poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Ślubne refleksje

Piąte wesele w ciągu 14 miesięcy. Istny maraton po kilku latach przerwy i po dziewięciu latach od własnego ślubu. Mnóstwo miłych wrażeń, zazwyczaj świetna zabawa z elegancką oprawą i imprezowym towarzystwem. A jednak wrażenia z odwiedzonych wesel skłaniają do refleksji już nie tak radosnych dla osób, które na ostatnim roku studiów powiedziały sobie sakramentalne „tak”, nie zważając na brak możliwości zorganizowana prawdziwego wesela czy własnego lokum.

W małej miejscowości szybko się rozniosło, że jakaś para nie robi wesela, tylko wyjeżdża w podróż poślubną (co było prawdą). Ku naszej ogromnej radości nie przeszkodziło to licznym krewnym i znajomym przyjechać specjalnie na naszą kościelną uroczystość nawet 200 km! Wiedzieli, jak ważna to dla nas chwila. Obecność tylu (ok. 80) osób tym bardziej więc cieszyła. Jeszcze większą radością był dla nas fakt przystąpienia do komunii ponad połowa gości. Podobnie było na ślubach osób, które zawierały małżeństwo 2-3 lata po nas: umawialiśmy, kto czyta lekcję, kto w darze młodym odśpiewa psalm i wykona „Ave Maria”.

Jednak po kolejnych latach przerwy widzę, ile się od tego czasu zmieniło (w społeczeństwie w ogóle, nie tylko wśród par młodych): wesela są znacznie bardziej eleganckie niż przed paroma laty, prezenty bogatsze, tylko kościelna uroczystość… skromniejsza. Niektórzy księża tak bardzo starają się rozładować atmosferę, że z ceremonii ulatuje wszelki uroczysty duch (zdarzył się i ślub, gdzie podczas przysięgi goście – z czterema wyjątkami – nie wstali!).

Wiadomo, że impreza na kilkadziesiąt (bliżej 100) osób wymaga ogromnego zaangażowania i pracy. Problem w tym, że czasem młodzi bardziej się przejmują, jak welon będzie widoczny w kadrze kamery niż tym, że ślubna kreacja bardziej odsłania niż przysłania ciało. W programie zaś nie przewiduje zasłonięcia ramion i dekoltów roznegliżowanej panny na czas zaślubin w kościele. Czasem ślubna msza wygląda wręcz, jak dodatek konieczny do eleganckiego wesela…

Narzeczeni (zazwyczaj 27-30-letni) z powagą przygotowują się do sakramentu, bo jest koniecznym warunkiem sakramentu, ale nierzadko rozpoczynają małżeńskie życie z ciężkim grzechem: w niedzielę po ślubie nie idą do kościoła, wymawiając się niewyspaniem, poprawinami, gośćmi… (ta reguła dotyczy też sporej części gości). A msze ślubne nawet w sobotę wieczorem z tej niedzielnej nie zwalniają.

Młodzi (na szczęście) dbają o to, by goście nie wyrzucali pieniędzy na kwiaty, których żywotność i los po takiej imprezie są powszechnie znane, i przy powiadomieniach informują, o co proszą w zamian, najczęściej ten „zamian” przekazując na cele charytatywne. Utarły się już formy poinformowania gości o życzeniach młodych (lista prezentów lub prośba o gotówkę), ale brak wśród nich próśb o uczestnictwo w tym dniu we mszy św., modlitwę w intencji młodych czy ofiarowanie komunii św. za nich. A to wcale nie takie oczywiste, że obecny na weselu gość przyjdzie na ślubną mszę…

Spośród 80-90 gości zaproszonych na samo przyjęcie, a czasem 100 obecnych w kościele, do komunii przystępuje… średnio 10 proc. z nich. Znakomita większość gości, to osoby deklarujące się jako wierzące, które są złączone sakramentem małżeństwa, chrzczą dzieci i posyłają je do komunii, a które te dziewięć lat temu również do niej przystępowały. Niechlubnym rekordem było wesele na 80 osób z sześcioma gośćmi przy stole Pańskim… Nie dziwiło więc, że ksiądz przy ołtarzu ogłaszał, kiedy wstać, klękać… „Amen” na zakończenie modlitw wypowiadała bowiem również garstka osób.

Ot, kolejny dowód na to, że czasy się zmieniają. A ja starzeję. :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz