wtorek, 30 listopada 2010

Ojciec Karol Meissner o in vitro

Duszpasterstwo Pracowników Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu wczoraj gościło o. Karola Meissnera, który mówił o in vitro, skupiając się na obowiązujących w Polsce aktach prawnych związanych z in vitro (a dokładnie takich, które praktycznie wykluczają w ogóle tę procedurę) oraz na faktach: jak przebiega zabieg, czym jest. Rzeczowo, merytorycznie, tak jak wypowiada się ten doświadczony i mądry benedyktyn, lekarz, znawca ludzkiej psychiki.

Moją uwagę przykuło zwłaszcza sformułowanie o. Meissnera o tym, że jeśli kobieta (nie użył słowa para) pragnie in vitro, to oznacza, że widocznie nie kocha swojego męża (bo jej nie wystarcza, skoro za wszelką cenę chce dziecka) oraz że mamy do czynienia z kryzysem małżeńskim i takowy powinniśmy leczyć. Ale nie za pomocą in vitro! Prelegent zwrócił uwagę, że małżeństwo jest sakramentem, a rodzicielstwo jedynie zadaniem, dlatego nie mówione, że każde małżeństwo musi być rodzicami, gdyż sakrament spełnia się między mężem i żoną, bez udziału ich dzieci, i to najwyższa wartość dla małżonków. Piękne słowa, szkoda, że stanowiły tylko dygresję, wszak mogłyby niejednego strapionego podeprzeć na duchu...
Przyznaję, że takie ujęcie jest dla mnie miłym novum. Od kilku długich lat wyraźnie czuję presję, że małżeństwo dzieci mieć MUSI. Może nie zawsze jest ona artykułowana wprost, niemniej przekaz (w tym wielu duchownych) jest tak formułowany, że każde małżeństwo, które potomstwa się nie doczekało, czuje się pod ostrzałem: że wybrało karierę, że za długo zwlekało, że niedojrzałe, egoistyczne (takie oskarżenia padają pod wspólnym adresem, więc dotyczą też tych, którzy cierpią na niepłodność, a ta jest udziałem ok. 20 proc. par). Dochodzi do tego podejrzliwość osób bliskich, przez postronne - z tej samej klatki czy ulicy, po polityków. [Wspomnę tylko pomysł posłanki PiS-u o opodatkowaniu WSZYSTKICH bezdzietnych par - bo nie spłodziły dzieci, które by je na starość utrzymały - kto nie słyszał tej wypowiedzi, temu zaręczam: to nie primaaprillisowy żart!).

Wątek o kryzysie małżeńskim był jedynie epizodem, cały wykład koncentrował się wyłącznie na najważniejszej kwestii - DOBRU DZIECKA. Tego poczętego, nawet jeśli w laboratoryjnym urządzeniu.
Więcej o tym na łamach kolejnego numeru "Ja Jestem Zmartwychwstaniem", który tradycyjnie po publikacji będzie dostępny na stronie WWW dwutygodnika.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Świat według Amerykanów

Co jakiś czas od 10 kwietnia odnoszę wrażenie, że jestem na planie jakiegoś dramatu lub filmu sensacyjnego, tak trudno uwierzyć w rzeczywistość tego niebywałego w naszej historii roku...

Ale dziś, gdy tylko usłyszałam wiadomości o "rewelacjach" WikiLeaks, poczułam się niczym w komedii i kilka razy upewniałam się, czy nie śnię. No, może raczej mowa komedio-dramacie. Tytuł? "Świat według Amerykanów".

Tak śmieszno, że aż straszno?

Chyba najbardziej utytułowany scenarzysta filmowy i dramaturg nie wymyśliłby lepszych scenariuszy, jak te, które każe nam grać życie. Tu i teraz.

niedziela, 28 listopada 2010

Święta dla ducha, nie dla brzucha!


