podniósłby poziomu głoszonych nauk nawet na najgłębszej prowincji i nie zbliżyłby rekolekcjonistów do problemów ludzi?

Dla mnie na kpinę zakrawa fakt, że ludzie poszukujący odnowy, wsparcia w porządkowaniu sumienia i poświęcający swój czas na dodatkowe w tygodniu spotkania w kościele, na naukach słyszą pełną agresji prelekcję o tym, jakim złem dla polskiego narodu jest Unia Europejska, albo są rozliczani z finansowego wspierania... Radia Maryja. Przecież jest tyle innych katolickich mediów, które nawet bardziej potrzebują finansowej pomocy.

piątek, 19 marca 2010

środa, 17 marca 2010

Mój Kościół

Przyglądając się wizerunkowi polskiego Kościoła w tzw. opinii publicznej i w mediach można doznać rozdwojenia jaźni – jedni trwają w nagonce, interesując się głównie cieniami lub wręcz grzechami Kościoła, inni dumnie zadzierają nosa i nie zniżają się do poziomu dyskusji z kimkolwiek (bo nikt nie jest w stanie wytrącić ich z ich jedynego słusznego pojmowania Kościoła), odbierając przy tym każdą informację o Kościele spoza Kościoła za atak nań. Trudno w takim kotle czasem o zdrowy rozsądek czy dystans i uniesienie się ponad trwające spory. Nietrudno za to poddać się któremuś z nurtów i płynąć z nim, bo z nurtem łatwiej.

Ks. Andrzej Lutter w na łamach poprzedniego (11.) numeru „Tygodnika Powszechnego” (z 14 marca 210) w artykule „Kościół z ludzką twarzą” trafnie ujął swoją – ale na pewno szerzej przyjętą – definicję Kościoła otwartego, o którym niewątpliwie i w jednych, i w drugich wyżej wspomnianych kręgach za dużo się nie mówi. Cytuję myśli kilka, które najbardziej przypadły mi do gustu, bo najbliższych mojemu poglądowi na Kościół dziś.
Kościół otwarty to Kościół o ludzkiej twarzy, miłosierny, odważny, nieszukający swego, mądry, cichy, choć »głośny« w głoszeniu zasad prawdziwie ewangelicznych, i skromny… (…)
Widzę żywą tkankę takiego Kościoła także w Polsce: cierpliwa posługa w konfesjonale wielu mądrych księży, dobra liturgia, służba biednym i wykluczonym, towarzyszenie chorym i umierającym, apostolstwo wśród poszukujących… Ale w debatach publicznych, a także w zwykłych rozmowach dominuje obraz Kościoła sklerykalizowanego, zajętego czymś innym: umocnieniem socjologicznego, prawno-politycznego i materialnego stanu posiadania, posługującego się językiem patriarchalnym, językiem nakazów i konfrontacji, a nie językiem wolności i dialogu.
Można się buntować i uznać, słusznie poniekąd, taki obraz Kościoła za wykrzywiony i niesprawiedliwy. Istnieją przecież ideolodzy, którym samo istnienie Kościoła uwiera (…). Należałoby się po prostu zastanowić, dlaczego wizerunek triumfalistyczny i fundamentalistyczny wygrywa w przestrzeni publicznej z wizerunkiem otwartym. Może jednak dajemy powody takich uogólnień?
(…)
Katolicyzm otwarty powinien być zatem postawą, która dąży do zrozumienia współczesnego świata z jego problemami w sposób empatyczny, pełen miłosierdzia i pokory, ale też odwagi do działania. Nikt nie rozumie do końca tego, co dziś się dzieje ze światem, a dzieje się dużo i szybko, ludzie raczej »spalają się« w możliwościach, jakie daje świat, bez refleksji; sami często czują się opuszczeni i brakuje im właśnie zrozumienia. I to jest wyzwanie dla katolika otwartego – wyjść światu i ludziom naprzeciw, rozmawiać z nimi, nie potępiając z góry. W ogóle nie potępiając! Nie oznacza to, że mamy zmieniać naszą postawę czy system wartości pod wpływem tego, jak zmienia się świat. Przeciwnie, bazując na wierze i wartościach chrześcijańskich i na całym bagażu nauczania Kościoła, który mamy, powinniśmy starać się zrozumieć innych i jednocześnie pomagać im, zachowując proporcje między zrozumieniem a działaniem.

Czy wkoło siebie, współczesny apostole, nie widzisz wyzwań? W osobie znajomych, przyjaciół, w rodzinie?

sobota, 13 marca 2010

Kiedyś było łatwiej

Wszystkich, którzy obawiają się peanu na część PRL-u śpieszę poinformować, że tytuł bynajmniej nie do tego pije. Ja nie z tego pokolenia ;)
Kiedyś było łatwiej pościć. I nie mam na myśli zamierzchłej przeszłości z dzieciństwa pradziadków, lecz jedynie lata swojej szkoły średniej, studiów. Jeszcze w tamtych latach (90.), już po zmianie ustroju, w wolnej Polsce, gdy antyklerykalizm przybierał na sile, w szkołach rodzice toczyli boje o krzyże, młodzieży szybko przestała się podobać katecheza w szkole, było więcej sposobności do wspólnotowego przeżywania Wielkiego Postu. W tym czasie było więcej ducha wyciszenia, o tym czasie nie dało się zapomnieć. A nawet jak jakiemuś mniej gorliwemu katolikowi zdarzyło się Wielki Piątek zacząć od parówek na śniadanie, to oczywistym było mu zwrócenie uwagi, nie narażając się na wyśmianie. U przyłapanego na gorącym uczynku pojawiał się raczej rumieniec wstydu niż wymowny gest wzruszenia ramionami.

W tamtych czasach, w ogóle w mniejszym mieście, nie było tyle pokus, co dziś: koncerty (rockowe, popowe, dyskotekowe imprezy) odbywały się 2-3 razy w roku i organizatorzy raczej pilnowali, by nie był to okres Wielkiego Postu; imprezy plenerowe dopiero raczkowały, a i to w sezonie lata, a żaden nastolatek, nawet ten deklarujący swój młodzieńczy sprzeciw wobec Kościoła, nie odważył się wyprawiać osiemnastki w okresie tych 40 dni czy, jeszcze wtedy, w postnym Adwencie.
Dziś karnawał jest stanem ciągłym. By się o tym przekonać, wystarczy wejść do jakiegokolwiek centrum handlowego. Ba, wystarczy wyjść na ulicę, a w środę popielcową popatrzeć na ruch przy budkach z hot-dogami…

Mam więc wrażenie, że bycie dziś młodym katolikiem w tymże katolickim kraju jest trudniejsze i wymaga (większej) odwagi. Bo choć represje nam nie grożą, to dezaprobujące uśmiechy lub ironiczny uczestnictwa w klubowej imprezie – owszem.
Tym większy szacunek dla tych, którzy dobrowolnie decydują się na rekolekcje w postaci dni skupienia, o których Katarzyna Solarek w najnowszym numerze „Ja Jestem Zmartwychwstaniem”. Polecam. Nie tylko tekst.

piątek, 12 marca 2010

Niepokorni

Nie mam wątpliwości, że nie można milczeć wobec aborcji, a pomysły na liberalizację prawa antyaborcyjnego trzeba piętnować. Nie oburzam się na nazywanie rzeczy po imieniu i mówienie o zabijaniu nienarodzonych. Ale mówię veto festiwalowi krzyków i protestów „Gościa Niedzielnego”, którego postawa – zwłaszcza w okresie Wielkiego Postu – bardzo mnie zasmuciła.

Oburzyło mnie publiczne napiętnowanie kobiety, która przyznała się do swojego dylematu, którego każdy redaktor gazety powinien raczej jej współczuć, jak już nie starać się zrozumieć. Która stanęła wobec pytania: trzecie dziecko czy życie moje jako matki dwójki już żyjących dzieci. Która szukała pomocy w podjęciu decyzji u lekarzy, szukała wsparcia, również takiego, które pozwoliłoby jej spokojnie utrzymać ciążę i wymodlić jej dobry koniec. Kobiety, która wytknęła polskiemu prawu niekonsekwencję i braki ustawodawcze.

Można wyśmiewać wyrok Trybunału w Strasburgu, choć lepiej z nim dyskutować, zastanawiając się ponownie nad kształtem polskiego prawa – to wyższa klasa dyskursu od ironicznych wstępniaków ad personam (do tego wobec osoby, która prawa NIE ustanawiała). Ale nie zgadzam się, byśmy jako członkowie Kościoła katolickiego wydawali wyrok na konkretne osoby i porównywali je do zbrodniarzy hitlerowskich. Osądzali je za życia, wykorzystując do tego łamy archidiecezjalnego pisma. Zapominając, że Kościół nigdy nie składał się wyłącznie z Maksymilianów Marii Kolbe.
Chrystus używał często mocnych słów. Ale czy takich? Czy nazwał Marię Magdalenę ladacznicą? (Choć porównaniu temu daleko do doktora Mengele i innych hitlerowców). Czy rzucał w nią kamieniem? Czy wzywał innych do tego? Czy to nie Chrystus zabronił stosowania miecza wobec niesprawiedliwych?

Czy postawa „Gościa Niedzielnego” i przychodzących mu w sukurs biskupów zachęci jakąkolwiek kobietę, która ma na sumieniu tak okropny czyn, jak zabicie dziecka, do spowiedzi, nawrócenia? Czy na takim zachowaniu właśnie Kościołowi zależy? Mnie, jako członkowi tej Wspólnoty, nie. Dlatego chciałabym, by wszyscy (chrześcijańscy) komentatorzy ostatniego wyroku sądowego przynajmniej w Wielkim Poście pochylili głowę w pokorze lub spojrzeli na Krzyż i wyciągnęli rękę na zgodę, zamiast podważać wyroki i toczyć kolejne spory przed sądem. Lepiej przekazać wyrzucone w ten sposób pieniądze na antyaborcyjną edukację uczącą miłości do dziecka od poczęcia albo na pomoc materialną dla matek (nie tylko tych, co idą do sądu), które urodzą dzieci po ciąży zagrażającej życiu czy zdrowiu, a w wyniku swego bohaterstwa np. stracą wzrok. I wreszcie – by członkowie naszej Wspólnoty przestali lansować swoją elokwencję, wycierając sobie usta nazwiskiem jednej kobiety. I jej trójki żyjących dzieci!

PS Zainteresowanym zgłębieniem całego tematu, do którego tu się nie odnosiłam, polecam zwłaszcza tekst ks. Adama Bonieckiego "Dziesięć myśli w sprawie jednego wyroku: