środa, 30 czerwca 2010

„Wenecja” nie o Wenecji

Najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego „Wenecja” tylko metaforycznie odnosi się do tego włoskiego miasta. Wenecja jest pretekstem do tego, by poetycko ukazać koszmar wojny. Jednak to film nie tylko o wojnie. Traktuje również o miłości macierzyńskiej i rodzeństwa, o dojrzewaniu i przedwojennej arystokracji. Ukazuje piękno Polski (w filmie – tej nad Sanem).

To niezwykle zmysłowy film – działa na wiele zmysłów. Dla przepięknych zdjęć Artura Reinharta ten film trzeba zobaczyć na jak największym ekranie. Liryzm ujęć i dramat niektórych scen głęboko poruszają. Muzyka, choć inna od pierwotnej, ponoć jeszcze lepiej współgrającej z klimatem obrazów (okazała się plagiatem), również nie pozostawia widza obojętnym.

Warte podkreślenia są nadzwyczaj dobre kreacje aktorskie młodych aktorów, co w polskim kinie jest raczej rzadkością. O tym, że Magdalena Cielecka, Grażyna Błęcka-Kolska, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Agnieszka Grochowska czy nieco mniej znana Julia Kijowska, świetnie grają nikogo chyba przekonywać nie trzeba.
Sympatykom dobrego polskiego filmu gorąco polecam „Wenecję”.

piątek, 25 czerwca 2010

Oddolna inicjatywa

Bo to było tak.
Weronika zadzwoniła i zaproponowała:
- To może dajmy znać, by ludzie się modlili codziennie. Niech każdy zmówi dziesiątkę różańca za ks. Adama. Wiadomo, że każdy ma swoje obowiązki i trudno się spotkać, ale możemy się połączyć w modlitwie, na przykład o 21. Ja już mówiłam znajomym, ty też przekaż.
- No dobrze, to dam znać mailem do znajomych.
Następnego dnia po rozesłaniu i rozpowiedzeniu informacji dopiero pierwszej turze łańcuszek już do mnie wrócił: - Wiesz, że modlimy się codziennie za księdza proboszcza, dziesiątka różańca o 21?

No i się modlimy (módlmy!), oczywiście o zdrowie i siły dla księdza proboszcza.

Wakacje

Choć ze szkołą nie mam nic wspólnego, to przechadzając się dziś po mieście, nie mogłam nie zauważyć, że to koniec szkoły. Wakacje!
Poza tym tak wakacyjnie nastroił mnie ostatni przed wakacjami numer gazetki parafialnej, już wydrukowany - ukaże się w niedzielę.

Polska jest bogatym krajem. Który kraj ma i morze (wcale niekrótka linia nabrzeża), i góry, i pojezierza. Nie ma chyba miejsca w Polsce, z którego w zasięgu rowerowej wycieczki nie byłoby piękna przyrody lub zabytków czy atrakcji turystycznych.
W Polsce, nie wyjeżdżając daleko, można mieć pełne atrakcji wakacyjne dni.

Tylko trzeba ruszyć głową, no i nogami (na piechotę lub rowerem). Ruszajmy więc!


PS Uwadze Czytelników polecam tę "klepsydrę".

sobota, 19 czerwca 2010

Reklamy

Są irytujące, często przez nas – odbiorców – uznawane za zbyteczne. Nie mówiąc o głupocie, nachalności czy wręcz wulgaryzmie w nich prezentowanych.

Ale ja lubię reklamy, w najgorszym wypadku nie przeszkadzają. Zwłaszcza w prasie. Pewnie, że czasem jest ich przesyt, szczególnie w kolorowych czasopismach z wyższej półki. W latach hossy pisma te wyglądały jak katalogi produktów, a nie zbiór ciekawych tekstów. Wszystko kapało wręcz reklamą. Teraz jest lepiej.
Ale reklamy w prasie bywają nie tylko fajne (ładne, ciekawe, kreatywne), ale konieczne. Bez nich nie przeżyje żadna niezależna gazeta. Szczytem naiwności jest myślenie, że gazety utrzymuje sprzedaż w kiosku lub przez prenumeratę. Nic bardziej mylnego.

Dlatego za każdym razem, gdy biorę „Tygodnik Powszechny” do ręki i zachłannie skanuję wszystkie nagłówki, wychwytuję i reklamy. Nie oszukujmy się – nie ma czego wychwytywać. Jeden moduł ogłoszenia, jedna mała reklama wydawnictwa, dwa nekrologi, czasem jakieś ogłoszenie publiczne. Szukam i szukam… i nie znajduję więcej. Żadnej całostronicowej reklamy, żadnego ogłoszenia na trzeciej okładce.
I trzymam kciuki, by wreszcie poskutkowało bardzo sympatyczne ogłoszenie sprzed bodajże paru miesięcy, kiedy to zaprzyjaźniona z „TP” agencja reklamowa przygotowała przykłady reklam, które z powodzeniem mogłyby się ukazać w tym piśmie: wydawnictw ciekawych przewodników turystycznych, ekskluzywnych piór, samochodów, teleskopów. Jednym słowem dóbr niebanalnych i nietanich. Takie, po które może sięgnąć czytelnik „TP, który przecież również stanowi target niejednego produktu czy usługi (mówiąc językiem marketingowców sterujących budżetami reklamowymi).

A czemu tak mi zależy na powodzeniu „Tygodnika”? Bo to jedyne katolickie społeczno-kulturalne pismo na dużym polskim rynku, które nie jest na garnuszku żadnej kurii. I dlatego niezależne (mimo odsprzedaży 51 proc. udziałów Grupie ITI).

PS Ksiądz Boniecki laureatem Złotej Gruszki, nagrody przyznawanej przez małopolski oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy RP (patrz).

piątek, 18 czerwca 2010

Zawsze krok za

Jeśli ktoś w Watykanie zdobył się na tak (od)ważną decyzję, jak zniesienie zakazu dla abpa Paetza, o czym dziś donosi już nie tylko „Gazeta Wyborcza”, ale i PAP (też z własnych źródeł), to zastanawia mnie, dlaczego nie wystarczyło tym przedstawicielom kościelnej hierarchii odwagi do poinformowania o tym publicznie. Zawczasu.
Skoro takie informacje są jak woda na młyn dla mediów, dlaczego Kościół jest krok z tyłu, zamiast kiedyś wreszcie uprzedzić krok mediów i nie dawać im tej satysfakcji wywęszenia "afery"?

Jeśli ktoś podjął taką decyzję, to wierzę, że miał ku temu rozliczne, poważne powody. Dlaczego więc członkowie Kościoła nie mogą się o tym dowiedzieć z ust Kościoła? Dlaczego znów są skazani na sensacyjne doniesienia prasowe?
Do tego na tak drażliwy temat, z molestowaniem seksualnym w tle.

środa, 16 czerwca 2010

Na koniec Roku Kapłańskiego

Mijający w Kościele Rok Kapłański okazał się bardzo trudny (zdrowotnie) dla naszych duszpasterzy.
Gdy patrzę na to, z jakim zaangażowaniem, a nierzadko poświęceniem wypełniają swoją służbę Bogu i ludziom (o czym pisałam w poście Ksiądz dziś), śmiem twierdzić, że zdrowotne problemy są niestety tego smutną konsekwencją.

Wspomniany Rok zaczął się kontuzją ks. Janusza, który długi czas miał rękę w gipsie. Później, w okresie kolędowania, ks. Ryszard trafił do szpitala, gdzie został zoperowany.

Jakby tego mało w naszej parafii, to ks. Adam na zakończenie Roku Kapłańskiego również znalazł się w szpitalu.

Dlatego proszę wszystkich, którym nieobojętny jest los naszych duszpasterzy, o gorącą modlitwę za zdrowie księdza proboszcza. Niech dobry Bóg da mu siły do przezwyciężenia choroby i dalszej wiernej służby Chrystusowi Zmartwychwstałemu.

niedziela, 13 czerwca 2010

Przy takich jak festyn imprezach parafialnych (ale również promocja książki, inne akcje przy wspólnocie), zawsze mówi się o pozytywnych aspektach – kto się włączył, kto dołożył, przygotował, zrealizował. I słusznie, bo trudno tego nie podkreślać; to buduje, to pedagogiczne…

Ale nie mogę przejść obojętnie nad faktem, że jako dojrzali chrześcijanie zbyt chętnie przymykamy oko na roszczeniowość lub wręcz wspieramy zachowania pasożytnicze, (zbyt) często kładąc je na karb chorego systemu czy patologii rodzin.

Wilda jest specyficzną dzielnicą; sporo tu – może ponad poznańską przeciętną – rodzin patologicznych, dzieci wychowywanych w dziedzicznej biedzie.
I tym osobom, rodzinom, zgodnie z naszym chrześcijańskim wyznaniem, chętnie i z zaangażowaniem pomagamy. A to przez świetlicę, a to przez wyjazdy, kolonie, atrakcje, dotacje i konkretną pomoc finansową. Problem dostrzegam w tym, jak łatwo takim ludziom (zwłaszcza dzieciom i młodzieży) przychodzi wyciągnięcie ręki po pomoc, a z jakim trudem (czytaj: w ogóle!) robią cokolwiek społecznie na rzecz wspólnoty, z której czerpią. I nie widzę, by poza świetlicą, gdzieś zwracano im na to uwagę.

By poustawiać ławki na potrzeby festynu, nie trzeba wykształcenia ani tygodnia wolnego. By posprzątać po promocji książki, nie trzeba mieć matury. By raz w roku sprzątnąć świątynię, nie trzeba wielkiej krzepy i mięśni. Po prostu trzeba chcieć, trzeba poczuć się zobowiązanym.

A jednak do tych wszystkich czynności wkółko zgłaszają się osoby i rodziny, co i zasponsorują, i wszystko obmyślą, przygotują, zorganizują, załatwią, pracując często na dwóch etatach. Sami się napracują, a jeszcze dołożą. Gorzej: gdy dzieciom, które korzystają z darmowych atrakcji, szaleją na parafialnym dziedzińcu i mają zapewniony ciekawy czas wolny, powie się, że mają coś (lekkiego, oczywiście) zrobić po tejże imprezie (wszak była przygotowana dla nich), to - w najlepszym wypadku nie będzie reakcji w ogóle, w najgorszym – stek wulgarnych wyzwisk (pod drzwiami kościoła!) i wymówek, jak to są już zmęczone. Smutne, że organizatorzy muszą się często jeszcze naprosić i nadenerwować, by wyegzekwować należną im pomoc. Dobrze, jeśli jeszcze to robią, a nie przejmują wszystko za i dla nich. Z litości, dobroci.

My, jako dorośli i dojrzali chrześcijanie, mamy obowiązek również uczenia, formowania takich ludzi, nie tylko przez nasze świadectwo, bo ono czasem nie wystarcza. Jesteśmy odpowiedzialni za kształtowanie w nich postawy chrześcijańskiej. W dyscyplinie nie ma nic złego! Za otrzymaną pomoc należy się wdzięczność. Niekoniecznie temu konkretnemu darczyńcy, ale innym ludziom. Czyli przy okazji festynów, sprzątania kościoła itp. W imię zasady, że skoro mnie dano, to daję to dalej, tak jak mogę najlepiej (czasem, pracą, modlitwą). Może każdy.
Jeśli nie zaczniemy wymagać wreszcie więcej od wychowanków przykościelnych wspólnot czy podopiecznych Caritas i wpajać im podstaw chrześcijańskiej postawy, to na nic nasze wysiłki zorganizowania kolonii i wyjazdów. Bo nadmiar dobroci nikogo nie wychował. Wie to każdy z nas, od kogo rodzice wymagali, by w domu robić coś więcej niż tylko zadane w szkole lekcje. Bo manna z nieba spada tylko po gorących modlitwach błagającego ludu, jeśli Bóg go wysłucha. Na pozostałą trzeba zapracować choćby najprostszym działaniem. Nawet gdy jest się z patologicznej rodziny i ma się pod nosem instytucję charytatywną lub parafię.

Festynowe arbuzy


Wprawdzie pogoda pomieszała szyki, ale chyba wyszło to szczytnemu celowi, w jakim jest organizowany festyn, na dobre. Choć trudno oszacować to teraz. Fakt, że dzięki przerwaniu wczoraj festynu przed 19 i rozpoczęciem go dziś o 16 zyskaliśmy dwie dodatkowe godziny dużej publiki, która ustawiała się w kolejce po losy czy kiełbasę z grilla.

Pewne jest, że mimo niemrawego w tym roku towarzystwa, z aukcji udało się uzyskać 1060 zł - to kwota pozwalająca wysłać pięcioro dzieci na kolonie. Na tę kwotę uczestnicy wylicytowali osiem wspaniałych przedmiotów dostarczonych nam przez kilka uzdolnionych osób dobrej woli. Były to: srebrna biżuteria (kolia z cykorią oraz bursztynowy wisior), zegar wykonany metodą decoupage’u z parafialnym akcentem spod ręki Beaty Sibrecht… dyrygentki i założycielki „Campanelli” (ostatnio również już organistki), arcydzieła sztuki rzeźbiarstwa w owocach autorstwa… organisty oraz książki: egzemplarz „Wpisanych w Zmartwychwstanie” w sztywnej oprawie (eleganckie wydanie z limitowanej serii) i „Spowiedź piłkarza” – autobiografia Piotra Reissa z autografem. Do tego podarowany parafii ciśnieniomierz.

Trochę mi brakowało emocji sprzed dwóch lat, ale grzechem byłoby być niezadowolonym, skoro znalazło się kilku wytrawnych licytatorów (brawo da dwóch Pawłów i Sławka!).
Tylko odżałować nie mogę, że wiele godzin pracy organisty nad arbuzami, publika wyceniła tak nisko (50 zł za 7 kg tak kreatywnie i precyzyjnie ozdobionego arbuza, gdy sam owoc tej wagi kosztuje 30 zł, to żenująco mało :-( ). Ale... mamy pomysły, co z tym fantem zrobić, na następny rok. Jeśli Państwo również, to proszę o wpisy w komentarzach.
Z góry dziękuję.

sobota, 12 czerwca 2010

Dzieci Boże

Dwa błyskawiczne dni z moją siostrzenicą, mieszkającą 2 tys. km stąd, a ile radości!
Obietnica pójścia na plac zabaw – wielkie hurra. 10 min. na huśtawce – śmiech w niebogłosy, tak że całe osiedle słyszało, że jakaś dziewczynka ma radochę z bujania. Przy niepogodzie wyjście na zakupy – wielka radość, że w ogóle dziecko może wyjść. Kupno lizaka z przykazaniem, że zje go dopiero we Francji, znów uśmiech.
Żadnego grymaszenia, płaczu, fochów, choć dziecko z dala od domu i tylko z Tatą w Polsce. W rodzinie, z którą na co dzień ma kontakt tylko przez komputer i telefon.
A mimo to ciągle radosne, wesołe i szczęśliwe. Prawdziwe dziecko. Boże.

Czy atrakcje festynu, przygotowane głównie z myślą o najmłodszych, też wyzwolą takie pokłady radości wśród wildeckich dzieci? Mam – pewnie podobnie jak inni dorośli – taką nadzieję.
Udanej zabawy i przypomnienia sobie o radości dzieci Bożych!

sobota, 5 czerwca 2010

Błogosławiony ks. Jerzy

Że żyjemy w ciekawych czasach, nie ma pewnie wątpliwości żaden Polak, choćby po tym wszystkim, czego świadkami jesteśmy w ostatnich miesiącach...
Kolejnym tego dowodem jest beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki.
Doczekać się (w tak relatywnie krótkim czasie) wyniesienia na ołtarze kogoś, kto był znany i bliski tak licznym, żyjącym wciąż Polakom, to wielki dar. Choć okupiony śmiercią niewinnego człowieka.

***
Co czują w tych dniach ci, którzy wydali wyrok śmierci na ks. Jerzego lub przyczynili się do jego morderstwa?

czwartek, 3 czerwca 2010

Brzózki na Boże Ciało

Boże Ciało w moich rodzinnych stronach nieodzownie kojarzy mi się z… brzozami. Otóż, po przejściu procesji Bożego Ciała można odnieść wrażenie, że na procesję przychodzi się po to, by nabrać jak największy pęk brzóz, którymi się przystrojone nierzadko całe ulice, a już obowiązkowo wszystkie ołtarze (nie tylko w Chojnicach, ale i we wszystkich okolicznych miejscowościach w promieniu kilkudziesięciu kilometrów). Ledwo procesja odejdzie od ołtarza, a grupa ludzi rzuca się na ołtarz i rwie, jak tubylcy rodem z puszczy, gałązki, niczym łup wojenny. W jakim celu? Po co? Dlaczego? Do dziś pozostaje to dla mnie tajemnicą i denerwującym mnie elementem świeckiej tradycji.

A potem paraduje się wszędzie z tymi przywiędłymi brzózkami.

Te gałązki, właściwie całe brzozy ścięte tuż nad korzeniem, znikąd się nie wzięły i same nie przywędrowały na szlak procesji. Nie pochodzą też z hodowli, jak choinki na Boże Narodzenie. Bardzo często są efektem wielkiego szabrownictwa okolicznych lasów. Wczoraj zresztą nakryliśmy w lesie grupę leśnych szabrowników, którzy w dziwnym miejscu przy drodze stali busem, spod którego klapy bagażnika wyzierały… a jakże – gałązki! Cały bus wyładowany brzózkami.

Ot, koloryt lokalny Bożego Ciała.:-)

wtorek, 1 czerwca 2010

Na Dzień Dziecka

Wprawdzie czytelnicy "Ja Jestem Zmartwychwstaniem" widzieli poniższe wnioski, niemniej zacytuję ponownie:

Dostępu do bieżącej wody nie mają 2 miliardy ludzi; aby zapewnić im tę dogodność, trzeba by wydać 7 miliardów dolarów (dwa razy tyle Europa wydaje na perfumy).
Aby wszystkim dzieciom na świecie zapewnić naukę w szkole, potrzeba mniej, niż w Europie wydaje się na lody (11 mld dol.).
Zbrojenia kosztują świat 780 mld dol. rocznie, narkotyki – 400 mld dol., alkohol – tylko w Europie – 105 mld, a papierosy – 50 mld.
Pożywienie dla piesków i kotków w Stanach Zjednoczonych kosztuje ich właścicieli rocznie 17 mld. dol.