wtorek, 21 września 2010

Co to był za wieczór!

Gdy gruchnęła wieść o tym, że Sting na pewno przyjedzie do Poznania, bo właśnie zaczyna się sprzedaż biletów, byłam nieco sceptycznie nastawiona. Drogie bilety (na tańsze się nie załapaliśmy), stadion - jedna wielka niewiadoma pod względem dźwięku, nowej płyty artysty jeszcze nie zdążyliśmy usłyszeć, wybór miejsc przypominał loterię, wszak obiektu nikt nie znał. No i słabo sobie wyobrażałam zestawienie orkiestry symfonicznej ze stadionem.
Z drugiej strony - od lat marzyłam, by uczestniczyć w koncercie tego muzyka.

Trudno dziś nie przyznać, za górnolotnymi słowami Marcina Kydryńskiego, który prezentował swoją żonę z zespołem na scenie (grała jako support przed gwiazdą wieczoru), że był to jeden z najpiękniejszych wieczorów życia.
Udało się wszystko od pogody po występy. Niesamowite wrażenie robi nasz stadion: kolos o zwiewnej konstrukcji, świetnym oświetleniu i nagłośnieniu, przygotowany na przyjęcie tych 35 tys. osób (tyle było wczoraj). Wejście na jedną z wyższych trybun skutkuje u co wrażliwszych zawrotami głowy, ale organizm szybko się przyzwyczaja i rozkoszuje widokiem - mimo wysokości wyśmienicie widać wszystko, co dzieje się na płycie i scenie - jak na dłoni.

Koncert był wprost bajkowy - zarówno za sprawą muzyki: aranżacje często przypominają klimatem filmy i baśnie, jak i oświetlenia - cały stadion odpowiednio tonął w błękicie, granacie, złocie, czerwieni (zależnie od piosenek), a na skromnej scenie trzy telebimy układały się w różne płaszczyzny i pokazywały niezależne od siebie obrazy czy animacje. Dźwięk nie stracił nic ze swej delikatności i łagodności, jaka płynie z tej płyty na dobrym sprzęcie muzycznym, a artyści byli wprost niesamowici - dawali z siebie wszystko, świetnie się przy tym bawiąc, oczywiście z rozszalałą publicznością, która znała niemal każdy utwór Stinga na pamięć.
W powietrzu unosił się duch filharmonii, czasem teatru i nic nie przypominało, że jesteśmy na sportowej arenie. Koncert różnił się według mnie od innych typowo stadionowych występów gwiazd rocka czy popu - przy spokojnych utworach panowała cisza jak makiem zasiał, wyczuwało się skupienie i wzruszenie. Ale wystarczył "Englishman in New York", czy później na finał "Every Breath...", by publiczność się rozszalała.
Wybór oraz kolejność utworów wykonanych podczas ponaddwugodzinnego koncertu (+ przerwa) nie pozostawiły chyba najbardziej wymagającym nic do życzenia - były urozmaicone, było pełno przebojów (dla mnie każdy utwór Stinga jest przebojem) i interesujących aranżacji. A takiej werwy, kondycji i formy jaką zaprezentował Sting, życzę każdemu 58-latkowi!
Eh, co to był za wieczór...

PS Gratulacje dla miasta, że przygotowała ciekawą imprezę na otwarcie - mam tu na myśli inscenizację z pokazami laserów oraz sztucznych ogni, zarówno tę przed godz. 20, jak i na sam finał. Piękna impreza na "elitarnym" stadionie (>>> otrzymał klasę elite - najwyższą w Europie).
Tu m.in. można zobaczyć piękne zdjęcia z imprezy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz