piątek, 3 września 2010

20-lecie katechizacji w szkołach

Pamiętam, jak się ucieszyłam, że od szóstej klasy nie będziemy musieli rezerwować dwóch popołudni w tygodniu na chodzenie do salek katechetycznych, bo odtąd religia miała być nauczana w szkole. W ramach planu szkolnego. Nasza rodzina była orędownikami tej zmiany.
Potem nie było już tak radośnie. Dziś, z perspektywy 20 lat, wcale nie uważam, że to było dobre posunięcie. Pomysł dobry, ale wykonanie słabe, które dziś coraz częściej zaprzecza szczytnym początkowym ideom. W zbyt wielu przypadkach katecheza nie jest już szerzeniem Ewangelii, ale jedną lekcją z wielu lub zbiurokratyzowanym narzędziem do rozliczania z pobożności.

Z sześciu katechetów, których miałam przez 12 lat katechizacji (z czego pięć lat przy parafii), tylko dwóch było merytorycznie i pedagogicznie przygotowanych do pracy z dziećmi i młodzieżą i autentycznie głosili w przystępny sposób Dobrą Nowinę i naukę Kościoła. Reszta albo była niedouczona (jeśli nauczycielem zostaje ktoś, kto ledwo zdał wieczorową maturę i ma problemy z wysławianiem się, to to w konfrontacji z dojrzewającą młodzieżą nie może się dobrze skończyć), albo nie miała cienia zdolności pedagogicznych, o charyzmie, pasji nie mówiąc. Często wystawiała się na pośmiewisko bardzo brutalnej dojrzewającej młodzieży. Katechezy były w najlepszym wypadku nudne, w najgorszym – sprowadzały się do kłótni uczniów przychodzących na religię z przymusu (rodzicielskiego i szkolnego) po to, by prowokować. Znam również przypadki, gdzie jedynym pomysłem katechety na prowadzenie lekcji było… odmawianie różańca i sprawdzanie frekwencji na nabożeństwach. Kościół potrafił zadbać o pensje i ubezpieczenia katechetów (osób duchownych), ale już nie o poziom ich przygotowania (mówię zwłaszcza o pierwszej dekadzie).

Pamiętam, jak uczniowie czasem się włączali w obronę katechety, przypominając rówieśnikom, że religia obowiązkowa nie jest. Dziś i ten argument nie zadziała, bo znakomita większość uczniów chodzi na religię, by… podnieść sobie średnią na końcowym świadectwie, do czego przyznają się rozbrajająco szczero w rozmowie z rodzicami. Skutecznie przy tym opierają się religijnej formacji.
I o to mam żal do instytucji kościelnych – jak można zezwolić, po pierwsze, na wystawianie ocen za pobożność (większość katechetów rozliczała z częstotliwości uczestnictwa w nabożeństwach, a nie z wiedzy! Nie wierzę, by biskupi o tym nie wiedzieli i nie mogli temu zapobiec), a po drugie, by ta ocena wliczana była do średniej, na podstawie której uczniowie dostają się do kolejnych szkół, na studia (co budownictwo lądowe łączy z wiedzą o Kościele?).

Mnie katechizowali rodzice i to oni do dziś ponoszą ciężar przekazania wiary i miłości do Chrystusa i drugiego człowieka. Nie załatwi tego ani taka, ani inna umowa między państwem i Kościołem. Wiem, że w mojej postawie nic by się nie zmieniło, gdyby katechezy nadal odbywały się w parafii (tak jak nie zmienił tego fakt, że miałam słabych katechetów). A dziś taka zmiana w wielu wypadkach zwiększyłaby skuteczność katechetycznych przesłań: dowartościowałaby te zajęcia, wpłynęła na ich rzetelniejsze przygotowanie - bo trzeba by się bardziej postarać, by młodzież przyciągnąć po lekcjach, zainteresować ewangelicznym przesłaniem. Teraz frekwencję na religii zapewnia państwo, które nie wywiązało się z udostępnienia alternatywnej etyki w szkołach. A ta – moim zdaniem – powinna być obowiązkowym przedmiotem dla wszystkich, bez względu na udział w katechezie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz