piątek, 29 października 2010

Rodzące się dylematy

Obiecałam sobie, że nie będę ruszać tematu in vitro, bo już tak został rozjechany, że tylko miazga pozostała. Zatem nadal będę go omijać szerokim łukiem. Pozwolę sobie zwrócić uwagę tylko na jedno zagadnienie, konsekwencję zapłodnienia pozaustrojowego przy wykorzystaniu nasienia anonimowego dawcy: kiedy i jak dziecku uświadomić, że np. jego tata nie jest biologicznym ojcem. I czy w ogóle to robić?

W przypadku adopcji bardzo duży nacisk kładzie się na to, by od wczesnych lat informować dziecko o tym, że jest adoptowane, nie stwarzać pozorów. Ale odkąd interesowałam się zagadnieniem in vitro, nie natknęłam się na to, by ktokolwiek roztrząsał taką kwestię w przypadku dzieci poczętych metodą in vitro. To zagadnienie dużo trudniejsze do przekazania małemu dziecku. A przecież jeżeli dziecko jest dociekliwe, to w miarę upływu lat zacznie się dziwić, czemu ma kruczoczarne włosy, choć jego rodziny z obu stron mają albinoski typ urody. Albo skąd wada wrodzona serca, skoro w rodzinie wszyscy mają serca jak dzwon?

Przeczytałam w niemieckiej prasie smutny reportaż o nastolatce, której matka "pękła" po osiągnięciu pełnoletności przez córkę i oświadczyła jej, że ma innego biologicznego ojca, a ją dręczą wyrzuty sumienia, że tego jej nie mówiła. Świat nastolatki się zawalił - miesiąc przed maturą, u progu dorosłości. Poczucie oszukania, zagubienie - delikatnie mówiąc. Ot, kolejny kandydat na kozetkę psychologa.
Tym neonatologowie zdają się nie przejmować, wszak ich zainteresowaniem są dzieci od poczęcia do niemowlęctwa...

To tylko jeden z wielu przykładów skomplikowanych kwestii rodzących się wraz z dzieckiem z in vitro, wymagający na pewno opracowań i wsparcia. I jeden z licznych omijanych przez autorytety debatujące nad tą metodą. Dlatego ze smutkiem patrzę, jak rozjeżdża się profesorów, którzy na te inne kwestie tylko próbują głośno zwrócić uwagę (vide świeży przypadek prof. Gadzinowskiego w Poznaniu).

1 komentarz:

  1. Cóź temat faktycznie rozjechany walcem przez wszystkie media i siły polityczne.
    Problem o którym piszesz mz jest marginalny, lub też do rozwiązania.
    Metoda zapłodnienia pozaustrojowego jest wielką nadzieją dla par nie mogących doczekać się potomstwa. W ich przypadku obie komórki pochodza od rodziców i nie ma problemu braku pokrewieństwa.
    Tak naprawdę nie chcę się opowiadać ani za ani przeciw tej metodzie poniewaź nie czuje się kompetentny, a dzieci doczekałem się metodą naturalną ;)

    OdpowiedzUsuń