wtorek, 12 lipca 2011

Wakacyjne obserwacje

Lato sprzyja obserwacjom społecznym. Mam wrażenie, że jakbyśmy wprost proporcjonalnie do rozbierania naszych ciał, obnażali nasze zachowania. A ja patrzę i nadziwić się nie mogę:)

Mała miejscowość nad wielkim, pięknym jeziorem w Wielkopolsce. Pierwsza klasa czystości. Ładna natura. Względny spokój.
Siedzimy w barze, czekając na kolegę, gdy na zdezelowanych torach radośnie gwiżdże kolejka wąskotorowa i wjeżdża na "stację", czyli bar, w którym nieświadomi sytuacji siedzimy. Miło. Z trzech kolorowych wagonów wysypuje się wesoła ferajna o dosyć wysokiej średniej wieku - cała zorganizowana grupa seniorów, która ponoć przyjechała nad jezioro. Jeszcze kolejka nie opustoszała, gdy cała grupa bezceremonialnie pcha się do nielicznych barowych stołów. Prosiłoby się o "dzień dobry", "czy możemy się dosiąść", ale nic z tych rzeczy! Państwo pchają się i walczą o miejsca z urojonym przeciwnikiem, ładują się na ławy, jakby zmęczeni wracali z pieszej wędrówki (choć 2,5 godz. spędzili na kolejowych fotelikach) i od razu z tobołków wyciągają swój suchy prowiant. Ktoś z nich nieśmiało się zastanawia, czy to wypada tak nic nie zamawiać, bo to chyba bar, ale nikt nie podejmuje wątku.
Jesteśmy bez szans. Gdy dochodzi do nas kolega, a my straciliśmy (fakt, bez walki z naszej strony) miejsce dla niego, przesiadamy się. Co bystrzejsze seniorki reflektują się, że pozbawiły nas miejsca, ale nie wprowadza ich to w zakłopotanie, tak są zaangażowane w "ciafrotanie" z sąsiadkami.
Na szczęście zaraz odpływamy.

Wracamy po czterech godzinach, a sytuacja w barze identyczna do zastanej! Tyle że towarzystwo zyskało bardziej mętny wzrok i straciło nieco na koordynacji ruchów. Starsza pani polewa spod stołu własną, ciepłą wódkę towarzyszom, zapijają napojem z termosu i ciepłą oranżadą (własną) i niezbyt cicho dyskutują w rytmie wrzeszczącego disco polo (cytat ze słów jednego z przebojów - wykropkowanie moje, tekst szedł w całości: "łaj, bi, du, daj, ja tam w tańcu nie pierd..."). A między nogami pałęta się pies - bez obroży i kagańca, o którego zaraz wszczyna się awantura - że pogryzł czy przestraszył dziecko, że tak być nie powinno - dowodzi przechodzień. Odmiennego zdania jest senior, jak mniemamy właściciel psa, który wypuszcza wiązkę przekleństw w stronę adwersarza i unosi się oburzony, obnażając swoją garderobę, tj. jej brak. Z racji upału pan rozebrał się do bielizny (jesteśmy cały czas w tym samym barze, na świeżym powietrzu, ale jednak w centrum miejscowości wypoczynkowej).

W naszych oczach przerażenie miesza się z ubawem. Koloryt lokalny? Też. Ale chyba przede wszystkim ta grupa społeczna, którą kolokwialnie określa się mianem dresów 50 - tyle że lat później.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz