wtorek, 28 września 2010

Na życzenie

Dotychczas zwrot „na życzenie” kojarzył się chyba nie tylko mnie z „ wideo/filmem na życzenie”, chlebem lub sosem podawanym na życzenie do wybranych potraw, dodatkowymi usługami w hotelu czy sklepie świadczonymi na życzenie klienta.

Pewna partia, nie bardzo mająca pomysł na swoją tożsamość, proponuje mordowanie na życzenie w łonie matki. Partii, która wychodzi z rewolucyjną inicjatywą, nie tylko w obszarze języka, sugerowałabym zmianę nazwy na Partia Trywializacji Życia. Na życzenie.

niedziela, 26 września 2010

Jesieni dziękujemy

Jesieni dziękuję za letni początek (lepszy niż niektóre dni lata). Dziękuję ciepłym szalom, grubym swetrom i rękawiczkom - jeszcze nie ich czas. A nie dziękuję: krótkim rękawom, zwiewnym spódniczkom i jasnym spodniom! Oby jak najczęściej były nam jeszcze tej jesieni potrzebne!
Vivat promienie słońca w ciepłym lesie, skrzące się w mchu grzyby i wrzosy! Innej jesieni nie przyjmuję do wiadomości.

PS Autorka jest świadoma prognoz pogody, ale nie przeszkadza jej to cieszyć się tym pięknem - na dworze i za oknem.

środa, 22 września 2010

Bohater naszych czasów

Tyle ostatnio mówi się o bohaterach – różnych, mniej lub bardziej zasłużenie. Ja mam od wczoraj swojego bohatera. Ma 18 lat. Nie znam go osobiście, polegam na relacji osób wrażliwych na jego trudną sytuację życiową. Uczy się w technikum, jest molem książkowym, co w tej społeczności stanowi ewenement. Chłopak ma młodszego brata, zmarła im mama, a ojciec jest degeneratem. 18-latek, choć mógłby mieszkać w internacie, dojeżdża codziennie do szkoły… 96 km w jedną stronę! Robi to, by nie zostawiać młodszego brata na pastwę nieobliczalnego ojca.

Brakuje im ponoć wielu rzeczy potrzebnych czy wręcz koniecznych do nauki, codziennego życia. Ale nie przeszkadza to mojemu bohaterowi nie tylko nie zaniedbywać szkoły, ale i dobrze się uczyć. No i być porządnym człowiekiem.

Na szczęście wrażliwość szkolnej pedagog zaowocowała łańcuszkiem bezinteresownej pomocy ludzi, którym nieobojętny jest los młodzieży o tak utrudnionym starcie w dorosłość. Ludzi, którzy w codziennej gonitwie, wśród medialnych doniesień, w kręgu znajomych, mogą zapomnieć co tak naprawdę oznaczają słowo „problem”, „nieszczęście”, „bieda”… Dla których nieszczęście bliźniego jest swoistym darem i zaproszeniem.

wtorek, 21 września 2010

Co to był za wieczór!

Gdy gruchnęła wieść o tym, że Sting na pewno przyjedzie do Poznania, bo właśnie zaczyna się sprzedaż biletów, byłam nieco sceptycznie nastawiona. Drogie bilety (na tańsze się nie załapaliśmy), stadion - jedna wielka niewiadoma pod względem dźwięku, nowej płyty artysty jeszcze nie zdążyliśmy usłyszeć, wybór miejsc przypominał loterię, wszak obiektu nikt nie znał. No i słabo sobie wyobrażałam zestawienie orkiestry symfonicznej ze stadionem.
Z drugiej strony - od lat marzyłam, by uczestniczyć w koncercie tego muzyka.

Trudno dziś nie przyznać, za górnolotnymi słowami Marcina Kydryńskiego, który prezentował swoją żonę z zespołem na scenie (grała jako support przed gwiazdą wieczoru), że był to jeden z najpiękniejszych wieczorów życia.
Udało się wszystko od pogody po występy. Niesamowite wrażenie robi nasz stadion: kolos o zwiewnej konstrukcji, świetnym oświetleniu i nagłośnieniu, przygotowany na przyjęcie tych 35 tys. osób (tyle było wczoraj). Wejście na jedną z wyższych trybun skutkuje u co wrażliwszych zawrotami głowy, ale organizm szybko się przyzwyczaja i rozkoszuje widokiem - mimo wysokości wyśmienicie widać wszystko, co dzieje się na płycie i scenie - jak na dłoni.

Koncert był wprost bajkowy - zarówno za sprawą muzyki: aranżacje często przypominają klimatem filmy i baśnie, jak i oświetlenia - cały stadion odpowiednio tonął w błękicie, granacie, złocie, czerwieni (zależnie od piosenek), a na skromnej scenie trzy telebimy układały się w różne płaszczyzny i pokazywały niezależne od siebie obrazy czy animacje. Dźwięk nie stracił nic ze swej delikatności i łagodności, jaka płynie z tej płyty na dobrym sprzęcie muzycznym, a artyści byli wprost niesamowici - dawali z siebie wszystko, świetnie się przy tym bawiąc, oczywiście z rozszalałą publicznością, która znała niemal każdy utwór Stinga na pamięć.
W powietrzu unosił się duch filharmonii, czasem teatru i nic nie przypominało, że jesteśmy na sportowej arenie. Koncert różnił się według mnie od innych typowo stadionowych występów gwiazd rocka czy popu - przy spokojnych utworach panowała cisza jak makiem zasiał, wyczuwało się skupienie i wzruszenie. Ale wystarczył "Englishman in New York", czy później na finał "Every Breath...", by publiczność się rozszalała.
Wybór oraz kolejność utworów wykonanych podczas ponaddwugodzinnego koncertu (+ przerwa) nie pozostawiły chyba najbardziej wymagającym nic do życzenia - były urozmaicone, było pełno przebojów (dla mnie każdy utwór Stinga jest przebojem) i interesujących aranżacji. A takiej werwy, kondycji i formy jaką zaprezentował Sting, życzę każdemu 58-latkowi!
Eh, co to był za wieczór...

PS Gratulacje dla miasta, że przygotowała ciekawą imprezę na otwarcie - mam tu na myśli inscenizację z pokazami laserów oraz sztucznych ogni, zarówno tę przed godz. 20, jak i na sam finał. Piękna impreza na "elitarnym" stadionie (>>> otrzymał klasę elite - najwyższą w Europie).
Tu m.in. można zobaczyć piękne zdjęcia z imprezy.

piątek, 17 września 2010

Europejskie TAK dla wolnych niedziel

Korzystając z prawa przewidzianego w Traktacie Lizbońskim, Europejska Inicjatywa Obywatelska rozpoczęła kampanię pt. „Mama i tata należą do nas w niedzielę”. W ten sposób chce wpłynąć na europejskie rządy, by uregulowały kwestie pracy w niedzielę. Polska nie jest bowiem jedynym krajem, gdzie na dużą skalę pracuje się w tym dniu, na czym cierpią rodziny.

Inicjatorzy wśród argumentów za wolną niedzielą wymieniają dobro dzieci i rodzin, fakt, że żadne szkoły nigdy nie pracują w niedzielę, nawiązują do tradycji (bynajmniej nie mówiąc nic o jej chrześcijańskim rodowodzie), ale – jak to się można było spodziewać po politycznie ugrzecznionej Europie – ani słowa o Dniu Pańskim czy wolnym potrzebnym na praktyki religijne. A Europa jeszcze wciąż jest chrześcijańska. Mimo to warto się podpisać – wystarczy kliknąć na tę stronę i wpisać swoje podstawowe dane. Nie ma obowiązku ich ujawniania. Potrzeba miliona podpisów, by inicjatywa powędrowała dalszą ścieżką legislacyjną, a na razie na stronie upubliczniło swoje dane prawie 18 tys. Europejczyków. Co ciekawe, wcale nie tylko z Polski, jakby można sądzić po ostatnich wpisach, ale naprawdę z wielu krajów całej Europy.

Tak sobie idealistycznie myślę, że jakby tylko zakazać pracy w sklepach, zamknąć w niedziele wreszcie centra handlowe („galerie”) i markety, to korzyść byłaby podwójna – ileś tysięcy ludzi nie musiałoby pracować, a drugie tyle może odkryłoby inny cel niedzielnych pielgrzymek. Na razie chyba jeszcze sprawdza się prawda z dowcipu:
Ksiądz po kolędzie rozmawia z chłopczykiem:
- A do kościoła w niedzielę chodzisz z rodzicami?
- Taak.
- A do którego?
- Do Carrefoura.

środa, 8 września 2010

Facebookowe słuchy

Wczoraj odkryłam na słynnym FaceBooku (FB) istnienie grupy "Zamiast podnosić VAT opodatkujcie Kościół". Założona około tygodnia temu, miała 37 tys. fanów. Czy to tylko efekt "kampanii" SLD i gospodarczego kryzysu?
[Swoją drogą uważam, że grupa powstała późno, jak na zacietrzewienie polskich antyklerykałów].

W ślad za tą grupą powstało kilka innych, wszak Polacy nie zatracili swojej głównej cechy narodowej: sarkazmu i poczucia humoru. Mamy więc "Zanim opodatkujecie Kościół, opodatkujcie artystów" czy pure nonsens w stylu "Zamiast podnosić kościół opodatkujcie VAT", na których toczą się mniej lub bardziej absurdalne dyskusje (że ludziom czasu nie szkoda).

Co jednak ciekawe - wczoraj grupę nawołującą do opodatkowania Kościoła (warto nadmienić, że hasło to sięga po duże uproszczenie i jest bardzo populistycznie sformułowane) usunięto z FB pod pretekstem (albo z powodu) fikcyjnych danych założycieli, którzy oczywiście opisują swoją "internetową martyrologię" na odpowiedniej, już dłużej istniejącej stronie WWW. Linku nie podaję celowo. :-) Zastanawiam się, na ile rzeczywiście to kwestia formalności, a na ile cenzury. Bo że ta w sieci istnieje, każdy dojrzały jej użytkownik wiedzieć powinien.

wtorek, 7 września 2010

Znowu te media

Gdyby przez ostatni miesiąc wierzyć mediom, to można by się przerazić, że żyjemy w kosmosie wytyczonym Krakowskim Przedmieściem, smoleńską katastrofą i nienawiścią publicystów i polityków. Bo tylko to interesowało media, od końca lipca praktycznie do dziś. Media zrobiły wiele, by naród to kupił i też tym zaczął żyć. Dziękuję – beze mnie i – jak, na szczęście, widzę – bez coraz większej rzeszy zmęczonej tą atmosferą (jej bezsensownym i niczym nieuzasadnionym podgrzewaniem!) rodaków (opieram się na wnioskach z rozmów ze znajomymi).

Nad podwyższą Vat-u media prawie się nie zatrzymały (gdzie analizy, gdzie rozliczanie rządu ze strategii i decyzji!), nie angażowały się już w relacjonowanie kolejnych powodzi (bo kolejne?), o tym, że istnieje cokolwiek poza Polską, prawie nie słychać, nie widać…
Od prawie miesiąca więc pomijam pierwsze strony (wręcz działy) gazet i portali informacyjnych, nie oglądam żadnych programów publicystycznych ani z wiadomościami, a informacji o świecie, który ma poważniejsze problemy niż kłótnie polityków, szukam w zagranicznych źródłach lub dalszych stronach co lepszych pism.

No i wreszcie doczekałam się głosu rozsądku wyrażonego publicznie, nie tylko w debatach znajomych. Oto Tomasz Wróblewski, dziś redaktor naczelny „Dziennika Gazety Prawnej”, na łamach branżowego i mam nadzieję opiniotwórczego miesięcznika „Press” w obszernym tekście „Między barierkami” bezlitośnie wytyka ww. wspomniane (i wiele więcej) grzechy polskim mediom z prawa do lewa, bez wyjątku. Wreszcie. Tylko kiedy te media wyciągną jakąś naukę z minionych tygodni, a właściwie miesięcy? Czy to aby znowu nie głos wołającego na puszczy?

poniedziałek, 6 września 2010

Koncertowy weekend

Poznań i Puszczykowo w miniony weekend udowodniły, że festyny i plenerowe imprezy nie muszą się wiązać z schlebianiem najgorszym gustom. Puszczykowo na obchody dni miasta zaprosiło KULTową grupę z Kazikiem w roli głównej, a Poznań na Dzień pyry - Myslovitz i Strachy na Lachy (wspominam tylko wykonawców największego formatu).

Puszczykowo w sobotni wieczór pękało w szwach od naporu przyjezdnych fanów Kultu. Zespół zaś zagrał jak zwykle - na najwyższym poziomie i tak samo długo (ponad 2 godz.), jak na koncertach biletowanych, nie bacząc na plan organizatorów (przewidzieli 1,5 godz. na występ) - oczywiście ku radości rozszalałych widzów.

Nie inaczej było na poznańskiej imprezie - nikt nie odczuł, że zespoły grają dla publiczności zgromadzonej przy okazji pieczenia pyry. Dawały z siebie wszystko: profesjonalny występ, nagłośnienie i oświetlenie. A bardzo zróżnicowana wiekowo publiczność świetnie się bawiła.

Brawa dla organizatorów i włodarzy obu miast za odwagę i wyłamanie się z nurtu piosenki biesiadnej, jeszcze parę lat temu królującej - ku zgrozie młodzieży - na takich imprezach.

niedziela, 5 września 2010

PS O katechizacji

„Niemal 95 proc. spośród ponad 5 mln uczniów uczestniczy w szkolnej katechezie – wynika z danych Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski” – przeczytałam dziś w portalu Deon.

Tylko co z tego wynika? Nie widać efektów, zwłaszcza w dużych miastach, na niedzielnych mszach św. ani tych młodzieżowych (gdzie frekwencję robi grupa młodzieży oazowej oraz tej przygotowującej się do bierzmowania), ani dziecięcych (na których obecne są głównie dzieci z klas drugich – bo przed „przyjęciem”). O innych, niewymiernych jak frekwencja na nabożeństwach, czynnikach nie wspominając.
Statystyki mogą zapewnić dobre samopoczucie. Zwłaszcza gdy czyta się je bezrefleksyjnie.

piątek, 3 września 2010

20-lecie katechizacji w szkołach

Pamiętam, jak się ucieszyłam, że od szóstej klasy nie będziemy musieli rezerwować dwóch popołudni w tygodniu na chodzenie do salek katechetycznych, bo odtąd religia miała być nauczana w szkole. W ramach planu szkolnego. Nasza rodzina była orędownikami tej zmiany.
Potem nie było już tak radośnie. Dziś, z perspektywy 20 lat, wcale nie uważam, że to było dobre posunięcie. Pomysł dobry, ale wykonanie słabe, które dziś coraz częściej zaprzecza szczytnym początkowym ideom. W zbyt wielu przypadkach katecheza nie jest już szerzeniem Ewangelii, ale jedną lekcją z wielu lub zbiurokratyzowanym narzędziem do rozliczania z pobożności.

Z sześciu katechetów, których miałam przez 12 lat katechizacji (z czego pięć lat przy parafii), tylko dwóch było merytorycznie i pedagogicznie przygotowanych do pracy z dziećmi i młodzieżą i autentycznie głosili w przystępny sposób Dobrą Nowinę i naukę Kościoła. Reszta albo była niedouczona (jeśli nauczycielem zostaje ktoś, kto ledwo zdał wieczorową maturę i ma problemy z wysławianiem się, to to w konfrontacji z dojrzewającą młodzieżą nie może się dobrze skończyć), albo nie miała cienia zdolności pedagogicznych, o charyzmie, pasji nie mówiąc. Często wystawiała się na pośmiewisko bardzo brutalnej dojrzewającej młodzieży. Katechezy były w najlepszym wypadku nudne, w najgorszym – sprowadzały się do kłótni uczniów przychodzących na religię z przymusu (rodzicielskiego i szkolnego) po to, by prowokować. Znam również przypadki, gdzie jedynym pomysłem katechety na prowadzenie lekcji było… odmawianie różańca i sprawdzanie frekwencji na nabożeństwach. Kościół potrafił zadbać o pensje i ubezpieczenia katechetów (osób duchownych), ale już nie o poziom ich przygotowania (mówię zwłaszcza o pierwszej dekadzie).

Pamiętam, jak uczniowie czasem się włączali w obronę katechety, przypominając rówieśnikom, że religia obowiązkowa nie jest. Dziś i ten argument nie zadziała, bo znakomita większość uczniów chodzi na religię, by… podnieść sobie średnią na końcowym świadectwie, do czego przyznają się rozbrajająco szczero w rozmowie z rodzicami. Skutecznie przy tym opierają się religijnej formacji.
I o to mam żal do instytucji kościelnych – jak można zezwolić, po pierwsze, na wystawianie ocen za pobożność (większość katechetów rozliczała z częstotliwości uczestnictwa w nabożeństwach, a nie z wiedzy! Nie wierzę, by biskupi o tym nie wiedzieli i nie mogli temu zapobiec), a po drugie, by ta ocena wliczana była do średniej, na podstawie której uczniowie dostają się do kolejnych szkół, na studia (co budownictwo lądowe łączy z wiedzą o Kościele?).

Mnie katechizowali rodzice i to oni do dziś ponoszą ciężar przekazania wiary i miłości do Chrystusa i drugiego człowieka. Nie załatwi tego ani taka, ani inna umowa między państwem i Kościołem. Wiem, że w mojej postawie nic by się nie zmieniło, gdyby katechezy nadal odbywały się w parafii (tak jak nie zmienił tego fakt, że miałam słabych katechetów). A dziś taka zmiana w wielu wypadkach zwiększyłaby skuteczność katechetycznych przesłań: dowartościowałaby te zajęcia, wpłynęła na ich rzetelniejsze przygotowanie - bo trzeba by się bardziej postarać, by młodzież przyciągnąć po lekcjach, zainteresować ewangelicznym przesłaniem. Teraz frekwencję na religii zapewnia państwo, które nie wywiązało się z udostępnienia alternatywnej etyki w szkołach. A ta – moim zdaniem – powinna być obowiązkowym przedmiotem dla wszystkich, bez względu na udział w katechezie.

środa, 1 września 2010

Współczesna architektura sakralna - znalezione w Internecie

Na stronie domosfera.pl można obejrzeć niesamowite przykłady współczesnej architektury sakralnej. Ponieważ zgodnie z prawem autorskim nie wolno mi kopiować zdjęć, skoro nie wykupiłam ich w agencji Corbis, to zapraszam Państwa na tę stronę.

Moimi faworytami są helsiński kościół w skale oraz kaplica ekumeniczna z Turku (również Finlandia), a także ołtarz ze szwajcarskiego kościoła Jana Baptysty. Innowacyjne rozwiązania, skromność, wręcz ascetyzm wnętrz. Rzuca się w oczy brak ozdób, malarstwa. Jeśli zaś już znajdują się w takich świątyniach, to są tak idealnie wkomponowane, że nie przykuwają uwagi, a tym samym nie dekoncentrują. Choć czasem można odnieść wrażenie, że współczesne kościoły, mimo znamienitych nazwisk ich projektantów, zdają się bezduszne, to i tak wolę puste, acz świetnie zaprojektowane wnętrze od kiczowatych ilustracji drogi krzyżowej czy podobizn świętych, jakie dominują we współczesnych polskich świątyniach.