wtorek, 25 maja 2010

Specjaliści ds. wiary i Kościoła

Niebezpieczne i głupie zjawisko obserwuję ostatnimi czasy w mediach. Z niepokojem. Do rozmów, debat na tematy związane z wiarą i Kościołem katolickim stale zaprasza się – często jako jedynych ekspertów (!) – byłych księży (warto zajrzeć na strony „Rzeczpospolitej”, przejrzeć gości telewizyjnych programów publicystycznych ostatniego półrocza).

Rozumiem, że ich głos może być cenny w kwestiach reform formacji duchowieństwa, choć na pewno nie może być jedynym. Ale czy o tym, komu wolno dziś – w świetle dzisiejszych przepisów - przystępować do komunii św., naprawdę powinien wypowiadać się eksksiądz, który zrezygnował z kapłaństwa dobrych kilka lat temu? Do tego taki, który z Kościołem nie zgadza się w większości kontrowersyjnych, acz fundamentalnych kwestii, którego wypowiedzi więcej mają wspólnego z mąceniem wody niż konstruktywną krytyką? (por. tekst)
Czy wśród polskich duchownych naprawdę nie ma elokwentnych i medialnych postaci, które by wiarygodnie przybliżyły katolicki światopogląd świeckim mediom?

Drogie redakcje, szanowni wydawcy – słabe sobie wystawiacie świadectwo, sięgając po takich speców i nie widząc innych poza nimi.

poniedziałek, 24 maja 2010

Człowiek a natura

Od początku tego roku nie ma miesiąca, by natura brutalnie nie przypomniała człowiekowi o swojej potędze. Zatem przypominam:
-/ styczeń – trzęsienie ziemi na Haiti – 200 000 ofiar;
-/ luty – w trzęsieniu ziemi w Chile życie straciło ponad 700 osób;
-/ luty/marzec - tsunami w południowo-wschodniej Azji;
-/ kwiecień – dym wulkaniczny z islandzkiego wulkanu usadził pół świata, uniemożliwiając komunikację powietrzną. W Chinach zginęło ponad 2 tys. ludzi znów w trzęsieniu ziemi. Do tego kilkadziesiąt górników zginęło w amerykańskiej kopalni;
-/ maj – znów ofiary w kopalni, tym razem rosyjskiej. Katastrofalna powódź w Polsce, o której rozmiarach nikomu dziś nie trzeba przypominać.

Czas już nie tylko na refleksję, ale i przypomnienie sobie, kto gospodarzem, a kto gościem na tym świecie.

piątek, 21 maja 2010

Tytuł na wyrost

I znów się zdenerwowałam – na media. „Biskupi grożą: albo in vitro, albo komunia”. Taki tytuł wytrącił mnie w środowy wieczór z błogiego spokoju. Stwarzanie wrażenia, że po 1. biskupi grzmią na niewinnych wiernych, a po 2. że autor tejże wiadomości ma newsa. Ale ani jedno, ani drugie nie jest nawet bliskie prawdy.
Bo po pierwsze – biskupi przypomnieli coś, co każdy, kto nie jest katolikiem na pół gwizdka, wiedzieć musi, a po drugie – nie jest to news, tylko stara, przypomniana prawda, która z grożeniem nie ma nic wspólnego. Stop głupim tytułom w portalach!

Niemniej sięgnęłam po oryginał oświadczenia (dostępny tutaj). Nie zachwyca w swej oszczędności słów i języku przekazu. Każdy, kto choć otarł się o problematykę in vitro (w rodzinie, wśród bliskich), mógłby po posiedzeniu poświęconemu rodzinie oczekiwać paru słów więcej niż to zdanie: „Należy pamiętać, że ci którzy je [dzieci poczęte – przyp. aut.] zabijają i ci, którzy czynnie uczestniczą w zabijaniu, bądź ustanawiają prawa przeciwko życiu poczętemu, a takim jest życie dziecka w stanie embrionalnym, w ogromnym procencie niszczone w procedurze in vitro, stają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła Katolickiego i nie mogą przystępować do Komunii świętej, dopóki nie zmienią swojej postawy”.
Biskupi, którzy poruszają się w naszej rzeczywistości (takich, a nie innych mediów, takich, a nie innych liczb dominicantes) mogliby zdobyć się – w moim subiektywnym odczuciu - na nieco więcej koncyliacji w swoich propozycjach. Żeby było jasne: nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek Kościół poparł in vitro w obecnym kształcie – produkcji zarodków, a potem ich niszczeniu! Ale przypominam, że Polska jest krajem świeckim, a prawdziwi katolicy są już niestety mniejszością (vide właśnie najnowsze wyniki liczenia wiernych). W związku z tym zaproponowany projekt „Contra in vitro” z góry musiał być skazany na porażkę w polskim parlamencie, co biskupi w swym doświadczeniu i wiedzy mogli przewidzieć.
Czy w związku z tym, korzystając ze swych autorytetów naukowych i moralnych biskupi nie mogli porozmawiać o projekcie, który zbliżałby się do dzisiejszych realiów naukowych? Mówiąc wprost: ten sam, nasz Kościół sprzeciwiał się kilkadziesiąt lat temu (dokładnie za czasów Piusa XI i Piusa XII), równie ostro jak dziś in vitro, transplantacji narządów (Pius XI w encyklice Casti connubi z 1930 r. argumentował to integralnością człowieka – ciała i duszy, stanowisko podtrzymał Pius XII, później nieco łagodząc, ale tak naprawdę dopiero nauczanie Jana Pawła II doprowadziło do przełomu w tym poglądzie!). Dziś – organizuje kampanie na rzecz oddawania organów po śmierci. Ile ludzi po drodze czuło się winnych, przyjmując czyjeś organy (jeśli dali się przekonać wbrew panującemu w Kościele poglądowi, jak pierwszy Europejczyk, któremu przeszczepiono serce w 1968 r., a był nim francuski ksiądz)? Ile dobrego po drodze naukowcy odkryli i do jakiej skuteczności przeszczepów doprowadzili?

Rozwój nauki jest nieuchronny, Kościół zaś zamiast go a priori blokować (jak w ww. projekcie), mógłby sięgnąć do swojego ogromnego potencjału i bardziej wspierać naukę moralną, służącą dobru ludzkości, również tej niepłodnej. Bardziej oświecać tych, których takie rozwiązanie może znęcić, aniżeli sięgać po kary. Żyjemy w czasach może mniejszej liczy katolików, ale za to bardziej świadomych dróg nieprowadzących na skróty, toteż można do nich docierać inaczej niż tylko suchymi komunikatami.

Ale o tym, co Kościół by mógł, a czego nie robi w zakresie alternatywy dla in vitro innym razem, bo temat to bardzo obszerny.

środa, 19 maja 2010

Polacy a sprawa Grecji

Spotkanie z niemieckimi znajomymi w miniony weekend. Po zwyczajowej wymianie informacji, co u Was, co u nas zatroskani pytają o reakcję Polaków na sytuację w Grecji. Niemcy tym żyją, przejmują się losem całej Wspólnoty, boją się o stan państwowych i międzynarodowych finansów, podają przykłady ogromnego zadłużenia poszczególnych krajów od Stanów po Rosję, prognozują wcale nieodległy wielki krach kapitalizmu. Mówią o tym wszystkim w szerokim, co najmniej europejskim kontekście.

A w Polsce? Reakcji brak, wyłączając mało słyszalne dla przeciętnego Polaka dyskusje specjalistów. W ilu polskich domach słyszy się rozmowę o katastrofalnych w skutkach zaniedbaniach greckich, o podobnie nieciekawej sytuacji gospodarczej w kolejnych krajach UE? Polacy niefrasobliwie nie przejmują się tym, wręcz nie interesują, bo:
a/ Grecja od Polski daleko,
b/ nie jesteśmy jeszcze w strefie euro,
c/ więcej z Unii bierzemy, niż do niej wpłacamy, więc to pewnie nie nasz problem.

Gazety codzienne w najlepszym wypadku poświęcają od dwóch do czterech stron na tematykę gospodarczą, w tym mieści się zarówno problematyka podatków dla osób fizycznych, jak i światowe problemy ekonomiczne. Telewizje – jak zwykle płytkie i z niedouczonym ekonomicznie sztabem dziennikarzy, niepotrafiących oświecić dość ociemniałego w tematyce makroekonomicznego narodu – zajętego żałobą, kampanią, Wielką Polityką (teraz powodzią, co oczywiście zrozumiałe).
Jako naród uwielbiamy być na czołówkach zagranicznych mediów. Ale wcale nie interesują nas inne kraje na czołówce, o ile wskutek katastrofy nie ginie wiele istnień ludzkich (jak na Haiti), o ile nie chodzi o emocje... Bo katastrofa finansów, widmo bankructwa – wcale nie jednego kraju – nie budzi w nas emocji; nie widzimy (bo – jak wyżej), że kryje się za tym krach systemu socjalnego (=brak jakiegokolwiek zabezpieczenia na czas emerytury, choroby, wypadku) i w efekcie setki ludzkich nieszczęść.

Życie – w wymiarze ziemskim dla większości śmiertelników – to płacenie rachunków, uiszczanie opłat i oszczędzanie na emeryturę. I jakkolwiek pieniądze szczęścia nie dają, to nikt z nas już nie wróci do epoki kamienia łupanego.

niedziela, 9 maja 2010

Cicha i pokornego serca

Maj. Miesiąc, w którym szczególną cześć oddajemy Maryi – Matce Boga. Wysławiamy Ją w litaniach i licznych pieśniach, oddajemy cześć w przydrożnych kapliczkach, podczas majowych nabożeństw i apeli.

Ilekroć słyszę hymny pochwalne na cześć Maryi, tylekroć zastanawiam się, czy ta Maryja z kart Biblii życzyłaby sobie, by tak Ją wielbić - budując pełne przepychu sanktuaria, wznosząc ogromne świątynie Jej imienia. Przysłaniać wręcz Nią postać Jej Syna, Syna Bożego? Czy Ją cieszy enta sukienka cudownego obrazu w jednym czy drugim sanktuarium, wykonane z coraz to oryginalniejszych lub droższych materiałów? Co Jej z kolejnej korony czy figurki? Przecież nigdy o to nie prosiła w cudownych objawieniach.
Pewnie, że nic Jej po tym. Bo dużo bardziej nam, śmiertelnikom, potrzebna jest obok Trójcy Świętej postać bardziej – pozornie tylko – zrozumiała i bliższa ludzkiemu cierpieniu. Ludzie, zwłaszcza Polacy, trochę sobie postać Maryi zawłaszczyli na potrzeby swoich mitów, nierzadko bogoojczyźnianych. I po drodze zapomnieli, że Maryja była narzędziem w rękach Boga, a nie Odkupicielem świata i wybawczynią Polski.

Mimo kapiących złotem bereł, koron i ram chcę widzieć tę - zapożyczając - „cichą i pokornego serca” postać.

czwartek, 6 maja 2010

Katolicki kraj?

We włoskim szpitalu dokonano aborcji na 22-tygodniowym dziecku. Zgodnie z panującymi w tym kraju przepisami. Pewnie w każdym człowieku już fakt zabicia ponadczteromiesięcznego dziecka budzi sprzeciw lub choćby wątpliwość. Pretekst do tego dały badania prenatalne, które wykazały „deformację płodu” – bez określania specyfiki tejże deformacji (zgodnie z przepisami na takie miano zasługuje już brak jednego palca czy tzw. zajęcza warga).

Ale to nie koniec tej tragicznej i okrutnej historii. Po dokonaniu zabiegu dziecko położono, zostawiono, ot, tak sobie jak… (trudno o jakiekolwiek porównanie!), a ksiądz, który w takich przypadkach przychodzi, odkrył – po prawie dobie od aborcji – że dziecko daje oznaki życia!

O tym wstrząsającym przypadku pisze „Tygodnik Powszechny”, zadając wiele słusznych pytań. (Polecam)
A mnie nasuwa się tylko taki wniosek: nie wystarczy na swoim terytorium mieć siedzibę głowy Kościoła, walczyć w obronie krzyża przed trybunałem w Strassburgu i powoływać się na tradycję. To już dawno nie wystarczy, by mówić o „katolickim kraju”, gdy ludzie zdolni są do takiego okrucieństwa pod woalką panującego prawa.

PS W lutym br. wyszło na jaw (choć fakt nie został już tak nagłośniony, jak gdy przed ponad rokiem toczyła się sprawa pogrążonej w śpiączce Eluany), że uważana przez ojca za martwą Eluana dawała oznaki życia przez te długie lata w śpiączce i wiele wskazuje na to, że była świadoma (por. artykuł Tygodnika). W związku z tym pozostawienie jej, jak to zrobiono, bez dostarczania pokarmu było skazaniem żyjącego i może całkiem świadomego człowieka na dwutygodniowe umieranie z głodu!
W XXI wieku, bez obozów koncentracyjnych, w czasach pokoju i… w szpitalu katolickiego kraju.

Majowe wyhamowanie


Długie weekendy są po to, by wyhamować. A po wyhamowaniu rozpędzić się z podwójną prędkością, tak że już w czwartek po rzeczonym weekendzie o nim się nie pamięta i ledwo wychodzi z zaległości na prostą.
Ale to chwilowe wyhamowanie pozwala odkryć coś, czego w pędzie zwykłych dni nie widać lub co umknęło.

Jechaliśmy w poniedziałek (3 maja) pod wieczór przez jakąś wieś w Wielkopolsce. Przy krawężniku do przejścia w niedozwolonym miejscu wyrywała się matka z córką. Mąż zatrzymał samochód, by je przepuścić, bo nic nie wskazywało na to, by pokonały pół wsi na oznakowane przejście dla pieszych. Dlaczego? Gdyż naprzeciw nich, u małego skrzyżowania z drogą polną stała… kapliczka. A przy niej już 3-4 osoby szykujące się do wspólnej modlitwy. Majowe w rdzennym wydaniu tego nabożeństwa: „na łąkach umajonych, w górach, dolinach zielonych”.

Zauważyli już Państwo maj i maryjne nabożeństwa? W parafii też jest okazja do odprawienia ich na dworze, choć nie na rozdrożu. Grota Matki Bożej na kościelnym dziedzińcu zaprasza do majowych spotkań z Maryją – o 20.30.