sobota, 14 sierpnia 2010

Książkowe rozczarowanie roku (albo i dekady)


Dawno tak nie żałowałam czasu poświeconego na lekturę książki i wydanych na nią pieniędzy. Wstyd mi się przyznać, ale do tego nie doczytałam owej książki, której tenże wpis poświęcam. „Kapuściński non-fiction”, bo o tym opasłym tomie mowa, to dla mnie wydawnicze nieporozumienie roku.

Nie ukrywam, że kupiłam książę po ogromnej dyskusji, która przewaliła się przez polskie media niczym huragan. Tak mnie – jako sympatyka książek Ryszarda Kapuścińskiego - irytowała, że chciałam wyrobić sobie własne zdanie o książce i jej autorze (mniej o bohaterze, bo czytam czyjeś książki bez względu na jego osobiste życie czy doświadczenia, ale z powodu czyjegoś pióra). Najbardziej do lektury skusiły mnie zapowiedzi zarówno atakujących książkę, jak i jej broniących, o tym, że czyta się ją jednym tchem.

Niestety, nie czyta się. Kilka dni z mozołem brnęłam przez pierwsze 100 stron, zastanawiając się, „ale o co chodzi?”. Pocieszałam się, że książka „się rozkręci”. Ale na próżno. Po trzech miesiącach w wakacje poległam – finito. Szkoda mojego czasu na czytanie czegoś, nad czym – z całym szacunkiem dla na pewno ogromu pracy Artura Domosławskiego – powinno się popracować jeszcze ze dwa lata, na pewno z pomocą dobrych redaktorów. Tych bowiem, moim skromnym zdaniem, zabrakło. Co ciekawe, tylko w tekście Renaty Gluzy w miesięczniku „Press” pojawił się zarzut, że książka ma wiele redakcyjnych braków, że powtarzane są wątki, by wytknąć te najbardziej rażące uchybienia. Ja do tego dorzucę cytaty nie do przebrnięcia – czy bowiem rolą biografa jest cytowanie kilkustronicowych fragmentów twórczości pisarza, a potem rozbieranie ich na czynniki pierwsze? I czepianie się niemal wszystkiego? Albo: co do biografii człowieka, który przeżył ponad 70 lat w różnych czasach, wnosi szczegółowy protokół z posiedzenia koła literackiego z początku lat 50. (towarzysz A powiedział, towarzysz B odrzekł – itd. przez 1,5 strony)? A już szczytem niechlujstwa dziennikarskiego były dla mnie dwa momenty w książce, gdy autor niemal z uporem maniaka na kilku stronach rysuje postać odbrązowianego „Ryśka”, przytaczając argumenty za tym, jakim był aparatczykiem itp., po czym na koniec rozdziału pisze, że zagląda teraz do swoich notatek na temat opisywanej sytuacji i wszędzie ma wielkimi literami zaznaczone, że nie może zapomnieć napisać, iż Rysiek fajnym kolegą był. To godzi w inteligencję nawet średnio inteligentnego człowieka.

Naprawdę temu materiałowi, który Świat Książki wydał jako gotową książkę, dobrze zrobiłaby dalsza praca i leżakowanie, dzięki któremu autor może nabrałby dystansu. Teraz tylko bowiem czekać, aż znajdzie się kolejny szaleniec i pojedzie śladami Domosławskiego, który jeździł śladami Kapuścińskiego, i udowodni (dla jakiegoś potrzebującego zysków wydawnictwa), że to co napisał Domosławski, to też wcale tak nie było…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz