środa, 28 lipca 2010

Próba cierpliwości w znanych kościołach - odcinek wakacyjny (4)

Zwiedzanie znanych i znakomitych kościołów i miejsc świętych ma to do siebie, że człowiekowi wierzącemu trudno się w nich odnaleźć, gdy w ich wnętrzach nieprzebrane tłumy podziwiają efekt prac ludzkich rąk sprzed wielu wieków. Albo jest się wystawionym na próbę charakteru: cierpliwości i wybaczania nieposkromionym wręcz turystom. Mało w takim miejscu pozostaje ze świątyni (oczywiście, że Chrystus w nich jest, przebywa w Najświętszym Sakramencie, ale na tyle ukryty, by nie musiał słuchać ciągłego szumu niby przyciszonych odgłosów turystycznych albo gorszyć się pogawędkami przez telefon osób, które w kościele szukają schronienia przed upałem czy deszczem), a więcej z zabytku godnego zainteresowania przez turystę i jarmarku.


W każdym z tych znanych kościołów, który mieliśmy okazję zobaczyć podczas tegorocznego urlopu, panowały nieprzebrane tłumy. Ba, nawet uniemożliwiały dostanie się w ludzkich warunkach do wnętrza (stanie w ponadgodzinnej kolejce u stóp paryskiej Notre Dame w 35-stopniowym upale za takowe nie uważam). A jak już się człowiek do niego dostał (jak do bazyliki Sacre Ceur), to odniósł wrażenie, że jest na deptaku miasta, taki w niej gwar i migotanie świateł. Z sympatią i dużą aprobatą przyjęłam więc fakt, że w takich świątyniach w Paryżu ustawiono bardzo kulturalnych porządkowych, którzy co parę minut syczą lub scenicznym szeptem oznajmiają w kilku językach „cicho proszę” oraz cofają do wyjścia co którąś nadmiernie rozebraną kobietę, o ile porusza się w ramach strefy wyznaczonej do modlitw (czyli centrum kościoła, podczas gdy po nawach bocznych można się przechadzać z odsłoniętymi ramionami).

Jeśli jednak do tego podsumowania dodać fakt, że we wnętrzu tej owszem, potężnej bazyliki, paliły się tysiące świeczek i zniczy przy każdym bocznym ołtarzu i ołtarzyku (na dworze nadal 35-37 st., bazylika tonęła w słońcu, a najbliższy cień zaczynał się u schodów prowadzących na wzgórze), to owe podsumowanie przebywania w tymże miejscu wypada mało korzystnie – tam się nie dało wytrzymać, a co dopiero pomodlić! Czarę irytacji przelała Hinduska, która przeszedłszy się po obu nawach, zasiadła w głównej (tej niby do modlitwy) i wyciągnąwszy telefon komórkowy z torebki… zaczęła przezeń dłuuuugą konwersację. Nam cierpliwości starczyło na 3 min. Jej najwyraźniej na dłużej, no chyba że porządkowy ją przydybał przy filarze, pod którym siedziała.


Ewolucję w moim odczuciu przeszła Saint Chappelle – przed 15 laty zapamiętałam tę kaplicę (owszem, wyłączoną z religijnego życia), jako miejsce sprzyjające kontemplacji – przyjrzenie się jej licznym i bogatym witrażom opowiadającym biblijną historię wymaga wszakże spokoju i skupienia, by nie pogubić się w koronkowych ilustracjach. Nic z tego. Dziś w górnej kaplicy remontowane są witraże przy ołtarzu, więc jego większość zakryto, a w dolnej kaplicy… 1/2 powierzchni zajmuje sklepik z… pamiątkami (świeckimi)! Po cóż więc upomnienia rodem z kościołów „silent, please!”, skoro trudno zrobić zakupy, nie zamieniwszy ani słowa.

Na szczęście w Paryżu kościołów prawie tak samo wiele jak kafejek, a w tych nieopisanych w najczęstszych przewodnikach spokój, cisza lub sącząca się z głośników muzyka sakralna. I chłód. Uff…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz