niedziela, 13 czerwca 2010

Przy takich jak festyn imprezach parafialnych (ale również promocja książki, inne akcje przy wspólnocie), zawsze mówi się o pozytywnych aspektach – kto się włączył, kto dołożył, przygotował, zrealizował. I słusznie, bo trudno tego nie podkreślać; to buduje, to pedagogiczne…

Ale nie mogę przejść obojętnie nad faktem, że jako dojrzali chrześcijanie zbyt chętnie przymykamy oko na roszczeniowość lub wręcz wspieramy zachowania pasożytnicze, (zbyt) często kładąc je na karb chorego systemu czy patologii rodzin.

Wilda jest specyficzną dzielnicą; sporo tu – może ponad poznańską przeciętną – rodzin patologicznych, dzieci wychowywanych w dziedzicznej biedzie.
I tym osobom, rodzinom, zgodnie z naszym chrześcijańskim wyznaniem, chętnie i z zaangażowaniem pomagamy. A to przez świetlicę, a to przez wyjazdy, kolonie, atrakcje, dotacje i konkretną pomoc finansową. Problem dostrzegam w tym, jak łatwo takim ludziom (zwłaszcza dzieciom i młodzieży) przychodzi wyciągnięcie ręki po pomoc, a z jakim trudem (czytaj: w ogóle!) robią cokolwiek społecznie na rzecz wspólnoty, z której czerpią. I nie widzę, by poza świetlicą, gdzieś zwracano im na to uwagę.

By poustawiać ławki na potrzeby festynu, nie trzeba wykształcenia ani tygodnia wolnego. By posprzątać po promocji książki, nie trzeba mieć matury. By raz w roku sprzątnąć świątynię, nie trzeba wielkiej krzepy i mięśni. Po prostu trzeba chcieć, trzeba poczuć się zobowiązanym.

A jednak do tych wszystkich czynności wkółko zgłaszają się osoby i rodziny, co i zasponsorują, i wszystko obmyślą, przygotują, zorganizują, załatwią, pracując często na dwóch etatach. Sami się napracują, a jeszcze dołożą. Gorzej: gdy dzieciom, które korzystają z darmowych atrakcji, szaleją na parafialnym dziedzińcu i mają zapewniony ciekawy czas wolny, powie się, że mają coś (lekkiego, oczywiście) zrobić po tejże imprezie (wszak była przygotowana dla nich), to - w najlepszym wypadku nie będzie reakcji w ogóle, w najgorszym – stek wulgarnych wyzwisk (pod drzwiami kościoła!) i wymówek, jak to są już zmęczone. Smutne, że organizatorzy muszą się często jeszcze naprosić i nadenerwować, by wyegzekwować należną im pomoc. Dobrze, jeśli jeszcze to robią, a nie przejmują wszystko za i dla nich. Z litości, dobroci.

My, jako dorośli i dojrzali chrześcijanie, mamy obowiązek również uczenia, formowania takich ludzi, nie tylko przez nasze świadectwo, bo ono czasem nie wystarcza. Jesteśmy odpowiedzialni za kształtowanie w nich postawy chrześcijańskiej. W dyscyplinie nie ma nic złego! Za otrzymaną pomoc należy się wdzięczność. Niekoniecznie temu konkretnemu darczyńcy, ale innym ludziom. Czyli przy okazji festynów, sprzątania kościoła itp. W imię zasady, że skoro mnie dano, to daję to dalej, tak jak mogę najlepiej (czasem, pracą, modlitwą). Może każdy.
Jeśli nie zaczniemy wymagać wreszcie więcej od wychowanków przykościelnych wspólnot czy podopiecznych Caritas i wpajać im podstaw chrześcijańskiej postawy, to na nic nasze wysiłki zorganizowania kolonii i wyjazdów. Bo nadmiar dobroci nikogo nie wychował. Wie to każdy z nas, od kogo rodzice wymagali, by w domu robić coś więcej niż tylko zadane w szkole lekcje. Bo manna z nieba spada tylko po gorących modlitwach błagającego ludu, jeśli Bóg go wysłucha. Na pozostałą trzeba zapracować choćby najprostszym działaniem. Nawet gdy jest się z patologicznej rodziny i ma się pod nosem instytucję charytatywną lub parafię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz