poniedziałek, 25 lipca 2011

Amy

Nie przepada(ła)m za nią jako osobą, ale przecież piosenkarkę ceni się za wokal i autorstwo wyśpiewywanych piosenek. A te akurat w wykonaniu Amy Winehouse bardzo lubiłam, choć prezentowana w mediach ekscentryczna postać nie zachwycała mnie swoją osobowością.
Niedawno kupiłam jedno z kobiecych pism, w której jest na okładce z okazji zapowiadanego w Polsce koncertu piosenkarki. Materiał poświęcony problemom osobowościowym oraz uzależnieniom artystki kończy się pytaniem, czy znana z nieterminowości gwiazda w ogóle dojedzie na koncert.
No i nie dojedzie.

Dopiero dziś, po całym weekendzie z dala od mediów, dowiedziałam się o śmierci piosenkarki, i choć jej styl życia nie rokował jej doczekania emerytury, to jednak jestem ogromnie zaskoczona.
W ostatnich latach wydawało się, że celebryci zmądrzeli - od czasów hippisowskich na scenie muzycznej uspokoiło się, nawet miłośnicy straceńczego stylu życia bardziej dbają o jakość i długość swego życia (ciągłe odwyki), niż w latach gdy pośrednio lub bezpośrednio z powodu przedawkowania zmarli m.in. Janis Joplin, Jim Morrison czy Jim Hendrix. Winehouse dołączyła do grona 27-letnich sław, które w życiu (z życiem) niestety sobie nie poradziły i nie skorzystały z pomocy z zewnątrz.
Smutne, jak zawsze, gdy umiera młody człowiek, który nie zdążył...

czwartek, 14 lipca 2011

Zielone pomarańcze...


czyli PRL dla dzieci.
Że niby z myślą o dzieciach kupiłyśmy z siostrą tę publikację autorstwa Anety Górnickiej-Boratyńskiej z jakże charakterystycznymi, pamiętanymi zwłaszcza z czasów PRL, rysunkami Bohdana Butenki (słynne wydanie wierszy Brzechwy z tymi ilustracjami pamiętam ze szczegółami do dziś, bardzo mnie bawiły swoją rubasznością).
Niby dla dzieci, ale tak naprawdę połknęłam tę książkę na poczekaniu (żadne to opasłe tomisko, to fakt) i łza zakręciła się w oku. Jakie to fajne dzieciństwo miałam w tych burych latach! Ileż to wspomnień, często groteskowych; ile absurdów, które stały się ulubionymi anegdotami wśród zagranicznych znajomych... Jaka to była szkoła życia! (ot, takie "dyndanie" na trzepaku, o jakim wspomina autorka - kto to dziś robi!)

Książka jest rzeczywiście napisana z myślą o urodzonych po 89 r., i chwała autorom za chęć przybliżenia tamtego życia, ale śmiem wątpić, czy w młodym wieku czytelnicy pojmą coś tak absurdalnego, jak szczęśliwie miniony system Polski Ludowej. Na pewno publikacja wzbudza uśmiech mojego pokolenia i rodziców (pewnie i gorycz). Przy okazji uzmysławia, że te dwa pokolenia mają ze sobą dużo więcej wspólnego niż jakiekolwiek inne w ostatnich czasach. Wszak oba pokolenia wyrastały w jednym, okrutnym systemie i mają wspólnie co wspominać, choć oczywiście z innych perspektyw (dzieci - obciachu noszenia znienawidzonych relaksów, rodzice - z perspektywy trudu zdobycia jakiegokolwiek obuwia dla dzieci). Pokolenie moich rodziców ze swoimi rodzicami nie mogło porozumieć się na temat wojny, bo nawet najlepsza wyobraźnia nie pomoże w zrozumieniu tych, których młodość przypadła na czas walki, okupacji, ogromnej biedy i uciemiężenia.
Mojemu pokoleniu raczej trudno zaś będzie podzielić entuzjazm dla komedii Barei ze swoimi dziećmi...
I dlatego mojego dzieciństwa z żadnym innym bym nie zamieniła, nawet mimo braku pomarańczy na co dzień. Dziś je mam - tak jak i alergię na nie - przez cały rok. :)

wtorek, 12 lipca 2011

Wakacyjne obserwacje

Lato sprzyja obserwacjom społecznym. Mam wrażenie, że jakbyśmy wprost proporcjonalnie do rozbierania naszych ciał, obnażali nasze zachowania. A ja patrzę i nadziwić się nie mogę:)

Mała miejscowość nad wielkim, pięknym jeziorem w Wielkopolsce. Pierwsza klasa czystości. Ładna natura. Względny spokój.
Siedzimy w barze, czekając na kolegę, gdy na zdezelowanych torach radośnie gwiżdże kolejka wąskotorowa i wjeżdża na "stację", czyli bar, w którym nieświadomi sytuacji siedzimy. Miło. Z trzech kolorowych wagonów wysypuje się wesoła ferajna o dosyć wysokiej średniej wieku - cała zorganizowana grupa seniorów, która ponoć przyjechała nad jezioro. Jeszcze kolejka nie opustoszała, gdy cała grupa bezceremonialnie pcha się do nielicznych barowych stołów. Prosiłoby się o "dzień dobry", "czy możemy się dosiąść", ale nic z tych rzeczy! Państwo pchają się i walczą o miejsca z urojonym przeciwnikiem, ładują się na ławy, jakby zmęczeni wracali z pieszej wędrówki (choć 2,5 godz. spędzili na kolejowych fotelikach) i od razu z tobołków wyciągają swój suchy prowiant. Ktoś z nich nieśmiało się zastanawia, czy to wypada tak nic nie zamawiać, bo to chyba bar, ale nikt nie podejmuje wątku.
Jesteśmy bez szans. Gdy dochodzi do nas kolega, a my straciliśmy (fakt, bez walki z naszej strony) miejsce dla niego, przesiadamy się. Co bystrzejsze seniorki reflektują się, że pozbawiły nas miejsca, ale nie wprowadza ich to w zakłopotanie, tak są zaangażowane w "ciafrotanie" z sąsiadkami.
Na szczęście zaraz odpływamy.

Wracamy po czterech godzinach, a sytuacja w barze identyczna do zastanej! Tyle że towarzystwo zyskało bardziej mętny wzrok i straciło nieco na koordynacji ruchów. Starsza pani polewa spod stołu własną, ciepłą wódkę towarzyszom, zapijają napojem z termosu i ciepłą oranżadą (własną) i niezbyt cicho dyskutują w rytmie wrzeszczącego disco polo (cytat ze słów jednego z przebojów - wykropkowanie moje, tekst szedł w całości: "łaj, bi, du, daj, ja tam w tańcu nie pierd..."). A między nogami pałęta się pies - bez obroży i kagańca, o którego zaraz wszczyna się awantura - że pogryzł czy przestraszył dziecko, że tak być nie powinno - dowodzi przechodzień. Odmiennego zdania jest senior, jak mniemamy właściciel psa, który wypuszcza wiązkę przekleństw w stronę adwersarza i unosi się oburzony, obnażając swoją garderobę, tj. jej brak. Z racji upału pan rozebrał się do bielizny (jesteśmy cały czas w tym samym barze, na świeżym powietrzu, ale jednak w centrum miejscowości wypoczynkowej).

W naszych oczach przerażenie miesza się z ubawem. Koloryt lokalny? Też. Ale chyba przede wszystkim ta grupa społeczna, którą kolokwialnie określa się mianem dresów 50 - tyle że lat później.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Wołanie o odpowiedzialność

Półgodzinny przegląd wydarzeń dnia nie napawa optymistycznie. Wypadek za wypadkiem, śmierć człowieka jedna za drugą, w tym tego najmniejszego, bezbronnego, zdanego na dorosłych. Można załamywać ręce, że wypadek, że katastrofa, że nieszczęście. Ale to zbyt proste.

Za każdym z nieszczęść, o którym donosiły dziś programy informacyjne, stoi nie tyle często wspominany w przyczynach wypadków błąd ludzki, ale czyjaś odpowiedzialność lub - co smutniejsze - raczej jej brak.
Ktoś przeszarżował, ktoś nie dopilnował, ktoś nie uważał za stosowane zgłosić, a ktoś inny liczył, że jakoś się uda. To nie są sytuacje wyjątkowe - to nasz chleb powszedni w Polsce, to ciągła sytuacja, która mnie męczy, czasem doprowadza do szału. Pół biedy jeśli chodzi o błędy w pracy, niedogodności związane z komunikacją czy relacjami międzyludzkimi. Ale nikt nie wie, kiedy lekceważące podejście do jakiejś sprawy będzie tak brzemienne w skutkach, że ktoś niewinny zginie.
Czy osoby, które migają się od odpowiedzialności, odbierają takie jak choćby dzisiejsze sygnały alarmowe?