sobota, 24 grudnia 2011

Pozdrowienia świąteczne z Rzymu

Gościnny wpis franciszkańskiego przyjaciela.

Kilka dni temu, w okolicznościach absolutnie nieoficjalnych, miałem okazję usłyszeć, jak biskup nominat John Brown, który obejmie niedługo urząd nuncjusza apostolskiego w Irlandii, opowiadał o pewnej zimie sprzed 30 lat. Wówczas zdarzyło mu się podróżować właśnie do tego kraju, do którego dzisiaj Opatrzność Boża posyła go jako przedstawiciela Stolicy Apostolskiej.
Wtedy pewnie nawet przez myśl nie przyszło mu, że Irlandia będzie miejscem jego pracy.
Płynął wówczas promem z Anglii. Zauroczył go widok potężnych mężczyzn, twardych irlandzkich facetów, którzy wracali do domu, do swojej Irlandii, na święta. Potężne chłopiska. Taszczyli ze sobą pluszowe misie, jakieś wielkie pluszowe króliki i żyrafy, rowerki dziecięce, takie z trzema kółkami.

Widok nieziemski. Troska ojców, miłość rodzicielska wyrażona poprzez gest wręczenia pluszaka. Proste, piękne, wzruszające. Biskup opowiadał o tym, jak wysiadł z promu, podjechał autobusem połowę trasy. Miał do pokonania jeszcze kilka kilometrów, ale ponieważ świąteczny rozkład jazdy był nadzwyczaj świąteczny (czyt. nie jechało prawie nic), postanowił przemaszerować pozostałą część trasy. Śnieg, zimno, święta. Maszerował poboczem, myśląc, że wypróbuje swych sił w podróżowaniu autostopem. Problem w tym, że nikt się nie pojawiał. Nie miał zbyt wielkich nadziei na zatrzymanie pojazdu, który pojawił się na horyzoncie jako pierwszy. Zdziwił się niepomiernie. Auto zatrzymało się, drzwi się otwarły. Został zaproszony do środka i dowieziony na miejsce. W samochodzie była tylko młoda dziewczyna, mama niemowlęcia, które podróżowało bezpiecznie na tylnym siedzeniu.

- W jakim kraju samotna, młoda matka, z dzieckiem kilkudniowym zatrzymałaby się, biorąc ze sobą autostopowicza? To jest niemożliwe. A jednak... No, ale to było 30 lat temu... Chociaż, czasami mam wrażenie, że albo sobie tę historię wymyśliłem, albo ten samochód został przysłany przez Bożą Opatrzność. Wiesz, gdy spotykasz w święta Bożego Narodzenia młodą mamę z dzieckiem, to pierwsze, co ci przychodzi na myśl to Matka Boża i Dzieciątko... – zakończył swoją opowieść.

Logika świąt Bożego Narodzenia jest nie do uchwycenia. Ojcowie Kościoła, wśród nich na przykład św. Efrem Syryjczyk, tajemnicę Bożego Narodzenia wyrażali, używając języka paradoksu. Efrem pisał o Matce, która „mlekiem karmi Stwórcę, śpiewa Przedwiecznemu”. Opisywał Maryję, do łona której „zstąpił ogień i Jej nie spalił”, porównując ją do „lśniącej chmury, w której wielkie Słońce zmalało i się skryło”. Ten język paradoksu jest i nam dobrze znany. Wystarczy zanucić sobie pod nosem „Bóg się rodzi”. Jest to możliwe, żeby zakrzepł Ogień, Nieskończony miał granice a Moc struchlała?

Paradoks, zaskoczenie, absolutna nieprzewidywalność. Bóg przychodzi tam, gdzie się Go najmniej może spodziewamy. Nie w Jeruzalem, w tym co najpiękniejsze i potężne, ale w Betlejem, które na uboczu, bez znaczenia prawie, a dzisiaj dodatkowo otoczone murem. Przychodzi w nocy. Nie podczas konferencji prasowej i przy błysku fleszy. Rodzi się nie tam, gdzie elegancko i sterylnie, ale tam, gdzie nikt nawet by nie pomyślał, że można się urodzić.
Tak sobie myślę, że każdy z nas ma takie swoje Betlejem, jakieś miejsce na uboczu życia. Każdy z nas ma jakąś noc ciemną, grotę, stajnię i nieposprzątane. Paradoksalna logika Bożego Narodzenia podpowiada, że to może właśnie tam Bóg chce nas pochwycić, złapać i opowiedzieć nam o swojej szalonej miłości do nas. Zstępuje tam, gdzie szukamy Go, nawet nie wiedząc, że szukamy właśnie Jego. Czemu zatem nie miałby opowiedzieć nam czegoś o sobie w miejscu naszej porażki, w tym, co pogmatwaliśmy?

Z drugiej strony, jeżeli może przyjść do nas w nocy i pogmatwaniu naszym, to czemu nie miały okazać nam swojej miłości w czymś, co wydaje nam się nieistotne, bez znaczenia, szare i codzienne? Czemu nie miałby opowiedzieć nam czegoś o sobie, podsyłając kogoś, kto zabierze nas autostopem w środku śnieżycy? Wydaje się, że to właśnie byłoby w Jego „stylu”.

Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek mógł żyć życiem Bożym, mówią Ojcowie Kościoła. Św. Efrem wyrazi to jeszcze konkretniej: „Jezus Chrystus, Słowo Wcielone, rodzi się podczas spisu ludności i daje zapisać swoje Imię w księgach ludzkich, po to, aby nasze imiona mogły zostać zapisane w księdze Bożej, w księdze życia”. O ile się nie mylę, piękniejszej wiadomości w te święta nie usłyszymy.
Radosnego świętowania!
Br. Szymek

Świątecznie


Niech narodzone Boże Dziecię znajdzie dziś miejsca w naszych sercach
i pozostanie w nich przez cały kolejny rok.

Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia!

wtorek, 20 grudnia 2011

Na finiszu

Od jakiegoś czasu co roku przeżywam to samo - uwielbiam adwent, tymczasem nie dane jest mi się nim delektować. Nie dane jest mi oczekiwać, bo każdą chwilę skrzętnie wypełniają rozdzwonione telefony, pilne maile na wczoraj i niekończąca się praca. To nic, że Boże Narodzenia do setek (tysięcy) lat przypada 25 grudnia, to nic, że od czasu wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego (w Polsce to wiek XVI) koniec roku przypada 31 grudnia. Choćby ludziom od sierpnia przypominać (jak to robię) o kartkach dla klientów, życzeniach, prezentach, rozliczeniach i całorocznych podsumowaniach, to i tak wszyscy budzą się na zimę.

Słowa z Listu do parafian księdza proboszcza w najnowszym wydaniu "Ja Jestem Zmartwychwstaniem" musiały więc we mnie wywołać kaca moralnego:
"Każdy z nas musi sobie odpowiedzieć na pytanie, na ile dobrze i skutecznie przeżył czas adwentu; na ile dobrze i skutecznie przygotował się do Bożego Narodzenia; na ile dobrze i skutecznie wpatrywał się w tych adwentowych tygodniach w postać nadchodzącego Pana?".
Ale tego samego dnia, w czwartą niedzielę adwentu, która w tym roku szczęśliwie (dla wszystkich spóźnialskich i zagonionych) przypadła długo przed Bożym Narodzeniem, ksiądz zachęcał z ambony, mówiąc, że czas miniony jest bezpowrotnie utracony, więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, ale za to te ostatnie dane nam dni trzeba jeszcze wykorzystać.

Nic innego, tylko brać się do innego rodzaju roboty niż tej, która uniemożliwiła głębsze przeżycie adwentu. Już czas...

środa, 14 grudnia 2011

Dziennikarz Roku i pozostali na podium

Bardzo ciekawie w tym roku (właśnie dziś) wygląda pierwsza piątka dziennikarzy w plebiscycie Dziennikarz Roku organizowanym od 15 lat przez miesięcznik "Press". Ciekawie, ponieważ wreszcie koledzy po fachu wytężyli nieco mózgownicę i pojawiły się nowe nazwiska. Wybór tez chyba pierwszy raz od paru lat nie budzi skrajnych emocji. Mnie się bardzo podoba.

Wygrał Andrzej Poczobut, korespondent "Gazety Wyborczej" na Białorusi, kolejne miejsca zajęli: ks. Adam Boniecki ("Tygodnik Powszechny"), Paweł Lisicki ("Uważam Rze", "Rzeczpospolita"), Krzysztof Ziemiec (TVP), Wawrzyniec Smoczyński ("Polityka") - co ciekawe, prywatnie - wnuk Jerzego Turowicza.
Zwycięzca stwierdził: Moja historia jest w sumie optymistyczna. Technika wygrała z dyktaturą. Dzięki Internetowi mogę być w Warszawie nie łamiąc nałożonego na mnie zakazu (cytat za profilem Google+ Grand Press)
- Jestem jeszcze bardziej zaskoczony - mówił ksiądz Boniecki - niż redaktor Lisicki, który był najbardziej zaskoczony. Muszę podziękować mojemu prowincjałowi, który nakazał mi milczenie - powiedział ks. Boniecki (cytat za profilem "Press" na FB).

Wszystkim, którzy ten konkurs uważają za przegląd twórczości salonowych dziennikarzy, zwracam uwagę, że Paweł Lisicki do niedawna był redaktorem "Rzeczpospolitej" i jest "Uważam Rze", a wśród laureatów Grand Press po raz pierwszy jest dziennikarz "Gościa Niedzielnego" - Jacek Dziedzina nagrodzony w kategorii Publicystyka za tekst "My som stond".

piątek, 9 grudnia 2011

Kościół państwowy

Folkekirke, to - jak wskazuje nazwa - Kościół narodowy, de facto państwowy w Danii. To Kościół luterański, do którego przynależy formalnie znakomita większość Duńczyków. Formalnie. W praktyce świątynie są puste (nasuwa się tu porównanie, że równie jak Duńczycy, ale ponieważ znam wielu Duńczyków o głębokich wnętrzach, to mimo wszystko nie będę rozpowszechniać pomówień i tworzyć stereotypów).

Kościół poza biskupami nadzorowany jest przez... ministra kościelnego, członka rządu, no i króla/królową. Czym to skutkuje, pokazuje najnowsza sprawa, wręcz afera w Danii. Otóż w minionych dniach parlament (folketing) debatował nad tym, by narzucić protestanckim duchownym udzielanie ślubów parom homoseksualnym na identycznych prawach, jak parom heteroseksualnym. Dotychczas bowiem w luterańskim Kościele można było jedynie błogosławić pary homoseksualne, nie poddając ich typowym rytuałom zaślubin. Nie było to też obligatoryjne, tj. duchowni nie mieli obowiązku. Tymczasem parlament i minister zadecydowali, że ma się to stać regułą, czy to się biskupom podoba, czy nie (jest chyba 50/50) - zaślubiny par homoseksualnych mają być ważne państwowo.

W letniej, żeby nie powiedzieć chłodnej religijnie Danii, zawrzało.
Na razie zapoznałam się z opiniami ludzi na Facebooku i pytałam mieszkającą w Danii przyjaciółkę. Wygląda, że co najmniej połowa Duńczyków jest oburzona, że państwo decyduje o... sprawach teologicznych. Wielu się powołuje na Pismo św., tłumacząc, że to nie parlamentu i ministra rola interpretować (i to źle) słowa Biblii. Poplecznicy decyzji argumentują jedynie (rzekomą) dotychczasową dyskryminacją par homoseksualnych.
Spór trwa, czekam też na informacje najbardziej ta kwestią zainteresowanej mojej koleżanki.

Tymczasem ten wpis dedykuję wszystkim mówiącym o tym, że w Polsce związki Kościoła i państwa są za silne.

Rok na zdjęciach

Rok się kończy, więc zaczynają się podsumowania...
Tu jedno z nich - wspaniałe zdjęcia. Niestety ogromnie smutne, wręcz przejmujące. Nawet piękne ujęcia natury w jej największym szale po chwili oczarowania smucą, bo wiadomo, jaki były konsekwencje owego szału natury.

Czy rzeczywiście w takich smutnych, okrutnych czasach żyjemy? Czy piękno, radość tak trudno ładnie sfotografować?

Nie zapomnę którejś (chyba 4.) edycji konkursu fotografii prasowej Grand Press Photo (organizator miesięcznik Press), którego przewodniczącym jury, o decydującym głosie, był Duńczyk, laureat World Press Photo Claus Bjoern Larsen. Ku ogromnemu zaskoczeniu całego jury wytypował zdjęcie, na którym dwie niepełnosprawne osoby śmiały się, bawiły na wózkach. Fotografka z lokalnej gazety uchwyciła ten zabawowy nastrój, ale i chorobę w jej pełnej "krasie" - wykrzywione paraliżem ciała, nad którymi mózg nie ma kontroli.
Polacy byli w szoku. Duńczyk argumentował - to jest prawdziwe zdjęcie, szczere, z niego bije życie i naprawdę radość, której jako zdrowi nie spodziewamy się po chorych. W miarę patrzenia na to zdjęcie jurorzy zgadzali się z werdyktem. Potem tak samo reagowała sala, widzowie, dziennikarze - większość zdawała się ulegać argumentacji Larsa. Co nie znaczy, że takich zdjęć masowo przybyło w kolejnych konkursach...

czwartek, 8 grudnia 2011

Sexworker z doktoratem

"Inna seksmisja" - taki tytuł nosił reportaż nadany w TVP 1 w miniony poniedziałek o 22.00. Opowiadał o australijskiej prostytutce, która oddaje swoje ciało niepełnosprawnym i jest jedną z nielicznych kobiet świadczących takie usługi i specjalizującą się właśnie w obcowaniu z niepełnosprawnymi mężczyznami. Mówi o sobie "sexworker" (ale i otwarcie "whore" - dziwka) i ma... doktorat z tego typu pracy i prowadzonych w niej badań! To nie żart.

Oglądałam ten reportaż z rosnącym zdumieniem, wręcz bałam się o stan podłogi, tak mi szczęka opadała. Pani założyła organizację, która pomaga w dotarciu do usług tejże bohaterki (imienia nie pamiętam) i szczyci się, że to pierwsza taka organizacja dopominająca się o prawo do czułości i intymności osób nieuleczalnie chorych - np. z paraliżem, stwardnieniem rozsianym, zespołem Downa. Brzmi dobrze, wszak to pomoc dyskryminowanym - przez życie, los - ludziom, którzy zdani na pomoc innych w najprostszych życiowych czynnościach, nie mają co marzyć o upojnej nocy z kobieta/mężczyzną. Temat może i tabu, ale jakże ludzki i życiowy? Zdrowy człowiek nie może sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji...
W reportażu pokazane jest, jak owa "sexworker" się takimi osobami w ramach wynajętego czasu zajmuje, jak je czule dotyka, a występujący w filmie panowie z niebywałą radością opowiadają, że ta kobieta odmieniła ich życie, nadała mu sens. Wręcz wzruszające, trudno nie zrozumieć tych ludzi. Pani prostytutka jawi się w tym reportażu niemalże jako dobry Samarytanin. Jawi się. Nie robi tego za darmo, to nie wolontariat, to nisza do zaorania również w tym biznesie - seksbiznesie. Klient mniej wymagający (nie mówimy o najmłodszej prostytutce, to dosyć dojrzała kobieta - na oko - ok. 40 lat), zdeterminowany, no i konkurencja - jeszcze żadna! A pieniądze - jakimi nie pogardziłby pewnie niejeden doktor.

Nierząd jest nierządem, nawet jeśli pani robi to świadomie, dobrowolnie i... tu największy szok - z ogromną chęcią i satysfakcją, pomaga wszak chromym, zniedołężniałym. Nie tylko się z tym nie kryje, ale wręcz afiszuje. Co jeszcze bardziej szokujące - ma partnera, który to toleruje - więcej - nie ma nic naprzeciw!
Fakt, że "działalności" prostytutki obok zysków przyświeca szczytny cel, nie zmienia tego, że nie uświęca on środków. Oglądając ten reportaż, można było o tym zapomnieć (zwłaszcza widząc szczęście spełnionych mężczyzn). Dlatego wszystko się we mnie gotowało i buntowało i próbowało złapać równowagę. Do teraz mam z nią problemy.

środa, 7 grudnia 2011

Podróż w czasie


Najnowsza publikacja dr Magdaleny Mrugalskiej-Banaszak przenosi nas na Wildę międzywojnia – z jednej strony całkiem nam bliską, z drugiej chwilami bajeczną krainę rzecznych łazienek i „przedogródków”.

Nie znam nikogo, kto nie lubiłby oglądać zdjęć - nawet z nieznajomymi bohaterami na pierwszym planie. Jeśli spojrzeć na rankingi oglądalności stron w internecie, to w oczy rzucą się wysokie statystyki odwiedzin wszelkich galerii fotograficznych.
I właśnie kierując się tym trendem, warszawskie wydawnictwo zaproponowało poznaniakom książkę-album „Przedwojenna Wilda. Najciekawsze fotografie” autorstwa miłośniczki tej dzielnicy, której zawdzięczamy szeroką wiedzę o naszej okolicy.
Poznaniaków zazwyczaj dziwi fakt, że to warszawiacy zainteresowali się akurat dzielnicą Poznania. Wynika to z faktu, że Wydawnictwo RM, o którym mowa, najpierw wydało kilka podobnych albumów o międzywojennym Żoliborzu, później Ochocie, a następnie zaczęło szukać kolejnych celów wydawniczych w Polsce.

Album rozpoczyna rys historyczny, w którym Magdalena Mrugalska-Banaszak prowadzi nas od początków Wildy po lata jej rozkwitu – właśnie początki minionego stulecia. Z tej to epoki bowiem al-bum prezentuje kilkadziesiąt fotografii – miejsc, ludzi, zdarzeń.
Nie trzeba być urodzonym na Wildzie, by zachwycić się zdjęciami z lat 20. czy 30. z lotu ptaka nad Wildą, by wyobraźni dać się przenieść w lata 20. – obfitujące w społeczne wydarzenia (jak budowa naszego kościoła, dzwonnicy, stawianie krzyża przy Dolnej Wildzie), rozwój fabryk, sklepów, ale i gastronomii czy innych miejsc spotkań.

Oczywiście, można z malkontenctwem powtarzać, że nic z uroku pięknej dzielnicy nie zostało, że brud-no, że tynk się sypie, że nieodbudowane… Ale można też pomyśleć, ile szczęścia w tym, że mimo historycznej nawałnicy na Wildzie ocalało tyle kamienic, że coraz częściej są one odnawiane, że ulica Poplińskich jest dowodem na zatrzymanie czasu – mimo globalizacji, postępu tu zachowały się „przedogródki” widoczne na zdjęciach na niemal każdej wildeckiej przedwojennej ulicy.

Można też, tak jak to uczynili wydawca z autorką, książkę wykorzystać jako pretekst do rozmowy ze starszym pokoleniem i obudzenia w nim wspomnień z epoki jeszcze – na szczęście – pamiętanej. Urodzone tuż po wojnie pokolenie dzisiejszych 60-latków ma w pamięci obrazy spójne z tym, co na wildeckich ulicach działo się przed wojną i chętnie – właśnie przy okazji spotkań z autorką książki – dzieli się tymi wspomnieniami. Nie ma w tym krzty sentymentalizmu. To jedynie dowód na to, że w dobie postępującej globalizacji, często przybierającej postać zunifikowanej papki, tęsknimy, za tym, co prawdziwie nasze, jedyne, niepowtarzalne – w zasięgu ręki, wzroku, rodziny, nawet jeśli tylko na kartach książki. I to jest piękne w starych fotografiach, pocztówkach i… wspomnieniach.
Album można nabyć w kilku poznańskich księgarniach, m.in. przy Rynku Wildeckim i w Centrum Informacji Miejskiej na Pl. Wolności, a także za pośrednictwem wydawcy na www.rm.com.pl.

Tymczasem pozostaje nam czekać na reedycję pierwszej książki pani Magda o Wildzie, która była zarazem jej pracą doktorską. Specjalistka od Wildy obiecuje, że stale zbiera materiały, powiększając zasoby do potencjalnej nowej publikacji…

czwartek, 1 grudnia 2011

Uczta dla ducha i ucha

Może i przebrzmiały dla niektórych echa niedzielnego koncertu, ale ja ciągle jestem pod wrażeniem. Mowa o koncercie-prezencie dla naszego organisty, którego przyjaciele (głównie z Kościana) wybrali i opracowali (w duetach) kilka ambitnych i poważnych utworów na ponadpółgodzinny koncert.
Gdyby muzykę było można przekazać słowami, byłaby niepotrzebna. Dlatego załączam próbki tego, czym radowały się nasze dusze (i uszy):

A na koniec jeszcze dowcip zacytowany na zakończenie koncertu: Wśród organistów krąży powiedzenie, że proboszczowie chcieliby, by organista: grał niczym Bach, śpiewał niczym Caruso, a oczekiwania finansowe miał jak św. Franciszek. :)

poniedziałek, 28 listopada 2011

Medialnie dokształceni

Wprawdzie warsztaty dla rzeczników instytucji kościelnych odbyły się w minionym tygodniu (21-23.11), dopiero teraz zbieram przemyślenia na ten temat.
Szkolenie, podobnie jak w ub.r., było wyśmienitą okazją do spotkania z praktykami-pasjonatami oraz do wymiany doświadczeń osób działających publicznie dla dobra Kościoła w mniejszym lub większym wymiarze (na płaszczyźnie diecezji czy mniejszych instytucji).
Tegoroczne spotkania poświęcono nowym mediom, czyli internetowi w dobie Web 2.0 (serwisów społecznościowych i interakcji). I tak warsztaty prowadzili specjaliści od Facebooka, Wikipedii, blogów (ks. Artur Stopka, autor poczytnego www.stukam.pl) czy Google oraz wideoblogów i relacji wideo w ogóle (franciszkanie prowadzący "Bez sloganu" oraz ci z portalu www.zakonfranciszkanow.pl). Ich celem była prezentacja ogólnodostępnych narzędzi internetowych i możliwości, po które mogą sięgnąć członkowie Kościoła - niekoniecznie tylko duchowieństwo. Na przykład profile parafii na Facebooku mogą prowadzić - za zgodą proboszczów - świeccy lubiący to medium i traktujący je jako uzupełnienie do parafialnej strony WWW. Uczestnicy warsztatów zgodzili się, że to świeccy parafianie powinni odpowiadać za stronę internetową parafii, gdyż to oni są najtrwalszymi członkami parafii, często też lepiej znają się na nowych mediach od duszpasterzy.

Członkowie Wikimedia przekonywali, że każdy, kto ma wiedzę o Kościele, ludziach Kościoła, jest zaproszony do redagowania i edytowania encyklopedii Wikipedia na prawach ustalonych przez tę organizację. Mam nadzieję, że dzięki tym warsztatom przybędzie wiele cennych wpisów w Wikipedii, która - jak pokazali prelegenci - jest coraz częściej źródłem wiedzy dla chrześcijan. I tak z okazji święta 3 maja aż 18 tys. razy w Wikipedii szukano, czy jest to święto nakazane. To jeden z wielu przykładów podanych przez autorów prelekcji.

W kompleksy mogła wprawić amatorów wideorelacji prezentacja przygotowana przez młodych franciszkanów. Najpierw o. Jakub pokazywał, jak w bardzo skromnym, acz silnym zespole przygotowują materiały na portal www.zakonfranciszkanow.pl - choć autorami są amatorzy, to doprawdy niewiele brakuje im do profesjonalistów. Fani puszczania w internecie nagrań z amatorskich kamer jako relacji ze Mszy, koncertów i wystąpień mają się czego uczyć na przykładzie materiałów tego portalu - z przemyślanym układem, profesjonalnie napisanymi tekstami (białe, offy, setki) i zmontowanymi zdjęciami i muzyką. Jako że sama nie mam pojęcia o telewizyjnym montażu, tym bardziej byłam pod wrażeniem pracy i osiągnięć widocznych na tym portalu, cieszącym się dużą popularnością w internecie.

Nie brakowało też ćwiczeń przed kamerą - każdy miał okazję do krótkiego wystąpienia, które następnie oceniali profesjonaliści: dziennikarka TVN 24 Brygida Grysiak oraz dziennikarz TVP Piotr Czyszkowski. I znów - mimo wielu pozytywnych opinii specjalistów - nie obeszło się bez salw śmiechu.

Jednym słowem wspólne przedsięwzięcie o. Jana Marii Szewka (rzecznik franciszkanów), dr Moniki Przybysz (wykładowca UKSW) i ks. Józefa Klocha (rzecznika KEP) po raz kolejny się udało i zapewne będzie wydawać kolejne owoce. Przyszłoroczne spotkanie już zapowiedziano na dni  27-29 listopada.

PS A tutaj relacja z warsztatów na wspomnianym portalu:
http://zakonfranciszkanow.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=730:is078&catid=92:infopolskaswiat&Itemid=515

niedziela, 27 listopada 2011

Wyśpiewane 10-lecie

Zaczęło się koncertem - starannie przygotowanym, przemyślanym - i mistrzowskim wykonaniem. 10-letnie Dzwonki, czyli Poznański Chór Dziecięco-Młodzieżowy Campanelli (obecnie już bardziej młodzieżowy) tak wczoraj obchodził swój jubileusz.
Koncert - prowadzony profesjonalnie przez świetnie debiutującego w roli konferansjera br. Wojtka - stanowił okazję nie tylko do podsumowania 10-letnich osiągnięć zespołu, ale i prezentacji nagrań z najnowszej płyty "Stań się przed Nią jak motyl", nagranej też na 10. urodziny. I tak w programie koncertu znalazły się bardzo dojrzałe utwory - trzy wersje "Ave Maria" różnych kompozytorów, w tym samej założycielki i dyrygentki chóru Beaty Sibrecht, ponadto Zoltana Kodaly. Widzowie - tłumnie jak na naszą parafię zebrani (ponad połowa kościoła wypełniona) - wysłuchali ponadto "Stabat Mater" cz. 1 (Giovanni Battista Pergolesiego), dwukrotnie "Ave Verum Corpus" (wg Francis Poulenca oraz Gabriela Faure), a na finał "Ojcze nasz" do muzyki jednego z najznakomitszych dzieł Ennio Morricone "Oboje Gabirela" z filmu "Misja". Po oklaskanym na stojąco finale publiczność doczekała się na bis "Psalmu 23.", własnej kompozycji dyrygentki.

Obchody jubileuszu kończyły się w refektarzu zamienionym na salę bankietową, gdzie stoły uginały się od własnoręcznie przygotowanych przez chórzystki i ich rodziców specjałów, i gdzie podziękowaniom nie było końca. Pani Beata dziękowała rodzicom i chórzystkom oraz księdzu proboszczowi i wszystkim, którzy pomogli w wydaniu płyty. Chórzystki odwzajemniały się swojej dyrygentce, nie zapominając o ks. Adamie. Nie zabrakło śpiewów, wspomnień i dużo śmiechu, który równie naturalnie jak śpiew towarzyszy zgranemu zespołowi.
I tak serdecznie i świątecznie upłynął wieczór (do późnych godzin) w naszej coraz bardziej rodzinnej parafii.




poniedziałek, 21 listopada 2011

Co wygrało z koncertem chóru?

Moja Mama śpiewa w chórze, odkąd pamiętam, bo zapisała się do nowo tworzonego chóru w mej rodzinnej parafii krótko po moich narodzinach. Występy chóru były świętem, im były podporządkowane nasze rodzinne niedziele. Od dziecka na nie chodziłam (z całą rodziną, potem w różnym zestawie) i tak mi zostało.
Wiedziona zainteresowaniem oraz szacunkiem dla śpiewaków nie za często przecież występujących, udałam się wczoraj na koncert naszego parafialnego, niegdyś znanego na całe miasto, chóru Zmartwychwstanie - po Mszy św. o godz. 14 (przyszłam o 14.50). Rozbrzmiewało jeszcze "Ave Verum" na komunię, a po zakończeniu Mszy rozpoczął się niedługi koncert (ok. 30 min).
W ławkach (na Mszy dosyć pełno) - łącznie 50 osób! Wsłuchuję się w śpiew i myślę, o co chodzi (po młodzieżowemu "o co kaman"): zwykła niedziela, ciepły słoneczny dzień (10 stopni w połowie listopada!), więc to nie pogoda może być wymówką. Gdyby każdy z ok. 20 chórzystów przyprowadził rodzinę, to już ten limit 50 osób zasiadających teraz w ławkach powinien być przekroczony - ale nie jest. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że dziś człowiek ma dużo więcej atrakcji niż w latach 80. czy na początku 90. Mimo to nie wyobrażam sobie, bym jako żona chórzysty na koncercie nie była. Bo koncert nie obywa się codziennie czy raz w tygodniu! No właśnie, ale może tej "świątecznej" oprawy wyjątkowości zabrakło? (czyt. dalej).

Myślę dalej: ogłoszenie w gazetce było 2 razy. Z ambony też ze 2 razy zapowiedzi słyszałam. Więc parafianie wiedzieć musieli. Na mszy ksiądz zapraszał do pozostania.

Dalej: chór liczy tyle lat co parafia - ileż ludzi przezeń się przewinęło - nie przesadzajmy, Polacy nie są tak mobilnym narodem, by nikt z byłych żyjących chórzystów nie mieszkał w okolicy! Gdzie oni są? (No właśnie, co o tej porze leci w telewizji? To może jest odpowiedzią na moje pytania - retoryczne).

Ale nim zarzucę parafian epitetami w stylu: bierni, leniwi, niezaangażowani, niezainteresowani, to przeanalizuję koncert od strony organizacyjnej. Bo może tu leży przyczyna?

Zmartwychwstanie występuje na mszach w ciągu roku kilka razy. Raz lub dwa w roku daje koncerty. O przesycie więc nie może być mowy - co najwyżej o tym, że za mało, zbyt rzadko ten chór słychać!
Jako osoba lubiąca chóralny śpiew, ale niemająca wielkiego pojęcia o utworach, oczkuję, że jak ktoś mnie zaprasza na koncert, to - skoro nie zapowiedział programu - w trakcie koncertu poszerzę horyzonty muzyczne i dowiem się minimum: autor, rok powstania dzieła, czyja aranżacja. Ale na próżno czekałam. Było "jakieś Kyrie", "jakieś Ave Maria" - przepraszam, ale wiem tylko, że nie było to znane Gounoda czy Schuberta, dlatego pełnej relacji nie zdam. Szkoda, przecież czarno-biały druk nawet 100 kartek formatu A5 z wypisanymi czytelną czcionką pieśniami to nie wydatek (koszt ok. 10 zł), tym bardziej ktoś zapowiadający utwór i wykonawców (były partie solowe). Nadałoby to nieco większej rangi koncertowi i uczyło szacunku wobec wykonawców.

Co zaś się świetnej przeszłości tyczy.. No właśnie niestety przeszłości (karty "Wpisanych w Zmartwychwstanie" dokładnie prezentują skalę działania chóru sprzed dekad). Nie zmienia to faktu, że chór trzyma wciąż poziom (a tym bardziej, że się solidnie przygotował do koncertu - tego nie można śpiewakom odmówić!), Polacy zaś wciąż nie chłoną wysokiej kultury zbyt masowo.

Widocznie darmowa lekcja dobrej muzyki (znów) nie wydała się  parafianom i mieszkańcom dzielnicy zbyt interesująca. Mam nadzieję, że dla okrojonego już zespołu Zmartwychwstanie nie będzie to zbyt deprymujące i doczekamy się koncertu kolęd. Czego nam wszystkim życzę.

PS Zobaczymy, jak będzie z koncertem Campanelli. Wprawdzie niestety nie mogę w nim uczestniczyć, ale śmiem sądzić, że będzie więcej widzów. Oby.

niedziela, 20 listopada 2011

Skojarzenia

Wielka uroczystość - Chrystusa Króla Wszechświata. I mały test. Jak że jesteśmy wzrokowcami, jako że do naszej wiary często potrzebujemy wizerunków, to... co Szanowni Czytelnicy widzą oczami wyobraźni na hasło "Chrystus Król"?
Mnie się wstyd przyznać... Bo przed oczami najpierw (czyli jakby podświadomie) jawi mi się moim zdaniem najgorszy z możliwych w tym kontekście obrazów - widok ze Świebodzina (sic!) :) (bynajmniej nie tylko taki odległy).

A dopiero potem następuje uśmiech, przerażenie i korekta mózgu: Ecce Homo, Chrystus Ukrzyżowany lub Zmartwychwstały - jako prawdziwy Król Wszechświata - bez posągów, pomników...

Myśl na... kiedykolwiek

Erazm z Rotterdamu: „Dlatego znoszę ten Kościół, dopóki nie zobaczę lepszego, Kościół zaś zmuszony jest zapewne również znosić i mnie, dopóki sam lepszy się nie stanę”.

piątek, 18 listopada 2011

Bojowa sobota...

... nam się jutro zapowiada. Zapowiedziana jest bowiem, jak co roku, parada równości, której nie kojarzę z niczym innym, jak rozróbami i bijatyką w centrum miasta.
Działacz Obozu Narodowo-Radykalnego, zapowiadając kontrmanifestację, reklamuje: "Przyjdź i pokaż razem z nami, że takie wartości jak Bóg, tradycja, rodzina są dla Ciebie ważne. Przyjdź pokazać, że nic nie zastąpi prawdziwej rodziny, żaden sztuczny związek partnerski".

Choć dla mnie "takie wartości jak Bóg, tradycja, rodzina" są ważne, choć wierzę, że nic nie zastąpi prawdziwej rodziny, żaden sztuczny związek partnerski", to nie przyjdę. A nawet potępię tych, którzy pierwsi rzucą kamieniem w przeciwników. Bo że rzucą wzorem lat ubiegłych - nie wątpię.

czwartek, 17 listopada 2011

Kulturalny listopad w parafii

Ale się dzieje!

Zaczęło się od promocji najnowszej książki - albumu o Wildzie p. dr Magdaleny Mrugalskiej-Banaszak pt. "Przedwojenna Wilda. Najpiękniejsze fotografie", której prezentacja odbyła się wczoraj w naszej parafii.

W niedzielę o 14.00 na Mszy św. będzie można usłyszeć chór Zmartwychwstanie, który po tejże Mszy da koncert.
Równie muzycznie zapowiada się weekend kolejny.
Najpierw w sobotę 26.11 o 19.30 swój jubileusz muzycznie będą świętować Dzwoneczki, tj. chór Campanelli (który wydał nową płytę na 10-lecie), a w niedzielę urodziny, choć nie 10., świętować będzie organista. Otóż, jego przyjaciele w ramach prezentu na sobotnie urodziny urządzają mały koncert dla parafian po Mszy św. o godz. 19.00. W programie utwory na organy, skrzypce i wokalne.
Doprawdy zapowiada się uczta duchowa.
Zapraszam serdecznie!

środa, 9 listopada 2011

Bazylika laterańska

Ponieważ dziś w Kościele obchodzimy rocznice poświęcenia Bazyliki św. Jana na Lateranie, to kilka fotograficznych wspomnień z tego miejsca.
Właściwie, gdyby nie fotografie, to miałabym trudności z odtworzeniem w pamięci wnętrza tego kościoła, wszak Rzym świątyniami (i ruinami) stoi... I komuś, kto w Wiecznym Mieście jest pierwszy raz, wszystko może się mieszać.
Ale zapamiętałam, że w nawie bocznej jest ołtarz z obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. :)

Jednak w pamięci utkwiło mi przede wszystkim baptysterium - osobny budynek przy kościele. Może dzięki temu, że poza nami były w nim tylko dwie osoby, bardziej mi utkwił w pamięci niż dosyć tłumnie nawiedzana Matka i głowa wszystkich kościołów?
A dlaczego tak uroczyście w liturgii wspomina się tę bazylikę? Dziś, gdy żyjemy w cieniu Bazyliki św. Piotra w Watykanie, wydawać się to może dziwne, ale przez ponad 1000 lat chrześcijańskiej historii ośrodkiem katolicyzmu była właśnie ta bazylika, przekazana papieżowi w 313 przez cesarza Konstantyna. Do dziś papież po wyborze na głowę Kościoła tu składa pierwszą wizytą, bo to ten kościół jest katedrą papieża.

P jak przesada

"Z takim pewnym" niepokojem przyglądam się wrzawie, która się rozpętała wokół osoby ks. Bonieckiego. I zaczyna mi być żal tego księdza.
Chyba cała ta wrzawa, liczba akcji, protestów i... komentarzy jest według mnie mimo wszystko niewspółmierna do decyzji władz zakonu. Chodzi mi wyłącznie o skalę, a nie o zasadność.

A dlaczego żal mi księdza? Bo jego wizerunku - po zakazie występowania w mediach - w tychże mediach jest tak wiele, tak często (oczywiście, niekoniecznie musi to byś po myśli zainteresowanego), że to nawet u największych sympatyków spowoduje przesyt. Stąd już niedaleko do stwierdzenia, że są ważniejsze sprawy w społeczeństwie i Kościele niż jakiś zakaz dla było-nie było zakonnika.

Czy naprawdę trzeba prowadzić niemal w każdym medium czy mieście debaty o tym, czy zakaz wobec ks. Bonieckiego był decyzją słuszną? Czy jest w ogóle szansa, by coś z nich wynikło?

wtorek, 8 listopada 2011

Tak sobie czytamy

"Laboratorium wiary" to nowa inicjatywa naszego księdza proboszcza w parafii, której celem jest pochylenie się nad nauczaniem Jana Pawła II, a zwłaszcza nauczaniem nt. Kościoła. Cykliczne spotkania w gronie chętnych koncentrują się na rozmowie wokół jednego z papieskich dokumentów - zaczęliśmy od adhortacji Ecclesia in Europa z 2003 r. Zainteresowani otrzymali tekst do przeczytania, a podczas wczorajszego, ponadgodzinnego spotkania, zatrzymywaliśmy się nad wybranymi fragmentami i staraliśmy się je odnieść do naszej wildeckiej rzeczywistości i teraźniejszości.

Co ciekawe, zebrało się nas dobrze ponad 20 osób, wszyscy z uwagą wsłuchani we wprowadzenie przygotowane przez księdza, a potem chętni do udziału w tym jakby klubie dyskusyjnym.
Mamy zamiar pogłębiać wiedzę o wierze i Kościele i umacniać się w rzeczowej argumentacji oraz szukać drogi nowej ewangelizacji. Niewykluczone, że pomogą nam w tym spotkania z zaproszonymi gośćmi - osobami publicznymi, które otwarcie przyznają się do katolicyzmu.

czwartek, 3 listopada 2011

Zakonna (nie)równość

Jeden ma wizerunek koncyliacyjnego i bardzo skromnego człowieka, drugi od lat wprowadza w zakłopotanie (by nie powiedzieć - stan wściekłości) co wrażliwszych swoją butą czy manipulacją.
Jeden ma odwagę głosić niewygodne (głównie dla części kościelnych hierarchów) opinie, ale tych opinii nie wmontowuje w nauczanie Kościoła i nie manipuluje opinią, drugi ma własną, jedyną słuszną, wizję świata, którą od lat głosi na antenie swojego radia. I z jednym, i drugim nie trzeba się zgadzać, wszak nie o papieżu tu mowa (a przecież i opinii papieża, jeśli nie korzysta z dogmatu o nieomylności, nie trzeba podzielać).
Obaj są - powiedzmy - publicystami (wobec jednego to określenie na wyrost), więc przez swoją pracę w mediach i obecność na antenie stali się również osobami publicznymi.
Obaj są księżmi i zakonnikami, ale tylko wobec jednego hierarchia "musiała" sięgnąć po narzędzia dyscyplinujące i zakazała mu publicznych wypowiedzi do czasu wyjaśnienia (czego? I czy tego nie można było wyjaśnić przez ostatnie 1,5 miesiąca?).

Ciekawe, że tego samego narzędzia żaden przełożony redemptorystów, żaden biskup, cały episkopat nie mógł użyć wobec tak haniebnych wypowiedzi, od których huczy antena Radia Maryja, najbardziej politycznego i dzielącego Polaków radia religijnego w Polsce, a zastosowała je w stosunku do kogoś, kogo trudno oskarżyć o prowokowanie czy podżeganie do nienawiści.

Mierzi mnie taktyka podwójna standardów. Bez względu na to, czy dotyczy polityki, miejsca pracy czy Kościoła. W tym ostatnim przypadku jednak najbardziej kłuje w oczy.

środa, 2 listopada 2011

Językowe ze śmiercią trudności

O tym, że umieranie nie jest łatwe, zwłaszcza dla jego świadków, przekonuję się, ilekroć słyszę o osobach, które „odeszły”. Poetycki i modlitewny zwrot o odejściu (do Pana, na tamtą stronę, z tego świata) na dobre zadomowił się w mowie potocznej Polaków. Oczywiście dobrze, że to ten z wielu synonimów umierania się rozpowszechnił, a nie żartobliwe czy wręcz wulgarne stwierdzenia o przekręceniu się, kopnięciu w kalendarz i wykorkowaniu.
O ile jednak rozumiem zastosowanie takich słów w fabularnych dialogach, o tyle drażni unikanie najnormalniejszego i najpoprawniejszego stwierdzenia faktu, że ktoś umarł. Dlaczego „umieranie” umiera (odchodzi w zapomnienie), zastanawiam się, ile razy usłyszę obwieszczane zazwyczaj w telewizji grobowym głosem „XY odszedł nad ranem w szpitalu...”. Tak lepiej, ładniej, wznioślej? Czy to doda czegoś (?) tej śmierci lub temu zmarłemu?
Mogłabym stwierdzić dosadnie: jaka jest śmierć – każdy widzi, dlaczego więc stroić ją w piórka sformułowań oddalających nas od meritum – od umierania, czyli zakończenia życia, oczywiście – w naszej wierze tu, na ziemi, a nie na wieki. Ważne, by odnotować doczesność tego faktu i sformułowania, ale czy to powód, by nadużywać patetycznych sformułowań?

niedziela, 30 października 2011

Marzę o Kościele...

Z okazji dzisiejszej uroczystości (liturgicznych obchodów konsekracji kościoła) nasz duszpasterz w kazaniu na Mszy św. o godz. 19. nawiązał do tekstu s. Barbary Chyrowicz w ostatnim wydaniu "Więzi" pt. "Marzenia o Kościele, marzenia o nas". Zaproponował też "zadanie domowe" - zastanowienie się nad tym, jaki Kościół marzy się każdemu z nas.

Zachęcając do lektury tegoż tekstu, dodam tylko, że mnie marzy się Kościół rozumiany i zawsze traktowany jako wspólnota żywych ludzi - równych wobec Boga i o tym niezapominających.

Link do artykułu

piątek, 28 października 2011

Jedzenie na śmietniku

W Tygodniu Misji nie można przemilczeć tego tematu: marnotrawienia żywności na całym świecie.

Niemiecki tygodni "Zeit" w jednym z wrześniowym numerów przygotował dającą do myślenia i rzucającą się w oczy oraz bardzo plastyczną infografikę na całą wielką stronę (pismo to ukazuje się w tak zwanym dużym formacie, czyli jak niegdyś wiele gazet).
I tak redakcja wyliczyła, ile kilogramów żywności na osobę marnuje się na różnych kontynentach:
- prym wiedzie Ameryka Północna (tylko USA) - 115 kg/os. rocznie (!)
- Europa niewiele dalej - 95 kg/os. rocznie
- południowa i wschodnia Azja - 11 kg/ os/ rocznie
- południe Afryki - 6 kg/os. rocznie.

Jakich produktów marnuje się najwięcej?
Owoce i warzywa - aż 56 proc., przy czym 20 proc. już na etapie produkcji. Drugie tyle u konsumentów w domu. Produkty zbożowe - 43,5 proc. z nich trafia do kubła na śmieci, z tego 25 proc. w domach konsumentów (!). 23,8 proc. mięsa marnuje się z całej produkcji na świecie i znów najwięcej, bo 11 proc. w naszych domach. Produkty mleczne - 12,7 proc. z nich wyrzuca się - tu również najwięcej w domu.
Autorzy materiału zwrócili uwagę, że winni są konsumenci, którzy już dzień po dacie przydatności, bez sprawdzenia stanu produktu, usuwają go z półek i lodówek - często niesłusznie. Daty te bowiem są bardzo restrykcyjnie ustawione z myślą o producentach, końcowy odbiorca może, odpowiednio przechowując produkty, zjeść je bez uszczerbku dla zdrowia jeszcze kilka lub więcej dni po tym terminie.

Nie bez znaczenia jest tez fakt, że kupujemy za dużo i robimy zbyt wielkie zapasy. Szkoda, że dożyliśmy czasów, gdy to kampanie społeczne (niedawno taka miałą miejsce w Polsce) muszą nam przypominać o umiarze w zachowaniach konsumenckich.

niedziela, 23 października 2011

Misje tu i teraz

Ilekroć mówimy misje, myślimy „Afryka” i „głód”, no może Południowa Ameryka i Indie. Rzadziej pomyślimy o księżach, zakonnikach, wolontariuszach posługujących na misjach w Austrii, Danii czy Francji. A przecież tam pracują liczni polscy księża, żeby wspomnieć tylko Polską Prowincję Zmartwychwstańców prowadzącą liczne niemieckie, austriackie czy włoskie parafie.
Tym bardziej nie przychodzi nam do głowy, że krajem misyjnym staje się na naszych oczach… Polska. Nie przychodzi nam to do głowy, gdy poruszamy się utartymi ścieżkami parafii. Musi się jednak rzucić w oczy, gdy zjawimy się w nowym dla nas środowisku, wśród obcych nam ludzi, dla których sprawy wiary i religijności nie tylko nie będą tak oczywiste, jak nam się przez lata wydawało, ale że wręcz trzeba będzie wyjaśniać elementarne zasady chrześcijańskiego życia czy ich bronić. Pytanie, kto tu będzie misjonarzem? Nowe powołania, coraz liczniejsze, z Indii czy może Afryki?
Wizja przyszłości? Nie, chłodne spojrzenie na polskie społeczeństwo. Nie bez powodu tyle mówi się o nowej ewangelizacji. Na razie mówi. Czas jednak zacząć ją wdrażać, tu, na własnym – nasyconym i niewypalonym słońcem jak afrykańska ziemia – podwórku.

wtorek, 18 października 2011

Pokolenie Palikota?

Przez kilka tygodni po śmierci papieża Jana Pawła II media piały w zachwycie nad rzekomym pokoleniem JPII. Nigdy się nie przychylałam do opinii o czymś, co miało chwilowy wydźwięk i bynajmniej nie obejmowało, a na pewno nie dogłębnie, całego pokolenia.
Minęło pięć długich, obfitujących w wydarzenia lat. Przedstawiciele tego właśnie pokolenia wybrali w demokratycznych wyborach najbardziej populistycznego w tym sezonie polityka, który mimo dawniejszych więzów z Kościołem (przy założeniu tygodnika "Ozon" współpracował z ojcem Maciejem Ziębą), wsiadł na najskuteczniejszego w kampanii konia: antyklerykalizm, wręcz wrogość do jakichkolwiek przejawów religii.
No i się zaczęło.
Czy usłyszymy jeszcze o pokoleniu JPII, które stawi czoła atakom populistów i będzie miało odwagę być katolikami w naszym społeczeństwie?

PS Termin "pokolenie Palikota" usłyszałam w jednej z rozmów z ust ks. Kazimierza Sowy.

wtorek, 4 października 2011

Wszystkiemu winny Wszechświat

No i oto mamy odpowiedź na pęd świata, w jakim przyszło nam żyć - wszak wszyscy w kółko uskarżają się, "jak ten czas szybko leci". Nagrodzeni dziś Noblem naukowcy odkryli, że cały Wszechświat się rozszerza szybciej. Jednym słowem znaleźli przyczynę naszego pośpiechu, no bo skoro Wszechświat przyspieszył, to co my możemy - małe żuczki z tym zrobić? Nic, tylko szybciej przebierać nogami!
:)

poniedziałek, 3 października 2011

Warsztaty internetowe i telewizyjne dla (współ)pracowników instytucji kościelnych

W imieniu organizatorów warsztatów dla rzeczników prasowych instytucji kościelnych informuję, że planowana jest kolejna edycja: „Web 2.0 dla Kościoła” – warsztaty internetowe i telewizyjne dla rzeczników instytucji kościelnych". Zaproszenie dotyczy wszystkich pracowników instytucji kościelnych zajmujących się kontaktami z mediami oraz PR-em. Termin – od 21 do 23 listopada (pn-śr). Koszt udziału (nocleg, wyżywienie, udział w zajęciach) - 400 zł.
Wszystkim niewtajemniczonym wyjaśniam, że to bardzo praktyczne warsztaty (można poćwiczyć swoje wystąpienia przed profesjonalną kamerą telewizyjną!), okazja do spotkania z mądrymi i ciekawymi ludźmi, do wymiany doświadczeń z parafiami, zgromadzeniami i innymi instytucjami kościelnymi oraz wspólnej modlitwy w jakże ciekawych okolicznościach przyrody. Polecam szczerze - naprawdę warto.;)

Wlepiam informację organizatorów:


„Web 2.0 dla Kościoła” Warsztaty internetowe i telewizyjne dla rzeczników instytucji kościelnych

Turno k. Radomia, 21-23 listopada 2011 r.



21 XI, poniedziałek, dzień 1

przewodniczenie: Jan Maria Szewek OFMConv

Recepcja

14.00 Obiad

15.00 Msza święta z modlitwą w ciągu dnia

16.00 Kawa integracyjna

16.30-17.30 Wykład 1 – ks. Józef Kloch

17.30 i nn – nagrania indywidualne (relacja do jednej minuty dotycząca dzieł prowadzonych przez reprezentowaną instytucję)

17.30-18.30 Wykład 2 – ks. Artur Stopka

18.30 Kolacja

19.00-20.30 Wykład 3 – o. Leonard Bielecki OFM i o. Jakub Czajka OFMConv

20.30 Nieszpory i Apel jasnogórski

po: spotkanie integracyjne (barek na poziomie -1)



22 XI, wtorek, dzień 2

przewodniczenie: ks. dr Józef Kloch

7.30 Jutrznia z Godziną czytań

8.00 Śniadanie

9.00-10.30 Wykład 4 – Joanna Chwastowska (Google Polska)

10.30 Kawa

11.00-13.00 Wykład 5 – Sebastian Skolik (Wikimedia Polska)

13.00-15.00 Obiad i czas wolny

15.00 Koronka do Bożego Miłosierdzia i Msza św.

16.00 Kawa

16.30-17.00 Wykład 6 – o. Jan Maria Szewek OFMConv

17.00-18.00 Wykład 7 – analiza indywidualnych nagrań telewizyjnych – cz. 1 (red. Olimpia Górska TVP Info, red. Brygida Grysiak TVN24, red. Piotr Czyszkowski TVP1)

18.00-18.30 Kolacja

18.30-20.00 Wykład – 8 analiza indywidualnych nagrań telewizyjnych – cz. 2 (red. Olimpia Górska TVP Info, red. Brygida Grysiak TVN24, red. Piotr Czyszkowski TVP1)

20.00 Film – niespodzianka; wstęp: Monika M. Przybysz (UKSW)

21.00 Apel Jasnogórski i nieszpory,

po: spotkanie integracyjne (barek na poziomie -1)


23 XI, środa, dzień 3

przewodniczenie: dr Monika Marta Przybysz (UKSW)


7.00 Msza święta z jutrznią

8.00 Śniadanie

9.00-11.00 Wykład 9 – prof. Andrzej Jurga i dr Monika Marta Przybysz

11.00 kawa

11.30-13.00 Wykład 10 – Nowak – Media społecznościowe (+ ankiety ewaluacyjne)

13.00 Obiad


Zgłoszenia prosimy przesyłać do 21 X br. na adres info@episkopat.pl

Serdecznie z@pr@sz@my!
ks. dr Józef Kloch
dr Monika Przybysz
o. dyr. Jan Szewek

------------------------------

* nagrania – red. Jerzy Giec, współpracownik TVP i TVN

niedziela, 2 października 2011

Anielscy stróże


Ma Go każdy, czy tego chce czy nie, to towarzyszy nam przez całe życie. O tym, jak wiele Mu zawdzięczamy, przekonujemy się zazwyczaj dopiero w obliczu trudnej lub niebezpiecznej sytuacji, choć fakt, że nam towarzyszą nie oznacza, że jesteśmy ubezpieczeni i mamy prawo do brawury, głupoty i nieostrożności.

Może się wydawać się, że nie wszyscy Aniołowie są jednakowo uzdolnieni. Jak to powiedział kiedyś ks. Wójtowicz, niektórzy mają aniołów niezdary, bo ciągle nogi lub ręce łamią. A ja sobie myślę, że albo obrali inną specjalizację, albo ochronili w tym samym czasie swoich podopiecznych przed złamaniem karku.

czwartek, 29 września 2011

Chrześcijanie i koty

Rzymskie Koloseum. Dla nas, chrześcijan, to symbol prześladowań pierwszych wyznawców Chrystusa, ale z historii wynika, że dokładnie w tym miejscu raczej rzadko odbywały się osławione walki chrześcijan z lwami. Miały one miejsce raczej w innych tego typu obiektach.

Dziś na korytarzach Koloseum wałęsają się koty. Złośliwcy mówią, że jacy chrześcijanie, takie lwy. :)


Sanktuarium na skale

Mentorella i ulokowane na niej Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Mentorelli to niesamowite miejsce. Aż dziw bierze, że (na szczęście) nie zyskało sławy porównywalnej z jasnogórskim sanktuarium. Ulokowane na skale, choć nie na najwyższym z okolicznych szczytów. Dalekie od tempa dużych miast, ulicznego zgiełku i wyciszone. Ciszę przerywają jedynie na zmianę (lub równocześnie) dzwony, na których wolno zagrać pielgrzymom, lub dzwonków pasących się nieopodal, a często tuż za płotem, krów, kóz czy koni z ciekawością nieraz zaglądających przez płot na dziedziniec.
W ciągu dnia nie brakuje pielgrzymów, ale przy odrobinie woli każdy znajdzie dla siebie ciche miejsce na uboczu. Wieczorami tym bardziej.

W takim miejscu naprawdę łatwiej uwierzyć, że Bóg jest tu, na ziemi, obok nas.

wtorek, 27 września 2011

Wystrój kościołów

Ilekroć widzę taki jak poniżej przedstawiony kościół (romańska katedra z XII/XIII w. w Anagni we Włoszech), zastanawiam się, czy polskie kościoły muszą być tak szpecone jak to często bywa.


Co mam na myśli? Ano zawieszanie każdego wolnego centymetra kwadratowego obrazami, zastawianie każdego bocznego ołtarza - pół biedy jak rzeźbami, ale częsciej - świecznikami, świeczuszkami, ogarkami i wazonami - każdy z innej "parafii", czy - o zgrozo - sztucznymi kwiatami.

Ta romańska świątynia zachwyca harmonią, której - o dziwo - nie zakłócają nawet tak modernistyczne (notabene wygodne) krzesła! Daleko jej do chłodnej surowości kościół protestanckich, a jednak zaprasza - do tego, by pobyć i w ciszy, bez natłoku arcydzieł, fresków i marmurów, pokontemplować.

Urlopowo

Urlop o tej porze roku (w tym roku) ma dwie podstawowe zalety.
Po pierwsze, jeśli człowiek udaje się na południe, to przedłuża sobie mocno lato i jeszcze jesienią może się cieszyć aurą rodem z lipca czy sierpnia.
Po drugie, oszczędza sobie... kampanii wyborczej. Jakież to szczęście nie przysłuchiwać się stekom kłamstw, obietnic bez pokrycia, przyglądać się mizdrzeniu polityków i lizusostwu mediów.
Żyć, nie umierać, tj. nie wracać za wcześnie do polskiej codzienności :)

piątek, 9 września 2011

Ekologiczny pogrzeb

Ciarki mnie przeszły, gdy przeczytałam w portalu Gazeta.pl "Jak ekologicznie upłynnić ciało". I wcale nie uznałam, że to zabawna gra słów. Zabrzmiało jak poradnik kryminalisty. Niestety cały tekst nie znosi tego odium.

Otóż, autor donosi o dokonaniu amerykańskich naukowców (bo jakżeby innych), którzy wymyślili i już postawili spalarnię ludzkich zwłok pozwalającą na "alkaliczną hydrolizę" ciała po śmierci człowieka. To - w przeciwieństwie do tradycyjnych spalarni - ekologiczna metoda likwidacji ciała, ponieważ nie emituje np. rtęci do atmosfery. I jak zwykle absurd - w kraju, który nie przejmuje się żadną konwencją dotyczącą emisji dwutlenku węgla, który do spółki z Chinami najbardziej zanieczyszcza nasze ziemskie środowisko, rodzą się takie odkrywcze idee. Kpina.

Zawsze byłam zwolenniczką kremacji zwłok (w kontekście moich, po śmierci), a jeszcze lepiej w miarę możliwości oddaniu organów do transplantacji. Dziś w obliczu coraz większych o tym dyskusji wcale nie bronię swojego stanowiska. (A może to kwestia wieku i wprost proporcjonalnego przywiązania do ciała?;) ). Ale "ekologiczne upłynnianie" to jednak różnica. Niby efekt końcowy ten sam, ale nie taki sam.

Czy tradycyjne pogrzebanie zwłok zgodnie z najstarszą tradycją ludzkości jest już luksusem, na który chrześcijanie nie mogą (nie chcą) sobie pozwolić? Czy cmentarze są naprawdę takim obciążeniem ekologicznym i komunalnym, że ludzkość nie może go udźwignąć?

czwartek, 8 września 2011

Bezsensowny zamęt

Czytam najnowszy numer "W Drodze". Cytuję:

Prawdą jest, że moje przyjście do tego klasztoru, to akt buntu przeciwko bezsensownemu zamętowi życia, w którym było tyle działania, tyle ruchu, tyle bezużytecznego mówienia, tyle powierzchownej i niepotrzebnej stymulacji, że nie wiedziałem, kim byłem.

Pomyślałam, że to muszą być zdania jakiegoś mojego rówieśnika, z tu i teraz. I bardzo mnie poruszyły.

A to Thomas Merton (1915-1968), którego listy ukażą się w najnowszej książce "Życie w listach" nakładem wydawnictwa W Drodze. Te słowa zaś, jak mniemam, muszą pochodzić z lat 40.

poniedziałek, 5 września 2011

Przegląd prasy

Wrześniowy numer miesięcznika "Press" publikuje sylwetkę Szymona Hołowni - dziennikarza, autora religijnych (popularno-religijnych) książek.
"W działalności Szymona Hołowni sacrum wciąż walczy z profanum. Na tym zbudował siebie – popmarkę katolicką" - brzmi lead tekstu. Pogratulować odkrywczości pierwszego zdania - w którym człowieku nie odbywa się walka sacrum z profanum?

Ale nie chodzi o łapanie za słówka autorki (Renata Gluza). Ta bowiem stworzyła ciekawy tekst, zestawiający z jednej strony kogoś poszukującego, pytającego (dwa podejścia Hołowni do zakonu dominikanów), a z drugiej wielkiego fana popkultury (niekryjącego swojego zafascynowania popkulturą). Czytelnik może sam ocenić, czy woli Hołownię prezentera telewizyjnego wygłupiającego się na wizji z Marcinem Prokopem, czy Hołownię publicystę i religijnego autora, coraz częściej zapraszanego na rekolekcje i ludzko mówiący o Bogu (dla niektórych może i trywialnie, nie można mu jednak odebrać sukcesu w dotarciu z trudnym przekazem do przeciętnego oraz młodego katolika). Ale tylko pod warunkiem, że mimo oczu puści teksty o tym, jakim jeździ samochodem (tak jakby to wpływało na świętość człowieka, skoro już trzymamy się zapowiedzianej walki sacrum i profanum), a przede wszystkim - nie doczyta tekstu do końca. W ostatnim akapicie niestety (dla tego tekstu) redakcja mówi nam wprost, co mamy myśleć o bohaterze tekstu - mówiąc krótko, że jest świnią. Pomijam fakt, że o. Maciej Zięba użyczył swoich ust i nazwiska, by legitymować to sformułowanie. Bo to równie żenujące (przy czym, znając mechanizmy powstawania tekstu, zostawiam margines łagodności wobec dominikanina na ewentualne ingerencje bez zgody autora słów).

Ilekroć czytam takie teksty, nie tylko w "Pressie", zastanawiam się nad ich celem. Chęć poprawy ludzkości, czy dokopanie konkretnemu człowiekowi, zwłaszcza takiemu, któremu coś się udało wbrew panującym trendom? I nie mogę uwierzyć, by chodziło o to pierwsze. Tak jak z trudem przychodzi mi doszukanie się obiektywizmu w takim artykule.

PS Ten numer "Press" obiektywnie polecam. Warto zajrzeć do "Jak na spowiedzi" - rozmowy z ks. Gancarczykiem, naczelnym "Gościa Niedzielnego". I paru innych tekstów, przy których pewnie wielu sobie zada wyżej postawione pytanie o cel.

Paryż Allena

Największą krzywdę, jaką najnowszemu filmowi Woodyego Allena można było wyrządzić, było reklamowanie go jako "najbardziej kasowego". Dla mnie pierwszy powód, by na ten film nie pójść do kina.
Dystrybutor lub producent (nie wiem, kto za to odpowiada) najwyraźniej świetnie zna się na rzeczy, ponieważ na "O północy w Paryżu" polscy widzowie chodzą tłumnie do kina. Chociaż można się pocieszać, że to magia Paryża lub magnetyzm Carli Bruni zadziałały do spółki z nazwiskiem autora.
Dla mnie to nieprzerwanie czar mistrza niepowtarzalnych klimatów, spostrzeżeń i dialogów.

czwartek, 1 września 2011

Z perspektywy 23 lat

Była końcówka sierpnia 1988 roku, gdy niemieccy przyjaciele, którzy gościli całą naszą rodzinę (pierwszy raz za granicą!), zapytali, czy nie chcielibyśmy zostać - na stałe, bo mogli nam stworzyć ku temu warunki. W Polsce było wtedy już bardzo źle - wszystko się sypało, ale też nie było pewności, co z tego wyjdzie. Nie pamiętam tej sytuacji, znam ją bardziej z relacji. Za to utkwił mi w pamięci ogromny kontrast między szarością Polski, a otoczeniem w Niemczech - tam cieszyło wszystko: od kolorowych reklam masowo rozdawanych w marketach, po porządek na ulicach i piękne place zabaw, o bogactwie towarów (w tym jedzenia) nie wspominając.

Jeśli dziś w Polsce jest jakaś rodzina z Białorusi, to w obliczu doniesień o katastrofalnej sytuacji gospodarczej w tym kraju, może też dostała propozycję rozpoczęcia życia za lepszą granicą? Pytanie, czy w kolejnych miesiącach wszyscy doczekamy się czegoś na kształt okrągłego stołu i upadku reżimu Łukaszenki. Oby.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Problem nie tylko austriacki

W czerwcu br. austriacki ks. Helmut Schüller wraz z grupą, liczącą dziś ok. 300 austriackich proboszczów, opublikował odezwę do władz Kościoła. Księża domagają się w niej zniesienia celibatu, dopuszczenia do komunii św. rozwodników oraz większej roli świeckich w kościele przejawiającej się m.in. w możliwości głoszenia kazań przez osoby spoza stanu duchowieństwa. Konflikt narasta.
Austriacka inicjatywa pojawiła się niespełna pół roku po apelu niemieckich katolickich intelektualistów o zbliżonej zawartości i wymowie. Różnica polega jedynie na tym, że w Austrii mowa jest już o 300 księżach, którzy szacują, że ok. 2/3 wiernych stoi za nimi, podczas gdy w Niemczech zebrano podobną liczbę popleczników głównie wśród świeckich.
Zdumiewa pewność inicjatorów "buntu" co do przekonań pozostałych wiernych. Czy tak s pewni owoców swojego duszpasterstwa? Czy przez lata posługi w austriackich parafiach pielęgnowali brak zgody z jednymi z podstawowych zasad kościelnych? Czy nie obnaża to stanu duchowieństwa w tym Kościele?

Kardynał Schönborn z Wiednia ma nie lada orzech do zgryzienia. Mówi się o poważnym podziale w austriackim Kościele i konsekwencjach w postaci ekskomuniki. Kardynał dąży jednak do złagodzenia tonu dyskusji, prosił buntowników o poważne zastanowienie się nad sobą i tą kwestią i liczy, że uda się pozyskać buntowników do planowanej reformy w austriackim Kościele. Niemniej zapytał publicznie ks. Helmuta Schüllera, czy uważa, że nadal jest członkiem Kościoła. Zapytany twierdzi zaś, że nigdy "nie zostawi swojego Kościoła na lodzie".

Ani katolików niemieckich, ani austriackich nie można uważać za pępek katolickiego świata, to przecież ułamek ponadmiliardowej społeczności na świecie, nawet jeśli ten narody wydały kard. Ratzingera, obecnego papieża, i wybitnego teologa Karla Rahnera. Nie można jednak bagatelizować pojawiającego się coraz wyraźniej problemu - że wierni Kościoła czują się instrumentalnie traktowani przez hierarchów (biskupów, Watykan), że chcą mieć więcej do powiedzenia, nie chcą być ciemnym tłumem, którym można bezrefleksyjnie kierować. Bo niewątpliwie to leży u podstaw inicjatyw niemieckiej i austriackiej. Problem w tym, że przy okazji wytacza się niewspółmiernie ciężką, ale i nieco zużytą artylerię, której zastosowanie może nie przynieść zamierzonych, a potrzebnych rezultatów (reform dotyczących roli świeckich w kościele), a wyrządzić wiele krzywd (doprowadzić do rozłamu).

sobota, 27 sierpnia 2011

Miasto nad rzeką

Mamy Wartę za rogiem. Nad Wartą mają swoją siedzibę kluby kajakarskie i wioślarskie. Ale spróbujcie wypożyczyć kajak i na 2-3 godzinki wypuścić się Wartą w okolice Poznania. Powodzenia! Lato mija, a żeby skorzystać z takiej możliwości, musieliśmy pojechać kilkadziesiąt kilometrów od Poznania.

Lato w mieście, rzeka w centrum miasta, a tu nic: ani stateczku (świętej pamięci, zaoranego), ani innego transportu wodnego, o możliwości prywatnego, niepowiązanego ze spływem "kajakowania" nie mówiąc. Dziwi mnie, że przy żadnym z klubów nie wywiązała się inicjatywa wypożyczania sprzętu wodnego - pół Rataj i Wildy mogłoby w ten sposób spędzać choćby tylko weekendy przez 3-4 miesiące w roku. A jakiś stateczek, który woziłby mieszkańców regularnie do Puszczykowa? Nie wierzę, że ci, którzy przemierzają w weekendy te 20 km samochodami, nie skusiłoby się na wodny transport.

Czy doczekamy czasów, gdy nad Wartą nie będzie się siedziało jedynie na dziko, ale znajdą się choćby jeden-dwa punkty z przybrzeżnym tarasem albo ławkami? Gdzie nie będzie wysypiska śmieci (w centrum miasta, między mostami Królowej Jadwigi a Św. Rocha jest mnóstwo pełnych worków śmieci, nie w krzakach - tak po prostu - poznaniacy, przecież to Wasza sprawka!), ale uczęszczany, jak dziś, tyle że z większą sympatią, szlak rowerzystów, pieszych czy biegaczy? Jestem zawodową optymistką, ale brak inicjatywy wokół rzeki, zachowanie miasta względem tych terenów nie napawają zbyt optymistycznie. Może akcja "Gazety" oraz projekty Politechniki coś ruszą...

piątek, 26 sierpnia 2011

Lato w mieście - edycja 2011

Ukrop i klimaty jak w Afryce - podobno, bo nie byłam i wcale obecna aura mnie do tego nie zachęca. Z tych afrykańskich klimatów, to najbardziej cenię... żaluzje w południe i wentylator na parapecie :).
Za to jakie piękne wieczory tą już niemalże jesienną porą! I pomyśleć, że znakomita większość ludzkości, zwłaszcza jakkolwiek związanej z edukacją, już pakuje tornistry i wyprawki. A ja - jeszcze przed urlopem! Zatem mam podwójne wakacje - najpierw te z tytułu lata w mieście. No bo jak tu się nie oprzeć takiej aurze, jak choćby wczoraj: bezwietrznie i bezchmurnie i 25 st. C o godz. 21. A że nie jestem wyjątkiem i znakomita większość czynnych zawodowo osób preferuje wakacyjne, czyli zwolnione tempo, to trzeba brać pełnymi garściami - następne lato dopiero za rok.
No i jeszcze we wrześniu - jak się ma wakacje:)

Częstochowska uroczystość


W dzieciństwie zawsze mi się myliło, które maryjne święto kiedy obchodzimy w sierpniu. Jak to - rozumowałam - pielgrzymki kończą się w połowie sierpnia, więc wtedy jest święto Matki Bożej Częstochowskiej. Dodam, że jeszcze wtedy wydawało mi się, iż pielgrzymki chodzą zawsze (tylko) od 1 sierpnia do 15 sierpnia (dzieci to jednak mają poukładane w głowach:)).
I zastanawiałam się, jak już mnie wyprowadzano z błędu, że Wniebowzięcie jest ważniejszym świętem od uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej, dlaczego tę uroczystość świętujemy dopiero pod koniec sierpnia? Powinno być na odwrót, tak tematycznie - tak kombinowałam. Czyż nie ma w tym logiki?

Wniebowzięta, acz Częstochowska - ma nas równo w swojej opiece.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Na książkowym głodzie

Dostałam od koleżanki kilka tegorocznych numerów "W Drodze". No i jakby czas w tym ostatnio ciągłym pędzie się zatrzymał. Łakomie zapoznałam się ze spisem treści każdego numeru, a potem, zamiast oddać się uczcie intelektualnej rozpraw, wywiadów itp. poważnych tekstów, z jeszcze większym apetytem, rzuciłam się na... opowiadania i prozę Jana Grzegorczyka. Musze to wyznać: Jak ja lubię tego autora! Pochłonęłam już większość jego książek i w przeciwieństwie do większości autorów współczesnych powieści nie darzę go mało chwalebnym tytułem grafomana, którąż to opinią raczę większość pisarzy, którzy na koncie mają więcej niż 2-3 książki.
Dlaczego?
Za żywy język, zazwyczaj wartką (ale bez przesady) akcję, zazwyczaj też pełną ciekawych zwrotów. I za ludzkich bohaterów oraz za tematykę, w której wspólnota parafialna, Kościół odgrywają ważną rolę. Ja po prostu lubię bohaterów Grzegorczyka z ich zaletami, przywarami, ludzkimi głupotami i słabościami :).
A autora cenię jeszcze za dystans i puszczenie oka od czasu do czasu do czytelnika.
Pewnie, jak każdy pisarz, na dłużą metę popada w schematy w swoich powieściach, ale... gdy się jest tak wygłodniałym jak ja, gdy dni mijają na stukaniu mało beletrystycznych tekstów i odkodowywaniu internetowych głupot, to z jakimż upojeniem czyta się takie powieści, nawet jeśli tylko w odcinkach.
Ale co tam - już niedługo Znak zapowiada kolejną powieść, chyba kolejne "Chaszcze" Grzegorczyka. Tymczasem trzeba pomyśleć o czymś równie wciagającym na urlop.

środa, 17 sierpnia 2011

Spojrzenie na Afrykę

O poprzedniej klęsce suszy w Afryce, tej sprzed 30 lat, słyszałam dzięki licznym akcjom dobroczynnym organizowanym wtedy na całym świecie, nawet w komunistycznej Polsce. Zaczynałam wtedy katechizację w szkole, a moją, najlepszą, katechetką była siostra Achilla. Już Jej imię nadawało anielskości Jej osobie. A do tego niesamowita dobroduszność i wyrozumiałość dla dzieci. Siostra właśnie wróciła do Polski po kilku latach pallotyńskiej misji w Etiopii. Wiele katechez poświęciła więc, ku mojej radości, na opowieści o Afryce, o życiu ich mieszkańców, ilustrując je kolorowymi przeźroczami. Afryka fascynowała kolorami nas, żyjących w mało kolorowych realach PRL-u, ale i wzruszała - smutne spojrzenia wychudzonych etiopskich dzieci sprawiały, że żarliwie znosiliśmy swoje zabawki, przybory szkolne na organizowane zbiórki. I namawialiśmy rodziców na pomoc finansową.

Z tamtej, dziecięcej perspektywy, pomoc dotkniętej suszą Afryce dawała więcej satysfakcji. Dziś, po prawie 30 latach, choć nadal nie mam wątpliwości, że pomagać trzeba, gdy już zginęło 30 tys. dzieci, to pojawia się więcej znaków zapytania czy pretensji. Świadomość, że może nawet połowa ofiarowanych kwot nie dociera do potrzebujących, ale wspiera reżim, wille dyktatorów i wojny domowe, sprawia, że czuję się bezsilna wobec problemów Afryki, tak jak bezsilny wydaje się cały świat, który jednak - w przeciwieństwie do mnie - jednej osoby - ma wiele narzędzi, by pomóc w porządkowaniu Afryki. Ale to przecież nie jest prawie nikomu na rękę...

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Arcydzieło nie do zobaczenia


Każdy z nas zachwyca się ołtarzem Wita Stwosza w Mariackim, choć tak naprawdę z perspektywy udostępnionej turystom czy uczestnikom Mszy św. stosunkowo niewiele widzimy. Owszem, monumentalność, ogrom pracy, bogactwo postaci, scen... Nikomu z nas nie jest jednak dane podejść bliżej i odkryć... Odkryć geniusz rzeźbiarza na miarę Michała Anioła (sposób, w jaki rzeźbił kończymy z anatomiczną dokładnością), który stworzył postaci ponad 2 razy większe od rzeczywistych (wszak w przestronnym wnętrzu świątyni nie sprawiają tak wielkich, ale ponoć palec Matki Bożej ma długość przedramienia dorosłego człowieka!), ale i niedociągnięcia jak zez wielu z postaci przedstawionych na ołtarzu.

Najbardziej znanemu ołtarzowi Stwosza fotograf Andrzej Nowakowski poświęcił cały album. I tak do księgarń trafia "Blask. Ołtarz Mariacki Wita Stwosza", liczący 320 stron i niezliczone fotografie każdego elementu ołtarza album. Nim jednak wydam prawie 300 zł na tę cudowną publikację, delektuję się kilkoma fotografiami opublikowanymi w "Przekroju" (nr 32/2011), z którego wiedzę o tymże dziele zaczerpnęłam.

Moda na Natanka

Kilka pism w minionym tygodniu wzięło na warsztat "fenomen ks. Natanka". Nie bardzo wiem, czym to tłumaczyć, czy tym, że w najlepsze działa internetowy kanał tego suspendowanego księdza i rośnie jego popularność, czy może wakacyjną posuchą w mediach?

Mnie zjawisko nieposłusznego i najwyraźniej odznaczającego się nieprzeciętną charyzmą księdza skłania do dwóch refleksji.
Po pierwsze, co się dzieje ze wszystkimi "wyznawcami ks. Natanka", którzy uczestniczą w niegodziwych mszach św. (czyli sprawowanych przez zawieszonego księdza). Czy są świadomi swojego grzechu (a może obłąkania)? Czy za nic mają nauczanie Kościoła? Czy raczej go nie znają (zapewne)?
Po drugie, takie zjawiska, przez niektórych odczytywane za źródło podziału lub osłabienia i niebezpieczeństwa Kościoła, zmuszają nas, pozostałych członków Kościoła, do myślenia i działania. Gdyby nie tacy ludzie jak ks. Natanek, Kościół grzałby się w swoim bezpiecznym ciepełku i pewnie nie zauważyłby palących problemów we wspólnocie.
Pytanie tylko, jak długo Kościół w postaci władnych hierarchów będzie się przyglądał zjawisku, zamiast chronić przed jego zgubnym wpływem kolejne rzesze katolików.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Nie do wiary...

Opactwo podało się do dymisji, rozwiązało się, a mnisi opuścili słynny w całym regionie klasztor. Brzmi jak brzmi jak osnowa powieści?
Nie, to fakt, choć dla nas tu i teraz nie do wiary, to niezbyt geograficznie (a kto wie, czy i czasowo) odległy.
W zachodnich Niemczech, okolicy katolickiej, w czerwcu zostało rozwiązane opactwo benedyktynów z kilkusetletnią tradycją. Rzecz miała miejsce w Siegburgu, mieście, którego symbolem jest benedyktyński klasztor.

Gdy o tym usłyszałam z ust zatroskanych powstałą sytuacją Niemców, uznałam, że czegoś nie zrozumiałam. Jak to rozwiązali się? Jak tak mogli? A co biskup? Wyższe władze zakonu, Kościoła? Przecież to nie spółka z o.o., której zarząd mówi "bierzemy zabawki i idziemy każdy na swoje podwórko".
- Ze względów ekonomicznych oraz (między)ludzkich - uznali, że dłużej nie dadzą rady - krótko wyjaśnił znajomy. Czyli: brakuje nowych powołań, brakuje środków na utrzymanie ogromnego zabytkowego kompleksu, brakuje osób kompetentnych, które mogłyby pokierować zespołem i scalić podzielonych mnichów (jakieś napięcia i konflikty).
Przejęci losem opactwa długo czekali na informacje, co dalej. Okazało się, że opactwo przejmie zakon kamedułów z Indii.

A czemu o tym piszę? Bo mi się dopiero przypomniało przez to szalone i zagonione lato, rzecz natomiast wydała mi się tak zaskakująca, że nie mogę jej przemilczeć nawet półtora miesiąca po fakcie. :)

sobota, 6 sierpnia 2011

Takie sprytne media

Różne doniesienia o mądrości, bystrości ludzkości każą nam zachwycać się ludzkim rozumem i rozwojem. Taki choćby internet - że powstał, że ktoś wymyślił i że teraz wszyscy się przyczyniają, by się rozwijał, jest wszak podstawowym narzędziem pracy dla coraz szerszych mas.
Na przykład ilekroć siadam do jakiegoś większego tłumaczenia, to zastanawiam się, jak tłumacze radzili sobie w erze przedinternetowej?!;-)

A tu taki psikus. Media na całym świecie dały wiarę żartownisiowi, który stworzył stronę rzekomego instytutu badawczego, który rzekomo przeprowadził badania na 100 tys. osobach (!). Udowodnić miały one, iż użytkownicy przeglądarki Internet Explorer (dziecko Microsoftu) są głupsi od użytkowników konkurencyjnych tworów, jak Fire Fox, Opery czy Chrome'a. Media, które dysponują najtańszym i najprostszym narzędziem weryfikacji, jakim jest internet, po prostu to powieliły. Nikomu nie przyszło przez myśl wklepać w jakąkolwiek wyszukiwarkę nazwę instytutu, który w doniesieniach pojawił się pierwszy raz na świecie (dziennikarze codziennie dostają jakieś notki od instytutów badawczych - przez sen mogliby wymienić liczne, więc odrobina refleksji uratowałaby honor!), nikt nie sprawdził wieku witryny (banalne! a fakt, że założona została miesiąc temu o czymś świadczy...). Te dwie czynności zdyskredytowałyby rozesłaną, fałszywą informację. Zrobili to internauci, po raz kolejny obnażając indolencję i bezkrytycyzm dziennikarzy i redaktorów.

To nie użytkownicy IE są głupsi. To sam internet ogłupia, gdy głupio stosowany.

PS a o braku krytycyzmu dziennikarzy oraz ich jedzeniu z ręki pijarowcom po raz kolejny na łamach najnowszego "Pressa".

piątek, 5 sierpnia 2011

Ale o co chodzi?

Takie zdjęcie:


Kapliczka przy ul. Dolna Wilda. Jeszcze do lata sypała się i mało kto pewnie na nią zwracał uwagę, ale ja, często koło niej przechodząc, odnotowywałam, że ktoś o niej pamięta, kwiaty (sztuczne) i znicze stawia.
Latem Ktoś wziął się do pracy i skrupulatnie kapliczkę odnowił. Zajaśniała niebieskim blaskiem.
No i fajnie.
Ale...

Naprzeciwko leciwy budynek starej łaźni, dziś obiekt artystyczno-snobistycznych westchnień, miejsce spotkań biznesowych, pokazów mody i kulinarnych odkryć, czyli przyjemna, acz czasem w atmosferze zbyt pretensjonalna restauracja SPOT z wieloma inicjatywami kulturalnymi, modowymi, designerskimi i takimi różnymi z gatunku "na czasie". SPOT na swoim facebookowym profilu do galerii fotek różnych wrzucił fotkę owej kapliczki. Co by tu nie mówić - nie jest w ich stylistyce, choć walizeczki z logo Macintosha mogłyby z nią korespondować...
No i jak to na FB - zaczęło się, powiedzmy mało przychylnie.

A mnie się podoba, że ktoś się poświęcił i odnowił bezinteresownie miejsce kultu i pamięci (to miejsce związane z odprowadzaniem straceńców na pobliską niegdyś szubienicę, w jej miejscu stoi krzyż), że mamy wolność i możemy sobie wybierać stylistykę i jeszcze o niej mówić (byle umieć mówić, nie obrażając) i że to się dzieje w sąsiedztwie miejsca, w którym TAKĄ wagę przywiązuje się do wyglądu (tylko nie wyglądu i jakości ich parkingu).:) Mały pstryczek, że nie zawsze o to chodzi. Ci, co znają Spota, wiedzą, o czym mówię ;-)

Tylko nie rozumiemy, wszyscy, z którymi oglądam kapliczkę - o co z tymi walizkami Apple chodzi? Wszak koncernu pana Jobsa nie posądzałabym o sponsoring renowacji zabytkowej kapliczki na Wildzie.
Niemniej sądzę, że Matka Boża na (za) te walizeczki się nie obrazi.

Trzy plus...

... to nie ocena szkolna :). Takim mianem w skrócie określa się rodziny wielodzietne. W Polsce zewsząd słychać narzekania na niski przyrost naturalny, ale za to mało wciąż mówi się o rodzinach wielodzietnych, o tym, jak im się żyje, jak sobie radzą albo z czym sobie poradzić nie mogą. No i wsparcie społeczne wciąż nie jest wystarczające, by zachęcić rodziny do powiększania się.

"Pro Life" - ten ruch kojarzy się większości z nas, powiedzmy niewtajemniczonych, z odbywającymi się zawsze ze skandalami wystawami nt. aborcji. Tymczasem działalność federacji Pro Life wykracza daleko poza kreślony przez media wizerunek. Ruch ten jest za życiem w ogóle (tj. w każdym wieku i w każdej formie - zdrowiem, rodziną itd.). I tak w ramach Pro Life działa poznańska Fundacja Głos dla Życia, która właśnie zajmuje się wsparciem dla rodzin wielodzietnych - owych "trzy plus".
Fundacja, promując pozytywny wizerunek rodzin wielodzietnych, a jednocześnie otaczając je opieką, informuje:

  • Rodziny wychowujące czworo i więcej dzieci stanowią ok. 5% wszystkich rodzin wychowujących dzieci. Jednocześnie wychowują one 13% ogółu dzieci wychowywanych w polskich rodzinach.

  • 90% rodzin wielodzietnych żyje poniżej minimum socjalnego, a co trzecia poniżej minimum egzystencji.

  • Instytucjonalna pomoc rodzinom wielodzietnym jest dalece niewystarczająca, a ponad 50% tych rodzin nie jest w stanie egzystować bez wsparcia z zewnątrz. Dzieje się tak m. in. dlatego, że na zasiłki rodzinne Polska przeznacza jedynie 0,4% PKB (dla porównania: Dania 3,3%, Francja 2,6%, Niemcy 2,2%, UE ogółem 1,8%).

  • Prawie co piąta rodzina wielodzietna nie ma pralki automatycznej. Oznacza to, że np. przeszło 200 rodzin z Poznania musi obyć się bez tego podstawowego sprzętu. (sic!)

  • 20% rodziców rodzin wielodzietnych Poznania ma wyższe wykształcenie.

Tyle i więcej na stronie: patronatnadrodzina.pl. Może ktoś będzie chciał patronatem objąć którąś z rodzin?

środa, 3 sierpnia 2011

Pomoc Watykanu

Najpierw zdziwiłam się, gdy parę dni po tragedii w Japonii usłyszałam, że Watykan przekaże na pomoc ofiarom ...i tu padła kwota, o której pomyślałam, że to musi być pomyłka. Chodziło o 30 lub 50 tys. euro, czyli jakieś 120-200 tys. zł. Traktując Watykan jako niezależne i raczej bogate państwo, do tego kościelne, uznałam, że to dziennikarska pomyłka.
Ale nie minęło pół roku, gdy po raz kolejny państwo watykańskie sięgnęło do kieszeni, by pomóc ofiarom suszy w Afryce. Tym razem depesze poinformowały o 50 tys. euro pomocy ze strony Watykanu dla Afryki. I znów zgryz.
200 tys. zł (w przeliczeniu)na pomoc przy tak ogromnych potrzebach na odległym lądzie, gdzie wciąż kuleje cywilizacja, gdzie samo dostarczenie pomocy idzie w setki tysięcy euro, to śmieszne pieniądze. Za tę kwotę kupi się ledwo małe mieszkanie w dużym polskim mieście.
To śmieszna kwota względem budżetów i pomocy, o jakich mowa w kontekście innych państw, która idzie w setki tysięcy euro i miliony. No tak, ale... W Watykanie mieszka zaledwie tysiąc osób, Watykan nie pobiera podatków (można się kłócić o podatki kościelne spływające do Rzymu z całego świata, niemniej ponoć nie stanowią one przychodów państwa watykańskiego, państwo zarabia na muzeach, pamiątkach, wydawanych monetach, odsetkach bankowych, no i na nieruchomościach... wartych ok. 1,5 mld euro). Nie dotarłam do nowszych danych, ale w 2007 r. Watykan wygenerował ponad 6 mln euro zysku, rok później już 15 mln euro straty. To liczby na poziomie średniej wielkości raz lepiej, raz gorzej prosperującego przedsiębiorstwa.
Przy tych danych 50 tys. euro raz czy dwa razy w roku jako interwencja nieco zmieniają wydźwięk. Ale nadal uważam, że to mało jak na jednostkę kościelną, która przecież - w przeciwieństwie do firm - nie ma komercyjnego celu...

poniedziałek, 25 lipca 2011

Amy

Nie przepada(ła)m za nią jako osobą, ale przecież piosenkarkę ceni się za wokal i autorstwo wyśpiewywanych piosenek. A te akurat w wykonaniu Amy Winehouse bardzo lubiłam, choć prezentowana w mediach ekscentryczna postać nie zachwycała mnie swoją osobowością.
Niedawno kupiłam jedno z kobiecych pism, w której jest na okładce z okazji zapowiadanego w Polsce koncertu piosenkarki. Materiał poświęcony problemom osobowościowym oraz uzależnieniom artystki kończy się pytaniem, czy znana z nieterminowości gwiazda w ogóle dojedzie na koncert.
No i nie dojedzie.

Dopiero dziś, po całym weekendzie z dala od mediów, dowiedziałam się o śmierci piosenkarki, i choć jej styl życia nie rokował jej doczekania emerytury, to jednak jestem ogromnie zaskoczona.
W ostatnich latach wydawało się, że celebryci zmądrzeli - od czasów hippisowskich na scenie muzycznej uspokoiło się, nawet miłośnicy straceńczego stylu życia bardziej dbają o jakość i długość swego życia (ciągłe odwyki), niż w latach gdy pośrednio lub bezpośrednio z powodu przedawkowania zmarli m.in. Janis Joplin, Jim Morrison czy Jim Hendrix. Winehouse dołączyła do grona 27-letnich sław, które w życiu (z życiem) niestety sobie nie poradziły i nie skorzystały z pomocy z zewnątrz.
Smutne, jak zawsze, gdy umiera młody człowiek, który nie zdążył...

czwartek, 14 lipca 2011

Zielone pomarańcze...


czyli PRL dla dzieci.
Że niby z myślą o dzieciach kupiłyśmy z siostrą tę publikację autorstwa Anety Górnickiej-Boratyńskiej z jakże charakterystycznymi, pamiętanymi zwłaszcza z czasów PRL, rysunkami Bohdana Butenki (słynne wydanie wierszy Brzechwy z tymi ilustracjami pamiętam ze szczegółami do dziś, bardzo mnie bawiły swoją rubasznością).
Niby dla dzieci, ale tak naprawdę połknęłam tę książkę na poczekaniu (żadne to opasłe tomisko, to fakt) i łza zakręciła się w oku. Jakie to fajne dzieciństwo miałam w tych burych latach! Ileż to wspomnień, często groteskowych; ile absurdów, które stały się ulubionymi anegdotami wśród zagranicznych znajomych... Jaka to była szkoła życia! (ot, takie "dyndanie" na trzepaku, o jakim wspomina autorka - kto to dziś robi!)

Książka jest rzeczywiście napisana z myślą o urodzonych po 89 r., i chwała autorom za chęć przybliżenia tamtego życia, ale śmiem wątpić, czy w młodym wieku czytelnicy pojmą coś tak absurdalnego, jak szczęśliwie miniony system Polski Ludowej. Na pewno publikacja wzbudza uśmiech mojego pokolenia i rodziców (pewnie i gorycz). Przy okazji uzmysławia, że te dwa pokolenia mają ze sobą dużo więcej wspólnego niż jakiekolwiek inne w ostatnich czasach. Wszak oba pokolenia wyrastały w jednym, okrutnym systemie i mają wspólnie co wspominać, choć oczywiście z innych perspektyw (dzieci - obciachu noszenia znienawidzonych relaksów, rodzice - z perspektywy trudu zdobycia jakiegokolwiek obuwia dla dzieci). Pokolenie moich rodziców ze swoimi rodzicami nie mogło porozumieć się na temat wojny, bo nawet najlepsza wyobraźnia nie pomoże w zrozumieniu tych, których młodość przypadła na czas walki, okupacji, ogromnej biedy i uciemiężenia.
Mojemu pokoleniu raczej trudno zaś będzie podzielić entuzjazm dla komedii Barei ze swoimi dziećmi...
I dlatego mojego dzieciństwa z żadnym innym bym nie zamieniła, nawet mimo braku pomarańczy na co dzień. Dziś je mam - tak jak i alergię na nie - przez cały rok. :)

wtorek, 12 lipca 2011

Wakacyjne obserwacje

Lato sprzyja obserwacjom społecznym. Mam wrażenie, że jakbyśmy wprost proporcjonalnie do rozbierania naszych ciał, obnażali nasze zachowania. A ja patrzę i nadziwić się nie mogę:)

Mała miejscowość nad wielkim, pięknym jeziorem w Wielkopolsce. Pierwsza klasa czystości. Ładna natura. Względny spokój.
Siedzimy w barze, czekając na kolegę, gdy na zdezelowanych torach radośnie gwiżdże kolejka wąskotorowa i wjeżdża na "stację", czyli bar, w którym nieświadomi sytuacji siedzimy. Miło. Z trzech kolorowych wagonów wysypuje się wesoła ferajna o dosyć wysokiej średniej wieku - cała zorganizowana grupa seniorów, która ponoć przyjechała nad jezioro. Jeszcze kolejka nie opustoszała, gdy cała grupa bezceremonialnie pcha się do nielicznych barowych stołów. Prosiłoby się o "dzień dobry", "czy możemy się dosiąść", ale nic z tych rzeczy! Państwo pchają się i walczą o miejsca z urojonym przeciwnikiem, ładują się na ławy, jakby zmęczeni wracali z pieszej wędrówki (choć 2,5 godz. spędzili na kolejowych fotelikach) i od razu z tobołków wyciągają swój suchy prowiant. Ktoś z nich nieśmiało się zastanawia, czy to wypada tak nic nie zamawiać, bo to chyba bar, ale nikt nie podejmuje wątku.
Jesteśmy bez szans. Gdy dochodzi do nas kolega, a my straciliśmy (fakt, bez walki z naszej strony) miejsce dla niego, przesiadamy się. Co bystrzejsze seniorki reflektują się, że pozbawiły nas miejsca, ale nie wprowadza ich to w zakłopotanie, tak są zaangażowane w "ciafrotanie" z sąsiadkami.
Na szczęście zaraz odpływamy.

Wracamy po czterech godzinach, a sytuacja w barze identyczna do zastanej! Tyle że towarzystwo zyskało bardziej mętny wzrok i straciło nieco na koordynacji ruchów. Starsza pani polewa spod stołu własną, ciepłą wódkę towarzyszom, zapijają napojem z termosu i ciepłą oranżadą (własną) i niezbyt cicho dyskutują w rytmie wrzeszczącego disco polo (cytat ze słów jednego z przebojów - wykropkowanie moje, tekst szedł w całości: "łaj, bi, du, daj, ja tam w tańcu nie pierd..."). A między nogami pałęta się pies - bez obroży i kagańca, o którego zaraz wszczyna się awantura - że pogryzł czy przestraszył dziecko, że tak być nie powinno - dowodzi przechodzień. Odmiennego zdania jest senior, jak mniemamy właściciel psa, który wypuszcza wiązkę przekleństw w stronę adwersarza i unosi się oburzony, obnażając swoją garderobę, tj. jej brak. Z racji upału pan rozebrał się do bielizny (jesteśmy cały czas w tym samym barze, na świeżym powietrzu, ale jednak w centrum miejscowości wypoczynkowej).

W naszych oczach przerażenie miesza się z ubawem. Koloryt lokalny? Też. Ale chyba przede wszystkim ta grupa społeczna, którą kolokwialnie określa się mianem dresów 50 - tyle że lat później.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Wołanie o odpowiedzialność

Półgodzinny przegląd wydarzeń dnia nie napawa optymistycznie. Wypadek za wypadkiem, śmierć człowieka jedna za drugą, w tym tego najmniejszego, bezbronnego, zdanego na dorosłych. Można załamywać ręce, że wypadek, że katastrofa, że nieszczęście. Ale to zbyt proste.

Za każdym z nieszczęść, o którym donosiły dziś programy informacyjne, stoi nie tyle często wspominany w przyczynach wypadków błąd ludzki, ale czyjaś odpowiedzialność lub - co smutniejsze - raczej jej brak.
Ktoś przeszarżował, ktoś nie dopilnował, ktoś nie uważał za stosowane zgłosić, a ktoś inny liczył, że jakoś się uda. To nie są sytuacje wyjątkowe - to nasz chleb powszedni w Polsce, to ciągła sytuacja, która mnie męczy, czasem doprowadza do szału. Pół biedy jeśli chodzi o błędy w pracy, niedogodności związane z komunikacją czy relacjami międzyludzkimi. Ale nikt nie wie, kiedy lekceważące podejście do jakiejś sprawy będzie tak brzemienne w skutkach, że ktoś niewinny zginie.
Czy osoby, które migają się od odpowiedzialności, odbierają takie jak choćby dzisiejsze sygnały alarmowe?

niedziela, 26 czerwca 2011

Naj...

"Nasz jest metr mniejszy, ale podstawa jest wyższa", "nasz stoi na górce, więc jest większy"... Wyższy, dłuższy, szerszy, najwyższy, największy, najcięższy - kwintesencja jednego z materiałów wczorajszych "Faktów" w TVN. O czymże ten traktował?
O Chrystusie ze Świebodzina, tj. o pomniku Chrystusa. Na tle tego z Peru. Który lepszy, który gorszy, kto kogo naśladował i jaka to szkoda, że daliśmy się prześcignąć.

Mogę zrozumieć, że statua świebodzińskiego Chrystusa Króla prowokuje do tak spłaszczonych wypowiedzi. Jednak czy dziennikarze, nawet w sezonie ogórkowym, muszą być tak prostaccy? W imię lepszej sobotniej oglądalności?

Polska pobożność

Uczestnictwo w takiej jak krakowska procesja Bożego Ciała - od Wawelu po Kościół Mariacki - napawa optymizmem. A gdy człowiek jeszcze na nią patrzy z perspektywy niemieckich katolików, tym bardziej serce się raduje.

Po 1. ilość: pocztów sztandarowych, reprezentacji wszelkich stanów, profesji, grup wiekowych oraz najzwyklejszych wiernych. Po prostu tłum. Nie tłum ciekawskich, ale osób autentycznie się modlących, klękających na mokrym chodniku przed Najświętszym Sakramentem.

Po 2. jakość: rozmodlony tłum, pełną piersią śpiewający pieśni eucharystyczne z pamięci po kilka zwrotek i - co przyprawiało o gęsią skórkę moich niemieckich gości - z pełnym oddaniem śpiewający (na pamięć) przepięknie kilkanaście (!) zwrotek "Ciebie, Boga, wysławiamy". Nawet bez rozumienia słów Niemców poruszyła ta pieśń.

Po 3. żywa tradycja: w krakowskiej procesji nie brakowało oryginalnych, jakże pięknych strojów regionalnych, małych krakowianek i krakowiaków. Nie brakowało akcentów patriotycznych, czy wręcz politycznych (kazanie kard. Dziwisza nawiązujące do polskiej prezydencji, do projektu ustawy o związkach partnerskich). Wszystko to stanowi świadectwo tego, jak głęboko Kościół jest usadowiony w naszym codziennym życiu.

"Kiedy patrzę na to, jak Wy się modlicie, kiedy słucham tego, co przetłumaczyłaś z kazań podczas procesji, to jestem przekonana, że ten naród może rzeczywiście wiele dać Europie" - stwierdziła z optymizmem 80-letnia niemiecka katoliczka.

wtorek, 21 czerwca 2011

Polska oczami obcokrajowca

Przyglądanie się Polsce oczami obcokrajowca zawsze odświeża, zwłaszcza odkurza zachwyt wobec tego, czego na co dzień często nie zauważam, co na co dzień nie napawa dumą czy radością: kreatywność, spontaniczność, dar improwizacji i świetnych umiejętności dostosowania się (elastyczności).
Zachodni turyści cenią nas za otwartość (zwłaszcza młode pokolenia), za uprzejmość, a po bliższym poznaniu również za poczucie humoru (to trzeba odrobinę zrozumieć). No i niezmiernie za kuchnię i umiejętność świętowania.
Czasem też podziwiają, że mimo takiej historii, tego, przez co jako kraj i naród wiele razy przechodziliśmy, jesteśmy, jacy jesteśmy - pogodni, dowcipni i pełni nadziei. Takimi nas odbierają.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Jan Paweł II na szkle


Jeden z piękniejszych dla mnie portretów Jana Pawła II, dzieło Eugeniusza Geta Stankiewicza i Barbary Idzikowskiej we wrocławskim kościele garnizonowym.
Pozdrawiam z Wrocławia!
(Fot. Jerzy Bruski)

Wypędzeni

Wysiedleni (Niemcy, Ślązacy) mogą mieć twarz Eriki Steinbach i mówić o sobie wypędzeni.

Mogą też mieć twarz rodziny, która od pokoleń żyła w pewnym, specyficznym regionie, który nie uważał się ani za polski, ani za czeski, ani za niemiecki, ale w którym mówiono albo dialektem, albo po niemiecku. Rodziny, która żyła swoją ziemią, najbliższą okolicą, i która w 1944, 1945 czy 1946 roku była przekonana, że ucieka, ale za chwilę wróci "do siebie", zostawiając pełne szafy, pościelone łóżka i rozpoczęte prace.

Na wojenne rozstrzygnięcia można patrzeć przez pryzmat kilku polityków, którzy zasiedli i uradzili, że odtąd A będzie B, a C stanie się D. Ale nie można wysiedlonym z tej czy innej ziemi odmówić miłości do ich małej ojczyzny - ich krajobrazu, tradycji, ziemi i ludzi, z którymi byli związani bez względu na narodowość. Nie można nie dostrzegać ludzkiego nieszczęścia również po tej stronie.
Mimo doznanych krzywd - stracili wszak wszystko i wiele lat nie wolno im było nawet zajrzeć do swojej małej ojczyzny - nigdy nie przyszło im do głowy upominać się o swoje, a tym bardziej wspierać pomysły pani Steinbach. Takich właśnie Ślązaków-Niemców po raz kolejny poznałam.
Polacy tak samo - z sentymentem, lecz nie z roszczeniami, jeżdżą do Lwowa czy Wilna i nie widzimy w tym nic gorszącego ani zdrożnego (nam się należy, nam wolno). I tak samo mamy do tego prawo, czy to się Litwinom lub Ukraińcom podoba, czy też nie.

wtorek, 14 czerwca 2011

Ksiądz z Wildy przełożonym generalnym Zgromadzenia Zmartwychwstańców


Tego jeszcze nie było! Ksiądz Bernard Hylla, zmartwychwstaniec z Wildy został nowym Przełożonym Generalnym całego Zgromadzenia Zmartwychwstańców! To chyba pierwszy taki przypadek w historii dzielnicy i zgromadzeń zakonnych. Czapki z głów i życzenia, by Duch Święty prowadził Księdza na tak ważnym i odpowiedzialnym urzędzie...
(Fot. archiwum parafialne, ks. Hylla przy ambonce)

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Zielone Świątki czy święto maryjne

Drugi dzień tzw. Zielonych Świątek (nazwa z tradycji, i to jeszcze pogańskiej) to święto Matki Kościoła. Tyle że dopiero do 1971 roku i obchodzone jedynie w polskim Kościele (na wniosek polskich biskupów). Mimo to sporo europejskich - mniej religijnych lub niekoniecznie katolickich - krajów ma dziś wolny dzień, choć pewnie większość mieszkańców nie bardzo wie czemu.

Postanowiłam nieco poszperać w internecie na ten temat, ale na razie stanęło na porównaniu różnych wersji wpisów do Wikipedii na temat tego święta. I tak Polacy skromnie opisują święto Zesłania Ducha Świętego, nieco więcej miejsca poświęcając Zielonym Świątkom. Oczywiście w Polsce mamy wiele dużo bogatszych i bardziej profesjonalnych źródeł niż sama Wikipedia, ale czy chcemy czy nie, to ona wyznacza standardy wiedzy wśród coraz szerszych mas ludzkości, popłynę więc wyjątkowo tym płytkim nurtem.

Niemcy mają bardzo rozbudowany i bardzo religijny (biblijny i teologiczny) wykład na temat samej 50-nicy oraz święcie, które uroczyście kończy okres wielkanocny i zaznacza początek istnienia Kościoła na ziemi. Nie wspominają niemal o pogańskiej tradycji wiosny, za to wymieniają kilka krajów, w których ten dzień też jest wolny od pracy. Innego zdania są Anglicy, którzy w jeszcze dużo obszerniejszym artykule o tymże święcie w różnych kulturach i wyznaniach stwierdzają, że "prawie wszędzie jest to dzień wolny". Jak widać, "prawie" robi wielką różnicę ;).
Podobnie rozległą wiedzą wykazują się nacje południa Europy: Włosi, Portugalczycy czy Hiszpanie - czego można się było spodziewać. Nie dziwi zaś, że Skandynawowie niczym nie zaskakują, podając absolutne podstawy o zesłaniu Ducha Św. (zaszczytnym wyjątkiem jest norweska Wikipedia). Mimo to w części krajów Półwyspu Skandynawskiego jest to dzień wolny od pracy.

Przy okazji tej małej pracy porównawczej odkryłam, że Wikipedia istnieje też w języku... kaszubskim! I tak zamiast zgłębiać historię święta zanurzyłam się w nieobco mi wyglądającej/brzmiącej mowie (raczej języku pisanym).

niedziela, 12 czerwca 2011

Ważne katolickie święto

Zesłanie Ducha Świętego. Święto dla chrześcijan niemal równie wielkie jak Zmartwychwstanie. Jak żylibyśmy bez wsparcia Ducha Świętego? Kim byśmy byli?
***
Po czym dziś poznać, że to tak znaczące święto dla polskich chrześcijan?
Po tym, że sklepy są dziś NIECZYNNE.
Niesamowite ;)

Homoseksualiści do Papieża

Chrześcijańskie stowarzyszenia gejów i lesbijek wystosowały do Papieża Benedykta XVI list, w którym proszą głowę Kościoła katolickiego o potępienie aktów przemocy wobec osób homoseksualnych. "Milczenie Waszej Świątobliwości jest interpretowane przez ludzi dokonujących morderstw, tortur i przemocy jako przyzwolenie na ich działania" - napisano.

Tylko czekać, aż środowiska te uznają, że za całe zło na świecie odpowiedzialny jest Papież, wszak nie dość grzmi z Watykanu na ludzkość, która nie ma ochoty zapoznać się z nauczaniem Kościoła. A to mówi ustami Kongregacji Nauki Wiary z 2003 r.: "mężczyźni i kobiety o skłonnościach homoseksualnych powinni być traktowani z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji...".

środa, 1 czerwca 2011

Dziecięce zabawy

Jakoś tak przy okazji Dnia Dziecka przypomniały mi się moje ulubione zabawy z dzieciństwa. Wiadomo: sklep, dom, przedszkole, biuro, poczta czyli wszystko to, co było odzwierciedleniem dorosłego życia. Dosłownie - wszystko. Nie mogło więc zabraknąć... "zabawy w kościół". Od czasu do czasu (wcale nie w niedzielę) wcielałam się w rolę księdza - nic to, że dziewczynka, nic to, że żadne domowe sprzęty nie przypominały ołtarzowego i kościelnego wyposażenia. Wyobraźnia wypełniała wszelkie braki!
Na dwóch taboretach rozkładałam cokolwiek płaskiego, co mogło je połączyć, wyciągałam od Mamy serwetkę (obrus), która zakrywała niedogodności prowizorycznego ołtarza, za mszalne naczynia robiły plastikowe kubki z serwisu dla lalek. Mszał - każda odpowiednio gruba i poważnie wyglądająca książka - to nic, że z bajkami. Ale najważniejsze były komunikanty (raczej myślałam "opłatki") i udzielanie komunii (lalkom i misiom). Pchełki, stara gra zręcznościowa znalazła nowe zastosowanie - były opłatkami, które rozdawałam w ramach komunii. Jedynie żałowałam, że pchełki są dwa razy mniejsze niż zwykłe komunikanty.
Nie wiem, jakie głupoty wygadywałam jako ksiądz odprawiający mszę (chyba nie wpadłam na to, by poratować się książeczką do nabożeństwa, bo chyba byłam jeszcze za mała), ale mam nadzieję, że w niebie mieli ze mnie niezły ubaw.

Takiej dziecięcej, wielkiej radości z rzeczy małych wszystkim z okazji ich święta życzę:)