wtorek, 23 marca 2010

Rekolekcyjna ruletka

W Wielkim Poście zawsze rozmawia się o rekolekcjach – kto był w jakiej parafii, jak się udały. I niemal zawsze takie rozmowy toczą się według określonego wzoru – jeden na trzech rozmówców jest zadowolony, opowiada o metamorfozie, którą przeżył, o mądrości płynącej z nauk, a pozostali… W najlepszym wypadku za wiele nie mówią, by nie grzeszyć (obmową), częściej jednak zaczyna się jedno wielkie pomstowanie: na nieprzygotowanie rekolekcjonisty, na infantylizm lub sposób retoryki (krzyczenie w mikrofon i wypominanie zebranym grzechów, które raczej należałoby przypisać nieobecnym w kościele parafianom).

Choć ja należę do grona szczęśliwców, którzy z zachwytem opowiadali o rekolekcjach w ostatnich latach, to dobrze pamiętam, jak było przez kilkanaście lat wcześniej w rodzimej parafii. A dobrze nie było. Z opresji parafialnych rekolekcji wybawiły mnie szkolne rekolekcje dla młodzieży (wrażenia z tych z nawróconym muzykiem Janem Budziaszkiem pamiętam do dziś).

Tymczasem w licznych parafiach czas zatrzymał się kilkanaście lat temu – duch odnowy omija szerokim łukiem parafie nie tylko w małych miejscowościach, ale i wiele w Poznaniu, które co roku idą dawno temu wytyczonym tropem rekolekcji stanowych jednego autorstwa. Mieszkaniec dużego miasta może sobie wybrać inny kościół, może wręcz przebierać w rekolekcyjnych ofertach jezuitów, dominikanów, zmartwychwstańców... Ale w mniejszym mieście, gdzie ludzie są dużo bardziej przywiązani do swojej parafii lub wręcz na nią skazani?

Zastanawiam się, czy w Kościele nie mógłby powstać aparat kontroli jakości rekolekcyjnych prelegentów. Przecież od rekolekcji wymagamy już coraz więcej – katolikom, którzy w nich uczestniczą (czyli regularnie uczęszczającym do kościoła, interesującym się sprawami wiary), potrzeba czegoś więcej niż kazania, jakie można wygłosić przy byle okazji do byle kogo (takie traktowanie też się zdarza). Czy nie mógłby powstać kodeks rekolekcyjny dla księży, którzy uzyskiwaliby niejako licencję na głoszenie rekolekcji? Czy wśród duchownych nie mogłoby być więcej specjalizacji? W końcu nie każdy dobry kapłan ma wybitne zdolności kaznodziejskie, ale rekolekcje głoszą niemal wszyscy. Powołanie do kapłaństwa wymaga stałej nauki, podnoszenia kwalifikacji, zwłaszcza dziś – w dużo bardziej wymagających czasach. Czy więc rodzaj egzaminu dla rekolekcjonistów co 3 czy co 5 lat nie podniósłby poziomu głoszonych nauk nawet na najgłębszej prowincji i nie zbliżyłby rekolekcjonistów do problemów ludzi?

Dla mnie na kpinę zakrawa fakt, że ludzie poszukujący odnowy, wsparcia w porządkowaniu sumienia i poświęcający swój czas na dodatkowe w tygodniu spotkania w kościele, na naukach słyszą pełną agresji prelekcję o tym, jakim złem dla polskiego narodu jest Unia Europejska, albo są rozliczani z finansowego wspierania... Radia Maryja. Przecież jest tyle innych katolickich mediów, które nawet bardziej potrzebują finansowej pomocy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz