poniedziałek, 6 grudnia 2010

Specyficzny adwent

Najbardziej osobliwy dotąd adwent przeżyłam w Danii. Spędziłam tam 10 lat temu rok szkolny, a zatem i najważniejsze okresy liturgiczne.

Adwent w Danii upływa pod znakiem radości, zabawy (hucznej) i wszędobylskich krasnali. Krasnale te jednak nie są bohaterami pozytywnymi; to złośliwe, chytre, wręcz wredne bestie, winne wielu psot i żartów. Adwent mija więc Duńczykom na różnego rodzaju wygłupach i wzajemnym wkręcaniu się. Oraz na kupowaniu krasnali w każdej postaci. Dosłownie, aż do obrzydzenia (ta gorączka nie dotyczy bowiem tylko dzieci).

Wszędzie odbywają się tzw. gwiazdkowe lunche. [W potocznym języku duńskim nie ma religijnego określenia na Święta Bożego Narodzenia, nie ma religijnej etymologii terminu, stąd mowa tam raczej o gwiazdce]. Spotkania te są mocno zakrapiane, wręcz zalewane (w Polsce - w porównaniu do Danii - pije się przyzwoitego grzańca, w Danii - miesza się w wielkiej misie wszystko, co uczestnicy danego spotkania przynoszą z procentami. Czym to skutkuje - mogą sobie Państwo wyobrazić). W efekcie w Kopenhadze od pierwszej niedzieli adwentu widać nie pojedyncze postaci poruszające się zygzakiem po ichnim deptaku, ale całe grupy tak wałęsające się, krzyczące lub bełkoczące coś (chyba kolędy) pijacko. Obraz to nędzny, jak się temu bliżej przyjrzeć przez pryzmat liczb o alkoholizmie tego narodu (nie jest dobrze, jak ostatnio donosił chrześcijański dziennik "Kristeligt Dagblad").

Efekt adwentowych balang najlepiej opisywała czytanka dla uczących się duńskiego, którą przerabialiśmy z wielkim zdumieniem na pierwszym roku studiów. Opowiadała o tym, jak Duńczycy nienawidzą świąt, bo są skacowani, niewypsani i przepici po ok. 20 dniach adwentu i wcale niemiły jest im wspólny rodzinny posiłek z tradycyjnym dorszem w roli głównej.

To ja wolę polską rzeczywistość, nawet jeśli zbyt zabieganą po sklepach...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz