niedziela, 26 czerwca 2011

Naj...

"Nasz jest metr mniejszy, ale podstawa jest wyższa", "nasz stoi na górce, więc jest większy"... Wyższy, dłuższy, szerszy, najwyższy, największy, najcięższy - kwintesencja jednego z materiałów wczorajszych "Faktów" w TVN. O czymże ten traktował?
O Chrystusie ze Świebodzina, tj. o pomniku Chrystusa. Na tle tego z Peru. Który lepszy, który gorszy, kto kogo naśladował i jaka to szkoda, że daliśmy się prześcignąć.

Mogę zrozumieć, że statua świebodzińskiego Chrystusa Króla prowokuje do tak spłaszczonych wypowiedzi. Jednak czy dziennikarze, nawet w sezonie ogórkowym, muszą być tak prostaccy? W imię lepszej sobotniej oglądalności?

Polska pobożność

Uczestnictwo w takiej jak krakowska procesja Bożego Ciała - od Wawelu po Kościół Mariacki - napawa optymizmem. A gdy człowiek jeszcze na nią patrzy z perspektywy niemieckich katolików, tym bardziej serce się raduje.

Po 1. ilość: pocztów sztandarowych, reprezentacji wszelkich stanów, profesji, grup wiekowych oraz najzwyklejszych wiernych. Po prostu tłum. Nie tłum ciekawskich, ale osób autentycznie się modlących, klękających na mokrym chodniku przed Najświętszym Sakramentem.

Po 2. jakość: rozmodlony tłum, pełną piersią śpiewający pieśni eucharystyczne z pamięci po kilka zwrotek i - co przyprawiało o gęsią skórkę moich niemieckich gości - z pełnym oddaniem śpiewający (na pamięć) przepięknie kilkanaście (!) zwrotek "Ciebie, Boga, wysławiamy". Nawet bez rozumienia słów Niemców poruszyła ta pieśń.

Po 3. żywa tradycja: w krakowskiej procesji nie brakowało oryginalnych, jakże pięknych strojów regionalnych, małych krakowianek i krakowiaków. Nie brakowało akcentów patriotycznych, czy wręcz politycznych (kazanie kard. Dziwisza nawiązujące do polskiej prezydencji, do projektu ustawy o związkach partnerskich). Wszystko to stanowi świadectwo tego, jak głęboko Kościół jest usadowiony w naszym codziennym życiu.

"Kiedy patrzę na to, jak Wy się modlicie, kiedy słucham tego, co przetłumaczyłaś z kazań podczas procesji, to jestem przekonana, że ten naród może rzeczywiście wiele dać Europie" - stwierdziła z optymizmem 80-letnia niemiecka katoliczka.

wtorek, 21 czerwca 2011

Polska oczami obcokrajowca

Przyglądanie się Polsce oczami obcokrajowca zawsze odświeża, zwłaszcza odkurza zachwyt wobec tego, czego na co dzień często nie zauważam, co na co dzień nie napawa dumą czy radością: kreatywność, spontaniczność, dar improwizacji i świetnych umiejętności dostosowania się (elastyczności).
Zachodni turyści cenią nas za otwartość (zwłaszcza młode pokolenia), za uprzejmość, a po bliższym poznaniu również za poczucie humoru (to trzeba odrobinę zrozumieć). No i niezmiernie za kuchnię i umiejętność świętowania.
Czasem też podziwiają, że mimo takiej historii, tego, przez co jako kraj i naród wiele razy przechodziliśmy, jesteśmy, jacy jesteśmy - pogodni, dowcipni i pełni nadziei. Takimi nas odbierają.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Jan Paweł II na szkle


Jeden z piękniejszych dla mnie portretów Jana Pawła II, dzieło Eugeniusza Geta Stankiewicza i Barbary Idzikowskiej we wrocławskim kościele garnizonowym.
Pozdrawiam z Wrocławia!
(Fot. Jerzy Bruski)

Wypędzeni

Wysiedleni (Niemcy, Ślązacy) mogą mieć twarz Eriki Steinbach i mówić o sobie wypędzeni.

Mogą też mieć twarz rodziny, która od pokoleń żyła w pewnym, specyficznym regionie, który nie uważał się ani za polski, ani za czeski, ani za niemiecki, ale w którym mówiono albo dialektem, albo po niemiecku. Rodziny, która żyła swoją ziemią, najbliższą okolicą, i która w 1944, 1945 czy 1946 roku była przekonana, że ucieka, ale za chwilę wróci "do siebie", zostawiając pełne szafy, pościelone łóżka i rozpoczęte prace.

Na wojenne rozstrzygnięcia można patrzeć przez pryzmat kilku polityków, którzy zasiedli i uradzili, że odtąd A będzie B, a C stanie się D. Ale nie można wysiedlonym z tej czy innej ziemi odmówić miłości do ich małej ojczyzny - ich krajobrazu, tradycji, ziemi i ludzi, z którymi byli związani bez względu na narodowość. Nie można nie dostrzegać ludzkiego nieszczęścia również po tej stronie.
Mimo doznanych krzywd - stracili wszak wszystko i wiele lat nie wolno im było nawet zajrzeć do swojej małej ojczyzny - nigdy nie przyszło im do głowy upominać się o swoje, a tym bardziej wspierać pomysły pani Steinbach. Takich właśnie Ślązaków-Niemców po raz kolejny poznałam.
Polacy tak samo - z sentymentem, lecz nie z roszczeniami, jeżdżą do Lwowa czy Wilna i nie widzimy w tym nic gorszącego ani zdrożnego (nam się należy, nam wolno). I tak samo mamy do tego prawo, czy to się Litwinom lub Ukraińcom podoba, czy też nie.

wtorek, 14 czerwca 2011

Ksiądz z Wildy przełożonym generalnym Zgromadzenia Zmartwychwstańców


Tego jeszcze nie było! Ksiądz Bernard Hylla, zmartwychwstaniec z Wildy został nowym Przełożonym Generalnym całego Zgromadzenia Zmartwychwstańców! To chyba pierwszy taki przypadek w historii dzielnicy i zgromadzeń zakonnych. Czapki z głów i życzenia, by Duch Święty prowadził Księdza na tak ważnym i odpowiedzialnym urzędzie...
(Fot. archiwum parafialne, ks. Hylla przy ambonce)

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Zielone Świątki czy święto maryjne

Drugi dzień tzw. Zielonych Świątek (nazwa z tradycji, i to jeszcze pogańskiej) to święto Matki Kościoła. Tyle że dopiero do 1971 roku i obchodzone jedynie w polskim Kościele (na wniosek polskich biskupów). Mimo to sporo europejskich - mniej religijnych lub niekoniecznie katolickich - krajów ma dziś wolny dzień, choć pewnie większość mieszkańców nie bardzo wie czemu.

Postanowiłam nieco poszperać w internecie na ten temat, ale na razie stanęło na porównaniu różnych wersji wpisów do Wikipedii na temat tego święta. I tak Polacy skromnie opisują święto Zesłania Ducha Świętego, nieco więcej miejsca poświęcając Zielonym Świątkom. Oczywiście w Polsce mamy wiele dużo bogatszych i bardziej profesjonalnych źródeł niż sama Wikipedia, ale czy chcemy czy nie, to ona wyznacza standardy wiedzy wśród coraz szerszych mas ludzkości, popłynę więc wyjątkowo tym płytkim nurtem.

Niemcy mają bardzo rozbudowany i bardzo religijny (biblijny i teologiczny) wykład na temat samej 50-nicy oraz święcie, które uroczyście kończy okres wielkanocny i zaznacza początek istnienia Kościoła na ziemi. Nie wspominają niemal o pogańskiej tradycji wiosny, za to wymieniają kilka krajów, w których ten dzień też jest wolny od pracy. Innego zdania są Anglicy, którzy w jeszcze dużo obszerniejszym artykule o tymże święcie w różnych kulturach i wyznaniach stwierdzają, że "prawie wszędzie jest to dzień wolny". Jak widać, "prawie" robi wielką różnicę ;).
Podobnie rozległą wiedzą wykazują się nacje południa Europy: Włosi, Portugalczycy czy Hiszpanie - czego można się było spodziewać. Nie dziwi zaś, że Skandynawowie niczym nie zaskakują, podając absolutne podstawy o zesłaniu Ducha Św. (zaszczytnym wyjątkiem jest norweska Wikipedia). Mimo to w części krajów Półwyspu Skandynawskiego jest to dzień wolny od pracy.

Przy okazji tej małej pracy porównawczej odkryłam, że Wikipedia istnieje też w języku... kaszubskim! I tak zamiast zgłębiać historię święta zanurzyłam się w nieobco mi wyglądającej/brzmiącej mowie (raczej języku pisanym).

niedziela, 12 czerwca 2011

Ważne katolickie święto

Zesłanie Ducha Świętego. Święto dla chrześcijan niemal równie wielkie jak Zmartwychwstanie. Jak żylibyśmy bez wsparcia Ducha Świętego? Kim byśmy byli?
***
Po czym dziś poznać, że to tak znaczące święto dla polskich chrześcijan?
Po tym, że sklepy są dziś NIECZYNNE.
Niesamowite ;)

Homoseksualiści do Papieża

Chrześcijańskie stowarzyszenia gejów i lesbijek wystosowały do Papieża Benedykta XVI list, w którym proszą głowę Kościoła katolickiego o potępienie aktów przemocy wobec osób homoseksualnych. "Milczenie Waszej Świątobliwości jest interpretowane przez ludzi dokonujących morderstw, tortur i przemocy jako przyzwolenie na ich działania" - napisano.

Tylko czekać, aż środowiska te uznają, że za całe zło na świecie odpowiedzialny jest Papież, wszak nie dość grzmi z Watykanu na ludzkość, która nie ma ochoty zapoznać się z nauczaniem Kościoła. A to mówi ustami Kongregacji Nauki Wiary z 2003 r.: "mężczyźni i kobiety o skłonnościach homoseksualnych powinni być traktowani z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji...".

środa, 1 czerwca 2011

Dziecięce zabawy

Jakoś tak przy okazji Dnia Dziecka przypomniały mi się moje ulubione zabawy z dzieciństwa. Wiadomo: sklep, dom, przedszkole, biuro, poczta czyli wszystko to, co było odzwierciedleniem dorosłego życia. Dosłownie - wszystko. Nie mogło więc zabraknąć... "zabawy w kościół". Od czasu do czasu (wcale nie w niedzielę) wcielałam się w rolę księdza - nic to, że dziewczynka, nic to, że żadne domowe sprzęty nie przypominały ołtarzowego i kościelnego wyposażenia. Wyobraźnia wypełniała wszelkie braki!
Na dwóch taboretach rozkładałam cokolwiek płaskiego, co mogło je połączyć, wyciągałam od Mamy serwetkę (obrus), która zakrywała niedogodności prowizorycznego ołtarza, za mszalne naczynia robiły plastikowe kubki z serwisu dla lalek. Mszał - każda odpowiednio gruba i poważnie wyglądająca książka - to nic, że z bajkami. Ale najważniejsze były komunikanty (raczej myślałam "opłatki") i udzielanie komunii (lalkom i misiom). Pchełki, stara gra zręcznościowa znalazła nowe zastosowanie - były opłatkami, które rozdawałam w ramach komunii. Jedynie żałowałam, że pchełki są dwa razy mniejsze niż zwykłe komunikanty.
Nie wiem, jakie głupoty wygadywałam jako ksiądz odprawiający mszę (chyba nie wpadłam na to, by poratować się książeczką do nabożeństwa, bo chyba byłam jeszcze za mała), ale mam nadzieję, że w niebie mieli ze mnie niezły ubaw.

Takiej dziecięcej, wielkiej radości z rzeczy małych wszystkim z okazji ich święta życzę:)