sobota, 30 kwietnia 2011

Radość wielka

W oktawie Zmartwychwstania i w przededniu beatyfikacji naszego Papieża, a do tego przy tak pięknej aurze rozpiera mnie radość tak wielka, że aż niewysłowiona.
I tylko martwią mnie wszyscy ci, którzy jedynym sensem swego życia uczynili Wielki Piątek lub na nim się zatrzymali.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Triduum

Życzę państwu owocnego przeżywania tego najważniejszego okresu w roku chrześcijanina, oderwania się od zabiegania, czasu na modlitwę i okazji do milczenia.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Obraz na Wielki Tydzień


Nie wiem, jak to się stało, że z Wielkim Postem, a wybitnie Wielkim Tygodniem kojarzy mi się ten wspaniały obraz Salvadora Dali. Wiem, że odkryłam go na dobre ponad 10 lat temu - na dobre, ponieważ wcześniej nie znałam ani tytułu, ani twórcy. Ale fascynował mnie od dawna i stale tkwi w mojej głowie.
"Chrystus św. Jana od krzyża" to obraz, który towarzyszy moim wszystkim wielkopostnym rozmyśleniom, a na hasło Wielki Tydzień lub ukrzyżowanie zawsze pojawia się przed oczami.

Intryguje mnie tytuł obrazu. Gdy na niego patrzę, zawsze odnoszę wrażenie, że nie o Jana chodzi, ale że artysta prezentuje nam perspektywę Boga Ojca, którego Syn zawisł na krzyżu.
Ale to tylko moje - subiektywne - wrażenie.

sobota, 16 kwietnia 2011

Jubilat

"Przed nim nie trzeba się trząść ze strachu. Bardzo ułatwia gościowi. To nie książę Kościoła, lecz sługa Kościoła, wielki dawca, który oddaje się w pełni.
Czasem spojrzy na rozmówcę sceptycznie. Tak sponad okularów. Poważnie, uważnie. A kiedy się Go słucha i siedzi koło Niego, to odczuwa się nie tylko precyzję Jego myślenia i nadzieję, która pochodzi od wiary, ale wówczas ujawnia się też w specyficzny sposób błysk światłości świata z oblicza Jezusa Chrystusa, który chce dotrzeć do każdego człowieka i który nie wyklucza nikogo."

Tak (w moim tłumaczeniu) o papieżu Benedykcie XVI pisze we wstępie książki "Światłość świata" Peter Seewald. A ja w urodziny Josepha Ratzingera właśnie zaczynam interesującą lekturę tego wywiadu-rzeki.

piątek, 15 kwietnia 2011

Lektura na Wielki Post


Poruszył mnie taki oto fragment czytanej niedawno, celowo w tym okresie, niesamowitej książki wy-bitnego czeskiego teologa Tomáša Halika „Dotknij ran. Duchowość nieobojętności” (Wydawnictwo Znak, 2010). Zatem dzielę się nim z Państwem (s. 78):

Być może, wciąż nie uświadamiamy sobie w pełni niesamowitej szansy naszych czasów, kiedy to chrześcijaństwo znika z naszej kultury jako jej oczywista rama, jako „religia”, czyli sprawa tradycji, autorytetu, zbiorowości, jako wyprzedany majątek. Przez wiele stuleci, kiedy chrześcijaństwo w taki właśnie sposób było obecne w społeczeństwie europejskim, przynosiło to wprawdzie liczne pożytki kulturalne i społeczne, jednak miliony chrześcijan zostały wyraźnie zubożone o to, co jest w chrześcijaństwie najważniejsze, czyli o doświadczenie nawrócenia, metanoia. Nie tylko w sensie konwersji jako przejścia od niewiary do wiary lub od jednego wyznania do drugiego, ale jako przemiany życia, do której ustawicznie (wzorem proroków) nawoływał Jezus z Nazaretu.
Wiemy z żywotów świętych (…), że taką konwersję (…) naprawdę przeżyli (…) i że tego rodzaju do-świadczenie nie było jedynie przywilejem tych, których Kościół wyniósł do chwały ołtarzy. Mimo to, spoglądając uważnie na historię, nie możemy wyzbyć się podejrzenia, że u milionów dobrych ludzi wyznających i praktykujących (na pewno w większości szczerze, bez hipokryzji) religię chrześcijańską, spokój tej religii, system sprawdzonych zasad, rytuałów i zwyczajów, nigdy nie został naruszony zrodzeniem się wiary jako wolnej osobistej odpowiedzi na osobiście dostrzeżone Boże powołanie.
Być może, na tym właśnie polega ów deficyt, owo pustkowie, które potem tak szybko zagarniają „Syreny tego świata”. Być może, są w tych głębinach palące rany, których nie uzdrowimy misyjnymi trąbami i bębnami w duchu chrześcijańskiego triumfalizmu („Przynosimy wam Prawdę, którą dysponujemy, zdajcie się tylko na nas, a zostaniecie zbawieni”), lecz mocą ran Chrystusa, które od-kryjemy także w sobie, jeśli zostaniemy do głębi poruszeni Chrystusowym wezwaniem do nawrócenia jako przemiany życia.
Być może, chrześcijanie, zamiast obsesyjnie szukać zamaskowanych agentów ciemnych sił pragnących w wyrafinowany sposób obalić „naszą religię” (…), powinni sami starać się o to, aby tu i ówdzie zużyte już formy religii zostały w naszej kulturze naruszone „wywrotową mocą” Ewangelii.

środa, 13 kwietnia 2011

Życie bez wiary

Czym byłoby życie bez wiary - takie pytania nachodzą mnie zwłaszcza w okresie, gdy katolicy w mniejszym lub większym stopniu starają się swojej wierze poświęcić więcej czasu i uwagi.
Gdy tylko próbuję sobie wyobrazić moje życie bez wiary, kończy mi się wyobraźnia. Owszem, bez trudu mogę sobie przedstawić codzienne ziemskie życie bez Boga - jest łatwo, lekko i przyjemnie, ujmując w skrócie. Ale co w miarę zbliżania się do kresu? Co w przypadku konfrontacji z rzeczami ostatecznymi - choćby śmiercią najbliższych osób, jak nie własną? I tu właśnie brakuje mi wyobraźni, bo jak przeżyć takie wstrząsy bez wiary?

"Wiara - ubezpieczenie na wypadek śmierci" - mówią niektórzy cynicy.
Ale znam takich, którzy nawet takim ubezpieczeniem nie są zainteresowani. Poznałam dotąd jedną osobę, która twierdziła, że w NIC nie wierzy. Nie był to przypadek antyklerykała ani agnostyka. Po prostu osoba ta twierdziła, że jej zdaniem życie to życie i nic ani nikt więcej z tym się nie wiąże. - A co po śmierci? - zapytałam. - Nic, do piachu i koniec.
Po tej odpowiedzi zrozumiałam, czemu ta osoba od 20 lat była w trakcie terapii psychologicznej, a chyba nawet psychiatrycznej, była trzeźwym alkoholikiem, za to praktykującym seksoholikiem (przy każdej okazji o tym opowiadającą!).
Na pewno to uproszczenie, ale trudno nie pomyśleć po takim przykładzie, że życie bez Boga nie ma sensu. Nie ma więc po co trudzić wyobraźni.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Tak śmiesznie, ża aż strasznie


Śmieję się do łez lub śmieję się przez łzy, czytając reportaże Mariusza Szczygła o Czechach zebrane w jego książkach "Gottland" i najnowszej "Zrób sobie raj". W tej ostatniej Szczygieł pokazuje nam różnych Czechów, różne biografie i różne historie, ale we wszystkich chodzi o kwestie wiary, Boga w życiu i religii.

Każda historia obnaża, jak bardzo nasi południowi sąsiedzi są od nas różni - tak nie znoszą patosu, że największe tragedie obrócą w śmiech (jakkolwiek często brzmi to obrazoburczo, to trudno się nie uśmiechnąć), tak ich w okresie komunizmu wyprano z religijności, że dziś nie wyprawia się niemal WCALE pogrzebów, tak w ich historii trwale zapisały się losy Jana Husa, że do dziś pozostała nienawiść do Kościoła katolickiego, tak im się (pozornie) dobrze żyje bez Boga, że nie widzą powodu sobie życia (pozornie) uprzykrzać.
Krótkowzroczność wielu rozmówców Szczygła, wręcz głupota i powierzchowność jego bohaterów w kwestiach transcendentalnych w miarę pochłaniania tej książki robi się coraz mniej śmieszna, a coraz bardziej żałosna. Tylko czy przypadkiem to, co się dzieje w tym społeczeństwie już teraz nie jest zapowiedzią tego, co może spotkać nasze społeczeństwo za ileś lat? Warto przeczytać te książki pod takim kątem i zawczasu wyciągnąć wnioski, nim kościoły zostaną przerobione na młodzieżowe schroniska.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Po roku

Rok temu cały świat wreszcie usłyszał o długo skrywanej, mało rozgłaszanej prawdzie o losie 22 tys. polskich oficerów w 1940 roku.

Przykre, że do upowszechnienia tej wiedzy potrzeba było kolejnych 96 istnień ludzkich.

sobota, 9 kwietnia 2011

Kościół, czyli kto?

Na okładce ostatniego numeru tygodnika "Uważam Rze inaczej pisane" jest tytuł "Kościół - chłopiec do bicia", a okładkowe zdjęcie przedstawia grupę biskupów.
Pomyślałam, że szkoda, że i ta redakcja, prezentująca zgoła odmienne od mainstreemowych mediów poglądy, podąża uproszczonym tropem Kościół=kler. Spodziewałabym się zdjęcia np. wielu wiernych podczas nabożeństwa. No i oczekiwałam początkowo nieco innego tekstu (oględnie mówiąc - głębszego).
Dopiero poniżej dodany podtytuł wyjaśnia "Kłamstwa, absurdy, manipulacje. Tak lewica atakuje biskupów".

Mnie zawsze w takich wypadkach nurtuje pytanie, kiedy przełamiemy ten powszechny, klerykalny obraz Kościoła? Kiedy zauważymy tysiące świeckich wiernych, którzy nie są baranami (co najwyżej ewangelicznymi owieczkami) i na co dzień głoszą Chrystusa bez względu na oświadczenia KEP.

piątek, 8 kwietnia 2011

Film jednego obrazu


Gdy się przyjrzeć obrazom Petera Bruegla starszego, to opowiadają niezliczone historie. Zawsze fascynowały mnie jego pełne detali obrazy, pieczołowitość, z jaką tę wielowątkowość niejednej sceny utrwalał na płótnie. Lech Majewski stworzył nam niebywałą okazję, by zobaczyć jeden z obrazów Bruegla ożywiony.
Film „Młyn i krzyż”, o którym mowa, to ekranizacja historii, które może opowiadać obraz tego flamandzkiego mistrza pod tytułem „Droga na Kalwarię”. Prosty i genialny pomysł reżysera oraz technologia sprawiły, że po prawie 500 latach od stworzenia obrazu możemy go w pełni przeżyć. Wszystkie historie zatrzymane na obrazie wiją się jako osobne wątki przez cały film, dążąc do finału – drogi krzyżowej Chrystusa, tyle że umiejscowionej w XVI-wiecznej scenerii flamandzkiego miasta okupowanego przez Hiszpanów w czasach inkwizycji.

Ten oszczędny w środkach wyrazu film jest niezwykle wymowny, oczywiście dla chrześcijan mających jako takie pojęcie o życiu Chrystusa i dziejach Kościoła.

piątek, 1 kwietnia 2011

Kolejna rocznica

Ta rocznica będzie inna od poprzednich - radośniejsza. Bo znów poczujemy się blisko "naszego" Papieża. Wszak za chwilę będzie naszym błogosławionym.

Pamiętam przed 6 laty to niesamowite skupienie towarzyszące nam w dniach poprzedzających zgon Jana Pawła II. Pamiętam ten niebywały smutek. Pamiętam, jak nie pozwalano Mu odejść. Pamiętam, jak kilka dni pod rząd modliłam się, by ludzie Go puścili do Domu Ojca, a Ten zechciał Go już powołać do siebie.

Ksiądz Adam Boniecki w filmie "Jan Paweł II. Szukałem Was" mówi o tym, że Papież żył miłością do ludzi, ale też, że ludzie Go "zjadali", że programy kolejnych pielgrzymek były ponad siły Papieża, ale ten był bezlitosny dla siebie i nigdy się nie oszczędzał. I pamiętam moją złość wobec tych, którzy - widząc agonię człowieka, od którego TYLE już otrzymaliśmy - nie chcieli się pogodzić, że musi odejść, a przede wszystkim, że cierpi i śmierć będzie wybawieniem. Bardzo mnie wtedy egoizm ludzi irytował. Wszak był zaprzeczeniem tego, co Papież przez 27 lat swojego pontyfikatu głosił.