niedziela, 28 marca 2010

Nie rozumiem

Minął kolejny tydzień ujawniania następnych skandali seksualnych w Kościele na świecie. Kolejne oświadczenia, deklaracje, próby podejmowania działania.
A ja wciąż pojąć nie mogę, jakim prawem, jakimi zasadami (bo chyba nie miłości bliźniego) kierowano się w Kościele, gdy tuszowano te sprawy, gdy nie wyciągano konsekwencji wobec oprawców, gdy nie stawano w obronie słabszych, czyli ofiar – niepełnoletnich, bez prawa głosu. Szukam, czytam i żadnego ani logicznego, ani dobrego uzasadnienia nie znajduję. Bo czy za takie uzasadnienie można uznać watykański dokument Crimen Sollicitationis (link do ang. Wikipedii) z 1962 r., który miałby pod groźbą ekskomuniki zakazywać nie tylko informowania o przestępstwach seksualnych organy ścigania? Po prześledzeniu angielskiej wykładni dokumentu zastanawiam się jednak, na ile media zdemonizowały ten dokument, a na ile jest on z kolei nadinterpretowany przez duchowieństwo…

Nie zmienia to jednak faktu, że Kościół w zakresie przestępstw seksualnych nie współpracuje z krajowymi organami ścigania, i to w krajach, w których relacje Kościół-państwo są tak korzystne (podpisany Konkordat). Czy Kościół może się pochwalić samodzielną skuteczną walką z tak ohydnymi przestępstwami?

Każdemu z nas wpaja się przy wielu okazjach, że Kościół nie jest firmą, która podejmuje decyzje z dnia na dzień lub zmienia procedury, przepisy z roku na rok. Ale czy ponad pół wieku od przestępstw seksualnych (choćby tych z Irlandii, o których strzępki informacji docierały do Watykanu) to nie za długo dla świętej instytucji?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz