środa, 4 maja 2011

Wyszło z użycia

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz słyszałam to słowo, tak rzadko dziś jest używane. Za to w ciągu zaledwie 4 dni wystąpił szereg zdarzeń, w którym powinno paść - pod moim i moich bliskich adresem - PRZEPRASZAM. Ale nie padło.
Nie mówię bynajmniej o "przepraszam" rzuconym zza ramienia, gdy ktoś kogoś potrąci w pośpiechu na ulicy czy w tramwaju, choć i tego już nie ma - jest za to niedbałe i lanserskie "sorrrrry".
Mówię o "przepraszam", które jest świadectwem pokory, przyznania się do omylności czy niedopatrzenia, które każdemu może się zdarzyć i się zdarza.

Akt 1.
Przez kilka dni użerałam się (dosłownie) o poprawną realizację usług, które zleciłam. Opóźnienia, niedoróbki. Na moje upomnienia za każdym razem albo usłyszałam zarzut w moją stronę (że rzekomo czegoś nie było wiadomo, a wystarczyło zerknąć ze zrozumieniem w mail), albo w najlepszym wypadku nic. Dziwi mnie to, bo jeśli sama jestem zleceniobiorcą, to tego typu komunikację zaczynam od "Przepraszam, ale nie... dopatrzyłam, nie zdążyłam". No nic, machnęłam ręką w imię świętego spokoju i szybkiego zakończenia kwestii.

Akt 2.
Mija dzień - restauracja. Zamawiamy obiad dla czterech osób, więc lista dosyć długa, kelnerka notuje. Przynosi niezamówiony, dużo droższy napój. Uprzejmie zwracam uwagę kelnerce, że tego nie zamawialiśmy, powołując się na trzy towarzyszące mi osoby, i proponuję podmianę nieruszonego napoju, zakładając na podstawie wcześniejszych analogicznych sytuacji pozytywną reakcję. Nic bardziej mylnego - kelnerka, najeżywszy się okrutnie, od razu wyparowała: - Ale pani tak mówiła.
Ja spokojnie kontynuuję, że nie tylko nie mówiłam, ale i pozostała trójka słyszała inne zamówienie (czterech kontra jedna). Pani idzie w zaparte, że tak sobie zanotowała i już! Zero pokory, zero uprzejmości - nie i już! Dziwi mnie to o tyle, że ilekroć kiedyś wcześniej zdarzały się takie, to klient zawsze miał rację - nie pamiętam, by tego typu sytuację rozstrzygano w inny sposób! Jak widać, dziś - niekoniecznie. Domówiłam drugi, ten oczekiwany, napój. W imię miłego popołudnia z rodziną oszczędziłam nam skarg do kierownictwa, choć prosiłoby się o przywołanie do porządku krnąbrnej kelnerki, będącej wizytówką restauracji.

Akt 3.
Poczta. Idę z awizo odebrać list polecony. Ponieważ takich poza US i ZUS do mnie nikt nie wysyła, to wolałabym się po 2 dniach nieobecności dowiedzieć, za co jestem "ścigana". Pani z pocztowego okienka miota się przez 10 minut, próbując w panującym w owej agencji bałaganie odnaleźć list sprzed 2 dni, ale nic do mnie nie mówi. Słyszę tylko jej monotonne mruczenie pod nosem "no, nie ma, no nie ma". Mija 15 minut (sic!) (mam lepsze rzeczy do roboty niż stanie bezczynnie na poczcie), nadal żadnego zwrotu w moim kierunku, prób wyjaśnienia sytuacji, jakiegoś komunikatu. Z pomocą przychodzi druga urzędniczka i wreszcie pyta, czy mogłaby zadzwonić, jak znajdą ten list, bo on na pewno gdzieś tu jest. Miło, że zapytała, a nie po prostu oświadczyła. Ale gdzie przeprosiny za czyjeś (niekoniecznie tej urzędniczki) niedbalstwo, niedociągnięcie, omyłkę, na której ja jestem stratna (40 min. łącznie na poczcie bez efektu!)? Nigdzie.

Po takich kilku strzałach po ludzku szlag mnie trafia i czuję się jak skończona idiotka, że sama tak często używam "przepraszam". Bo ostatnio do mnie nie wraca. Fakt, że przynajmniej mam czyste chrześcijańskie sumienie w tym względzie. Szkoda tylko, że temu społeczeństwu, które roni łezkę na beatyfikację rodaka, szafuje wzniosłymi bogoojczyźnianymi hasłami, brak, nawet nie chrześcijańskiego, tylko po prostu kulturalnego, "przepraszam" nie doskwiera.

1 komentarz:

  1. Czy Ty aby nie za wiele wymagasz. Przecież w naszej kochanej Poczcie Polskiej zawsze winny jest klient. Kilka lat temu najpierw pszukiwałem oczekiwanej przesyłki w trzech filiach PP, a po zlokalizowaniu dostałem OPR za nieodebranie przesyłki w terminie i konieczność wystawienia trzech awizo (z których żadne nie znalazło się u mnie w skrzynce). Na przepraszam nie ma co liczyć:)
    Przepraszam za rozwlekłośc wypowiedzi:)

    OdpowiedzUsuń