Zawsze z początkiem adwentu słyszę zewsząd utyskiwania, jaka to komercja, jak to handlowcy i marketingowcy obrzydzą każdemu czas przygotowań lub nawet Świąt i odwiodą od spraw wiary, duchowości. Ale zamiast narzekać, można coś zrobić, by nieco zahamować ten komercyjny pęd.
I tak, jak usłyszałam od znajomego księdza ze Zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa, różne ru-chy ewangelizacyjne w Częstochowie w tym roku dzisiaj ruszają z kampanią „Święta dla ducha, nie dla brzucha!”. W ramach tej akcji młodzi będą się wszę-dzie starali dotrzeć z owym przesłaniem. Zwłaszcza w marketach, gdzie przy okazji ogłaszania jakże chwytliwego hasła (na koszulkach i plakatach), będą zbierać produkty (prezenty) dla najuboższych i dzieci z domów dziecka oraz namawiać do czynienia dobra, zwrócenia uwagi na bliźnich i dzielenia się.

Przenosząc tę akcję na nasz grunt, dodałabym do niej nasze ziarenko: każdego dnia adwentu na stronie www.jajestemzmartwychwstaniem.pl możemy chwilę poświęcić duchowemu przygotowaniu do Świąt, czytając przygotowane przez ks. proboszcza Adama Błyszcza CR rozważania nad Ewangelią.
Te ponad cztery tygodnie adwentu mogą nam też upłynąć na zastanowieniu się, jak nie tylko konsumpcyjnie spędzić nadchodzące Święta, tak by były - zwłaszcza - dobrodziejstwem dla naszego DUCHA.
Owocnych przemyśleń życzę!

czwartek, 25 listopada 2010

Kościół do mediów

Gdy przyjrzeć się relacjom mediów z Kościołem i vice versa, często można dojść do wniosku, że obie strony mają o sobie wzajemnie mniemanie twierdzy nie do zdobycie. O tym, że tak nie jest, lub że tak bynajmniej być nie musi, od trzech bodajże lat próbują przekonać trzy osoby - organizatorzy warsztatów dla rzeczników szeroko pojętych instytucji kościelnych (diecezji, zgromadzeń i zakonów, parafii, organizacji). Są to: p. dr Monika Przybysz (UKSW), rzecznik Konferencji Episkopatu ks. dr Józef Kloch, szef Centrum Informacji Zakonnej o. Jan Maria Szewek. Ludzie świetnie nie tylko rozumiejący potrzebę komunikowania z mediami, ale i znający media.

Tegoroczne zajęcia (które mają przede wszystkim charakter warsztatowy) były poświęcone Kościołowi na wizji i radzeniu sobie z sytuacjami kryzysowymi, zatem trudnymi, kontrowersyjnymi, których nie uniknie się nigdy, ale których skutki można zmniejszyć albo którym często można zapobiegać - jeśli dysponuje się wiedzą, warsztatem.
Prawie trzy dni spotkań z fachowcami, praktykami z największych telewizji w Polsce i firm, ćwiczenia z kamerą i mikrofonem, godziny spotkań z osobami zajmującymi się komunikacją w Kościele, wymiana wiedzy, doświadczeń w pogodnej atmosferze. Wszystko to sprawia, że organizatorzy z roku na rok zachęcają coraz większe grono do uczestnictwa, a co za tym idzie - do działań public relations w ich kościelnych środowiskach. To właśnie takim zajęciom oraz postawie ks. Klocha (który moim zdaniem świetnie radzi sobie na styku Kościół-media) Kościół jest bliższy mediom, a media Kościołowi. Świadczy o tym fakt, że większość diecezji ma już swojego rzecznika, a coraz częściej parafie tworzą tę funkcję, nierzadko powierzając je osobom świeckim.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Proste rozwiązanie - recepta na wszystko

W blogu mojego zaprzyjaźnionego rzymskiego blogera przeczytałam coś, czym śpieszę się podzielić dalej, co nie wymaga ani polecenia, ani komentarza.
„Najkrótsza odległość, jaka dzieli problem od jego rozwiązania, to odległość, jaka dzieli twoje kolana od podłogi”.

Za to polecić mogę Mruczanki franciszkanina (kliknij), bo tam więcej takich pięknych perełek.

niedziela, 21 listopada 2010

Ponad pomnikami i tronami

W tym roku Uroczystość Chrystusa Króla jest wyjątkowo nagłośniona. Bynajmniej nie dlatego, że katolicy bardziej czczą i wielbią Chrystusa niczym Króla, ale za sprawą dwóch inicjatyw: końca budowy kolosalnej statui Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie oraz intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Polski.

Nie identyfikuję się z żadną z nich, ale dobrze, że zaistniały. Wskazują bowiem, że nasza katolicka wspólnota jest bardzo pojemna: pomieści i zwolenników, i przeciwników takich pomysłów, jak i osoby, którym one do szczęścia ani do życia nie są potrzebne - które czczą Jezusa Króla w swoim sercu i swoimi czynami bez względu na jakość i liczę pomników.
Niewątpliwą zasługą obu przedsięwzięć jest to, że przypomniały społeczeństwu coraz bardziej oddalającemu się od Boga o tym, kim jest Chrystus i o Jego wszechpotędze. O tym, że jest w naszym życiu – niestety bywa i tak, że tylko za sprawą pomnika.

Czy z tego coś głębszego wyniknie? Niestety, śmiem wątpić. Pomnikowi ze Świebodzina, choć jest on o 3 m większy od kolosa z Rio de Janeiro, uznanego za kolejny cud świata, daleko (na razie?) do tak wymownej symboliki, jaką udało się osiągnąć w tym brazylijskim mieście dzięki posągowi Chrystusa Zbawiciela. Inicjatywa świebodzińska jawi mi się raczej jako próba naśladownictwa lub współzawodnictwa na „naj-” (-większą, wyższą)… (może dlatego, że wciąż mówi się tylko o rozmiarach, wielkości, wadze...). Jednakże wierzę, iż zrodziła się ze szczerych intencji ludzi, którzy dla swojej wiary w moc Chrystusa potrzebują ogromnego posągu. Szkoda tylko, że nie ma on wiele wspólnego ze sztuką i prawdziwym dziełem (jak to było w średniowieczu, gdy dla Bożej chwały wznoszono wieże do nieba), a jest jedynie rzemieślniczym wytworem. Trudno bowiem twórców świebodzińskiej statui posądzać o szerzenie estetyzmu, co udawało się budowniczym średniowiecznych katedr.

Druga inicjatywa – intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Polski raczej wywołuje więcej zamieszania, wręcz konflikt. Jak sądzę – w dużej mierze za sprawą języka, jakim posługują się inicjatorzy, ciskający gromami w każdego, kto choćby wyjawi cień wątpliwości w słuszność ich akcji, a nawet zarzucający „zdradę środowisk kościelnych względem królewskiej godności Jezusa”.

Chrystus Król, jak wierzę, jest ponad pomniki, trony, pałace, tytuły i patronaty i co roku w Wielkanoc przypomina nam, że Jego tronem jest Krzyż.

czwartek, 18 listopada 2010

Telewizyjna masakra

Najpierw widziałam stronę internetową, bo kolega z pracy chciał pokazać mi wykorzystany na niej pomysł. Potem mąż opowiadał, że wszyscy oglądają i się nabijają. Przy okazji widziałam gdzieś zwiastun nowego „wielkiego show” w TVN. A jeszcze później usłyszałam, że znajomi uważają, iż program „Top Model” jest najlepszym kabaretem, bijącym na głowę kabaretony itp. przeglądy zawodowych komików. Oglądają go też fani horrorów i również mówią, że w tej kategorii zajmuje czołowe miejsca.
Zatem obejrzałam. I podzielam powyższe opinie – można zrywać boki ze śmiechu do czasu… gdy dojdzie się do refleksji nad tym, że program ten nie był przewidziany jako satyryczny. To się dzieje naprawdę! Uczestniczki chyba – w swojej głupocie, w której utwierdza je co bardziej nonszalancki lub wulgarny członek jury – nie zdają sobie sprawy, jak wielkim pośmiewiskiem się stają i jak głęboką krzywdę sobie wyrządzają.
Mogę zrozumieć, że nie brakuje niedojrzałych i po prostu głupich 18-latek, które twierdzą, że wiedzą, czego chcą w życiu (zostać „tap madel”) i że w tym (a właściwie młodszym!) wieku trzeba startować do show-biznesu, jeśli chce się robić taką karierę. Tylko że przykład i zachowanie przewodniczącej jury (powyższy cytat to z niej) nie rokuje tym dziewczynom najlepiej – dążą do jej ideału: kaleczącej język polski przez wypełnione botoksem (lub sprawiające takie wrażenie) usta pustej kobiety w stylu barbie. I nawet jeśli przychodząc do programu, przejawiały inteligencję, w tej maszynce do robienia kariery modelki (i pieniędzy), musiały ją zatracić, bo zajmują się i ekscytują takimi sprawami, o których żaden normalny człowiek by nie pomyślał. Siedzą w „domu modelek”, nic nie robiąc (!), a jedynie łamiąc sobie głowę np. nad tym, co będzie ich kolejnym zadaniem (tj. jaki temat sesji, ile będą miały klatek – zdjęciowych, rzecz jasna), albo czy aby na pewno w ostatnim zadaniu odpowiednio ułożyły duży palec prawej stopy i czy nowy pieg na lewym ramieniu nie przekreśli ich „kariery”. Ludzie!!!
No i smutno się robi, gdy człowiek pomyśli, że do programu waliły tłumy. A jeszcze większe pewnie wcale nie podchodzą do tego programu jak ja i moje grono znajomych.

Długo nie musieliśmy czekać na wytwór popkultury rozpychającej się w naszym kraju łokciami od około dwóch dekad. Bo nie mam pewności, że uczestniczki „Top Model” właśnie nim są.
Ale zaraz, zaraz… przecież to już naście lat temu rekordy popularności robił „Big Brother”! I czego ja się czepiam w „Top Model”!

środa, 17 listopada 2010

Ustawowy problem rodzinny

Tylko do 21 listopada można składać podpisy pod obywatelskim projektem ustawy o uchyleniu Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, która – wbrew protestom środowisk kościelnych - weszła w życie w sierpniu br.
Ustawa ta daje bardzo szerokie (zbyt!) uprawnienia urzędnikom do ingerencji w życie rodzinne – wystarczy czyjaś skarga, by urzędnicy mogli nawet odebrać dziecko rodzicom aż do wyjaśnienia sprawy w sądzie (oczywiście ujmując zapisy ustawy w skrócie). Faktem jest, że intencje ustawodawców były dobre: budzące grozę informacje o maltretowanych dzieciach, pijanych rodzicach znęcających się nad dziećmi, którym nikt nic nie mógł zrobić w świetle prawa. Ustawa miała to poprawić.
Tyle że świat nie jest czarno-biały. Jak zauważają środowiska walczące o dobro rodzin (prasa katolicka stale wraca do tematu), większa ingerencja państwa i urzędów w życie rodzinne może zachęcić dzieci do składania skarg i donosów na rodziców (obrażone chwilowo na rodzica dziecko zawsze znajdzie pretekst, to zaś może – w myśl obecnej ustawy – skutkować zabraniem rodzicom dziecka). W konsekwencji może to wpłynąć na rozluźnienie więzów rodzinnych i pozbawić rodzin ich podstawowej funkcji – wychowawczej.
Początkowo miałam potężny dylemat – z jednej strony przypominam sobie małe dzieci, które wypadły przez okno albo zostały skatowane przez pijanego ojca, a potem walczyły miesiącami o życie (bo nikt w porę nie zareagował lub nie mógł nic zrobić), a z drugiej mam przed oczami słynną sprawę Róży, odebranej rodzicom, bo rzekomo (m.in. z powodu biedy) nie radzą sobie z wychowaniem licznej gromadki dzieci. Pytanie, ile i jakich przypadków jest więcej i czy aby posłowie zadali sobie trud tego dokładnego zweryfikowania i dogłębnej analizy – w to ostatnie mocno wątpię.
Dlatego sądzę, że obywatelski projekt zmusi ustawodawcę do lepszego przyjrzenia się zjawisku i uchwaleniu czegoś, co byłoby bliższe kompromisowi i polityce pro- a nie antyrodzinnej. Projekt obywatelski takie, dogłębnie przemyślane propozycje, zawiera, dlatego mnie przekonuje (choć na uchwalaniu prawa się nie znam).
Zachęcam do lektury strony www.lepszeprawo.pl, która obszernie argumentuje konieczne w ustawie poprawki. No i do składania podpisów pod gotowym projektem.

niedziela, 14 listopada 2010

Prześladowani

Gdy w minioną sobotę usłyszałam w radiu zapowiedź programu, w którym będzie mowa o "najbardziej prześladowanej mniejszości religijnej na świecie", przemknęła mi myśl, że to przecież o chrześcijaństwie mowa. Ale równie szybko jak się pojawiła, wstąpiła we mnie i wątpliwość - jak to możliwe? Wszak w kraju, w którym żyję od dawna (dla mnie!) nie spotykają nikogo nieprzyjemności za głoszenie Dobrej Nowiny, o represjach nie wspominając.
Niestety to bardzo smutna prawda, która rzadko przebija się na łamy mediów - np. z Chin, Korei Północnej, Sudanu. Trzeba takich zamachów jak niedawno w Iraku, wcześniej w Filipinach czy Bombaju, by świat otworzył oczy, że w krajach islamskich ludzie giną lub są nękani za wiarę w Chrystusa. Takich ludzi na świecie - wg raportu, na który powołuje się ks. Waldemar Cisło na łamach Deon.pl jest co najmniej 200 mln (a mowa jeszcze o 350 mln poddawanych mniej dotkliwym represjom).

Warto o tym pamiętać nie tylko w tak szczególną niedzielę jak dzisiejsza - II Dzień Solidarności z Kościołem Prześladowanym. Dobrze, że taki Dzień w ogóle istnieje.

czwartek, 11 listopada 2010

Radosna flaga


Biało-czerwone flagi pięknie ożywiają listopadowy, pełen słoty i mgieł krajobraz, zwłaszcza gdy wiatr nimi potrzęsie, by zbyt sztywno nie zwisały. Nieprawdaż?
Chyba nie, bo wciąż nasi obywatele nie są zbyt przekonani do idei wieszania flag w narodowe święto.
W mojej spółdzielni nie można na to narzekać – przy każdym balkonie znajduje się uchwyt na drzewiec i znakomita większość mieszkańców wywiesza ten narodowy symbol. Jednak w Polsce stanowimy mniejszość. Jak donoszą moje wtyki z Chojnic, tam poza instytucjami publicznymi na palcach jednej ręki można policzyć flagi na największych osiedlach bloków i domów jednorodzinnych. Moje obserwacje z innych regionów też to potwierdzają.
A szkoda. Chciałabym, byśmy przejęli nieco z szaleństwa takich Amerykanów, albo bliżej – Duńczyków. Jak to Duńczycy mawiają – mają świra na punkcie swojej flagi, która ma nazwę - Dannebrog (de er helt vilde med dannebrog). Ten czerwono-biały symbol pojawia się w Danii przy KAŻDEJ radosnej okazji: nie może więc go zabraknąć… na weselnym lub urodzinowym torcie (mnóstwo małych flag - jak na zdjęciu), na … choince (co roku!), na maszcie w ogrodzie w dniu urodzin królowej albo właściciela tegoż ogrodu. A co dopiero w święta narodowe!
Nie oczekuję od Polaków, by w torty wtykali flagi, bo pewnie będą się obawiali interpretacji odpowiedniej ustawy, która u nas określa, co i kiedy wolno z flagą robić, niemniej tych parę razy w roku mogliby ją zaprezentować przy swoich domach czy oknach. Z radością. I z radości.

środa, 10 listopada 2010

W przededniu 11.11

Państwo Gołębniakowie, nasi zasłużeni parafianie, przesłali redakcji taki oto fragment kończący homilię ks. biskupa Józefa Zawitkowskiego, wygłoszoną w Bazylice Św. Krzyża w Warszawie 10 listopada 1996 r., w wigilię Święta Niepodległości, który pozwalam sobie i tu, 14 lat później, zacytować:
Ciesz się, Matko Polsko, bo jutro Twoje Święto! Jesteś wolna i niepodległa, ale masz mądre i głupie dzieci, więc czasem musisz kochać i płakać. Naród, który zabija - nie ma przyszłości.
Uchowaj, Boże! Ostało nam jeszcze sumienie, a na nim reszta odbudowaną być może
(por. H. Sienkiewicz). Niech się tak stanie. Amen.

Czy i w jakim stanie ostało nam się sumienie, to pytanie na kolejną dekadę.

wtorek, 9 listopada 2010

Do Rzymu w jednej chwili


Słota za oknem, z domu wyjść się nie chce, ale zachciało mi się dalekich podróży. Dzięki technologicznemu postępowi nie ma dziś nic prostszego, jak skorzystać z komputera i Internetu. I tak, dzięki oficjalnej stronie Watykanu, można dokładnie zwiedzić Bazylikę św. Piotra w Rzymie. Właśnie wróciłam z krótkiego zwiedzania, od którego już zakręciło mi się w głowie (od tego intensywnego "zoomowania"). Zbliżenia pozwalają dotrzeć do szczegółów, których nie sposób wyłapać w zwiedzanej często pędem Bazylice, można sobie dać tyle czasu, ile się ma w ciągu dnia i zachwycać się poszczególnymi dziełami, nie będąc potrącanym lub poganianym przez innych turystów.

Wszystkim, którzy mają odrobinę czasu lub chcą wakacyjnego nastroju polecam więc ten link: http://www.vatican.va/various/basiliche/san_pietro/vr_tour/index-en.html.
Przyjemnego zwiedzania!

poniedziałek, 1 listopada 2010

Słoneczne święto

A to niespodzianka z pogodą!
Pewnie Państwo zauważyli, że z biegiem lat w Polsce zrodziła się świecka tradycja wyciągania z szaf, piwnic i strychów na pierwszy dzień listopada zimowych rzeczy: płaszczy, czapek, a zwłaszcza... futer, tych najdłuższych, najgrubszych, stanowiących oręż do walki z mrozami i zimą stulecia. Tradycja oczywiście wynikła z potrzeby - bo zima niekiedy pchała się już w najlepsze. Jednak nie było tak każdego roku, za to każdego roku odnoszę wrażenie, że na cmentarzu (zwłaszcza w mym rodzinnym, niedużym mieście) uczestniczę w pokazie mody okryć wierzchnich, z akcentem na futra (z biegiem lat domyślam się, że coraz częściej sztuczne).
Ale jak tu dziś pokazać się w futrze? Temperatura 10-12 stopni. To prawie jakby na plaży paradować w zimowym okryciu!

Ciekawe, czy tego roku na cmentarzach zwycięży zdrowy rozsądek, czy owa świecka tradycja ;-).
Bo na pewno wciąż jeszcze króluje świecka tradycja zastawiania całych grobów niezliczoną ilością: kwiatów, zniczy, świeczek, ozdób, pod ciężarem których zdają się uginać marmurowe płyty nagrobków (bo na jednej wiązance i symbolicznym zniczu kończy mało który Polak). I na nic apele ekologów (że w atmosferę idą tony sadzy, a sztuczne wieńce i znicze zapełnią miejskie wysypiska) ani społecznych działaczy czy wybranych biskupów o to, by w hołdzie zmarłym i świętym pieniądze wydane w nadmiarze na nagrobne dekoracje przeznaczyć na pomoc powodzianom, ubogim, poszkodowanym i wielu, wielu bardziej wymagającym pomocy materialnej niż nasi zmarli.