niedziela, 28 sierpnia 2011

Problem nie tylko austriacki

W czerwcu br. austriacki ks. Helmut Schüller wraz z grupą, liczącą dziś ok. 300 austriackich proboszczów, opublikował odezwę do władz Kościoła. Księża domagają się w niej zniesienia celibatu, dopuszczenia do komunii św. rozwodników oraz większej roli świeckich w kościele przejawiającej się m.in. w możliwości głoszenia kazań przez osoby spoza stanu duchowieństwa. Konflikt narasta.
Austriacka inicjatywa pojawiła się niespełna pół roku po apelu niemieckich katolickich intelektualistów o zbliżonej zawartości i wymowie. Różnica polega jedynie na tym, że w Austrii mowa jest już o 300 księżach, którzy szacują, że ok. 2/3 wiernych stoi za nimi, podczas gdy w Niemczech zebrano podobną liczbę popleczników głównie wśród świeckich.
Zdumiewa pewność inicjatorów "buntu" co do przekonań pozostałych wiernych. Czy tak s pewni owoców swojego duszpasterstwa? Czy przez lata posługi w austriackich parafiach pielęgnowali brak zgody z jednymi z podstawowych zasad kościelnych? Czy nie obnaża to stanu duchowieństwa w tym Kościele?

Kardynał Schönborn z Wiednia ma nie lada orzech do zgryzienia. Mówi się o poważnym podziale w austriackim Kościele i konsekwencjach w postaci ekskomuniki. Kardynał dąży jednak do złagodzenia tonu dyskusji, prosił buntowników o poważne zastanowienie się nad sobą i tą kwestią i liczy, że uda się pozyskać buntowników do planowanej reformy w austriackim Kościele. Niemniej zapytał publicznie ks. Helmuta Schüllera, czy uważa, że nadal jest członkiem Kościoła. Zapytany twierdzi zaś, że nigdy "nie zostawi swojego Kościoła na lodzie".

Ani katolików niemieckich, ani austriackich nie można uważać za pępek katolickiego świata, to przecież ułamek ponadmiliardowej społeczności na świecie, nawet jeśli ten narody wydały kard. Ratzingera, obecnego papieża, i wybitnego teologa Karla Rahnera. Nie można jednak bagatelizować pojawiającego się coraz wyraźniej problemu - że wierni Kościoła czują się instrumentalnie traktowani przez hierarchów (biskupów, Watykan), że chcą mieć więcej do powiedzenia, nie chcą być ciemnym tłumem, którym można bezrefleksyjnie kierować. Bo niewątpliwie to leży u podstaw inicjatyw niemieckiej i austriackiej. Problem w tym, że przy okazji wytacza się niewspółmiernie ciężką, ale i nieco zużytą artylerię, której zastosowanie może nie przynieść zamierzonych, a potrzebnych rezultatów (reform dotyczących roli świeckich w kościele), a wyrządzić wiele krzywd (doprowadzić do rozłamu).

sobota, 27 sierpnia 2011

Miasto nad rzeką

Mamy Wartę za rogiem. Nad Wartą mają swoją siedzibę kluby kajakarskie i wioślarskie. Ale spróbujcie wypożyczyć kajak i na 2-3 godzinki wypuścić się Wartą w okolice Poznania. Powodzenia! Lato mija, a żeby skorzystać z takiej możliwości, musieliśmy pojechać kilkadziesiąt kilometrów od Poznania.

Lato w mieście, rzeka w centrum miasta, a tu nic: ani stateczku (świętej pamięci, zaoranego), ani innego transportu wodnego, o możliwości prywatnego, niepowiązanego ze spływem "kajakowania" nie mówiąc. Dziwi mnie, że przy żadnym z klubów nie wywiązała się inicjatywa wypożyczania sprzętu wodnego - pół Rataj i Wildy mogłoby w ten sposób spędzać choćby tylko weekendy przez 3-4 miesiące w roku. A jakiś stateczek, który woziłby mieszkańców regularnie do Puszczykowa? Nie wierzę, że ci, którzy przemierzają w weekendy te 20 km samochodami, nie skusiłoby się na wodny transport.

Czy doczekamy czasów, gdy nad Wartą nie będzie się siedziało jedynie na dziko, ale znajdą się choćby jeden-dwa punkty z przybrzeżnym tarasem albo ławkami? Gdzie nie będzie wysypiska śmieci (w centrum miasta, między mostami Królowej Jadwigi a Św. Rocha jest mnóstwo pełnych worków śmieci, nie w krzakach - tak po prostu - poznaniacy, przecież to Wasza sprawka!), ale uczęszczany, jak dziś, tyle że z większą sympatią, szlak rowerzystów, pieszych czy biegaczy? Jestem zawodową optymistką, ale brak inicjatywy wokół rzeki, zachowanie miasta względem tych terenów nie napawają zbyt optymistycznie. Może akcja "Gazety" oraz projekty Politechniki coś ruszą...

piątek, 26 sierpnia 2011

Lato w mieście - edycja 2011

Ukrop i klimaty jak w Afryce - podobno, bo nie byłam i wcale obecna aura mnie do tego nie zachęca. Z tych afrykańskich klimatów, to najbardziej cenię... żaluzje w południe i wentylator na parapecie :).
Za to jakie piękne wieczory tą już niemalże jesienną porą! I pomyśleć, że znakomita większość ludzkości, zwłaszcza jakkolwiek związanej z edukacją, już pakuje tornistry i wyprawki. A ja - jeszcze przed urlopem! Zatem mam podwójne wakacje - najpierw te z tytułu lata w mieście. No bo jak tu się nie oprzeć takiej aurze, jak choćby wczoraj: bezwietrznie i bezchmurnie i 25 st. C o godz. 21. A że nie jestem wyjątkiem i znakomita większość czynnych zawodowo osób preferuje wakacyjne, czyli zwolnione tempo, to trzeba brać pełnymi garściami - następne lato dopiero za rok.
No i jeszcze we wrześniu - jak się ma wakacje:)

Częstochowska uroczystość


W dzieciństwie zawsze mi się myliło, które maryjne święto kiedy obchodzimy w sierpniu. Jak to - rozumowałam - pielgrzymki kończą się w połowie sierpnia, więc wtedy jest święto Matki Bożej Częstochowskiej. Dodam, że jeszcze wtedy wydawało mi się, iż pielgrzymki chodzą zawsze (tylko) od 1 sierpnia do 15 sierpnia (dzieci to jednak mają poukładane w głowach:)).
I zastanawiałam się, jak już mnie wyprowadzano z błędu, że Wniebowzięcie jest ważniejszym świętem od uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej, dlaczego tę uroczystość świętujemy dopiero pod koniec sierpnia? Powinno być na odwrót, tak tematycznie - tak kombinowałam. Czyż nie ma w tym logiki?

Wniebowzięta, acz Częstochowska - ma nas równo w swojej opiece.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Na książkowym głodzie

Dostałam od koleżanki kilka tegorocznych numerów "W Drodze". No i jakby czas w tym ostatnio ciągłym pędzie się zatrzymał. Łakomie zapoznałam się ze spisem treści każdego numeru, a potem, zamiast oddać się uczcie intelektualnej rozpraw, wywiadów itp. poważnych tekstów, z jeszcze większym apetytem, rzuciłam się na... opowiadania i prozę Jana Grzegorczyka. Musze to wyznać: Jak ja lubię tego autora! Pochłonęłam już większość jego książek i w przeciwieństwie do większości autorów współczesnych powieści nie darzę go mało chwalebnym tytułem grafomana, którąż to opinią raczę większość pisarzy, którzy na koncie mają więcej niż 2-3 książki.
Dlaczego?
Za żywy język, zazwyczaj wartką (ale bez przesady) akcję, zazwyczaj też pełną ciekawych zwrotów. I za ludzkich bohaterów oraz za tematykę, w której wspólnota parafialna, Kościół odgrywają ważną rolę. Ja po prostu lubię bohaterów Grzegorczyka z ich zaletami, przywarami, ludzkimi głupotami i słabościami :).
A autora cenię jeszcze za dystans i puszczenie oka od czasu do czasu do czytelnika.
Pewnie, jak każdy pisarz, na dłużą metę popada w schematy w swoich powieściach, ale... gdy się jest tak wygłodniałym jak ja, gdy dni mijają na stukaniu mało beletrystycznych tekstów i odkodowywaniu internetowych głupot, to z jakimż upojeniem czyta się takie powieści, nawet jeśli tylko w odcinkach.
Ale co tam - już niedługo Znak zapowiada kolejną powieść, chyba kolejne "Chaszcze" Grzegorczyka. Tymczasem trzeba pomyśleć o czymś równie wciagającym na urlop.

środa, 17 sierpnia 2011

Spojrzenie na Afrykę

O poprzedniej klęsce suszy w Afryce, tej sprzed 30 lat, słyszałam dzięki licznym akcjom dobroczynnym organizowanym wtedy na całym świecie, nawet w komunistycznej Polsce. Zaczynałam wtedy katechizację w szkole, a moją, najlepszą, katechetką była siostra Achilla. Już Jej imię nadawało anielskości Jej osobie. A do tego niesamowita dobroduszność i wyrozumiałość dla dzieci. Siostra właśnie wróciła do Polski po kilku latach pallotyńskiej misji w Etiopii. Wiele katechez poświęciła więc, ku mojej radości, na opowieści o Afryce, o życiu ich mieszkańców, ilustrując je kolorowymi przeźroczami. Afryka fascynowała kolorami nas, żyjących w mało kolorowych realach PRL-u, ale i wzruszała - smutne spojrzenia wychudzonych etiopskich dzieci sprawiały, że żarliwie znosiliśmy swoje zabawki, przybory szkolne na organizowane zbiórki. I namawialiśmy rodziców na pomoc finansową.

Z tamtej, dziecięcej perspektywy, pomoc dotkniętej suszą Afryce dawała więcej satysfakcji. Dziś, po prawie 30 latach, choć nadal nie mam wątpliwości, że pomagać trzeba, gdy już zginęło 30 tys. dzieci, to pojawia się więcej znaków zapytania czy pretensji. Świadomość, że może nawet połowa ofiarowanych kwot nie dociera do potrzebujących, ale wspiera reżim, wille dyktatorów i wojny domowe, sprawia, że czuję się bezsilna wobec problemów Afryki, tak jak bezsilny wydaje się cały świat, który jednak - w przeciwieństwie do mnie - jednej osoby - ma wiele narzędzi, by pomóc w porządkowaniu Afryki. Ale to przecież nie jest prawie nikomu na rękę...

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Arcydzieło nie do zobaczenia


Każdy z nas zachwyca się ołtarzem Wita Stwosza w Mariackim, choć tak naprawdę z perspektywy udostępnionej turystom czy uczestnikom Mszy św. stosunkowo niewiele widzimy. Owszem, monumentalność, ogrom pracy, bogactwo postaci, scen... Nikomu z nas nie jest jednak dane podejść bliżej i odkryć... Odkryć geniusz rzeźbiarza na miarę Michała Anioła (sposób, w jaki rzeźbił kończymy z anatomiczną dokładnością), który stworzył postaci ponad 2 razy większe od rzeczywistych (wszak w przestronnym wnętrzu świątyni nie sprawiają tak wielkich, ale ponoć palec Matki Bożej ma długość przedramienia dorosłego człowieka!), ale i niedociągnięcia jak zez wielu z postaci przedstawionych na ołtarzu.

Najbardziej znanemu ołtarzowi Stwosza fotograf Andrzej Nowakowski poświęcił cały album. I tak do księgarń trafia "Blask. Ołtarz Mariacki Wita Stwosza", liczący 320 stron i niezliczone fotografie każdego elementu ołtarza album. Nim jednak wydam prawie 300 zł na tę cudowną publikację, delektuję się kilkoma fotografiami opublikowanymi w "Przekroju" (nr 32/2011), z którego wiedzę o tymże dziele zaczerpnęłam.

Moda na Natanka

Kilka pism w minionym tygodniu wzięło na warsztat "fenomen ks. Natanka". Nie bardzo wiem, czym to tłumaczyć, czy tym, że w najlepsze działa internetowy kanał tego suspendowanego księdza i rośnie jego popularność, czy może wakacyjną posuchą w mediach?

Mnie zjawisko nieposłusznego i najwyraźniej odznaczającego się nieprzeciętną charyzmą księdza skłania do dwóch refleksji.
Po pierwsze, co się dzieje ze wszystkimi "wyznawcami ks. Natanka", którzy uczestniczą w niegodziwych mszach św. (czyli sprawowanych przez zawieszonego księdza). Czy są świadomi swojego grzechu (a może obłąkania)? Czy za nic mają nauczanie Kościoła? Czy raczej go nie znają (zapewne)?
Po drugie, takie zjawiska, przez niektórych odczytywane za źródło podziału lub osłabienia i niebezpieczeństwa Kościoła, zmuszają nas, pozostałych członków Kościoła, do myślenia i działania. Gdyby nie tacy ludzie jak ks. Natanek, Kościół grzałby się w swoim bezpiecznym ciepełku i pewnie nie zauważyłby palących problemów we wspólnocie.
Pytanie tylko, jak długo Kościół w postaci władnych hierarchów będzie się przyglądał zjawisku, zamiast chronić przed jego zgubnym wpływem kolejne rzesze katolików.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Nie do wiary...

Opactwo podało się do dymisji, rozwiązało się, a mnisi opuścili słynny w całym regionie klasztor. Brzmi jak brzmi jak osnowa powieści?
Nie, to fakt, choć dla nas tu i teraz nie do wiary, to niezbyt geograficznie (a kto wie, czy i czasowo) odległy.
W zachodnich Niemczech, okolicy katolickiej, w czerwcu zostało rozwiązane opactwo benedyktynów z kilkusetletnią tradycją. Rzecz miała miejsce w Siegburgu, mieście, którego symbolem jest benedyktyński klasztor.

Gdy o tym usłyszałam z ust zatroskanych powstałą sytuacją Niemców, uznałam, że czegoś nie zrozumiałam. Jak to rozwiązali się? Jak tak mogli? A co biskup? Wyższe władze zakonu, Kościoła? Przecież to nie spółka z o.o., której zarząd mówi "bierzemy zabawki i idziemy każdy na swoje podwórko".
- Ze względów ekonomicznych oraz (między)ludzkich - uznali, że dłużej nie dadzą rady - krótko wyjaśnił znajomy. Czyli: brakuje nowych powołań, brakuje środków na utrzymanie ogromnego zabytkowego kompleksu, brakuje osób kompetentnych, które mogłyby pokierować zespołem i scalić podzielonych mnichów (jakieś napięcia i konflikty).
Przejęci losem opactwa długo czekali na informacje, co dalej. Okazało się, że opactwo przejmie zakon kamedułów z Indii.

A czemu o tym piszę? Bo mi się dopiero przypomniało przez to szalone i zagonione lato, rzecz natomiast wydała mi się tak zaskakująca, że nie mogę jej przemilczeć nawet półtora miesiąca po fakcie. :)

sobota, 6 sierpnia 2011

Takie sprytne media

Różne doniesienia o mądrości, bystrości ludzkości każą nam zachwycać się ludzkim rozumem i rozwojem. Taki choćby internet - że powstał, że ktoś wymyślił i że teraz wszyscy się przyczyniają, by się rozwijał, jest wszak podstawowym narzędziem pracy dla coraz szerszych mas.
Na przykład ilekroć siadam do jakiegoś większego tłumaczenia, to zastanawiam się, jak tłumacze radzili sobie w erze przedinternetowej?!;-)

A tu taki psikus. Media na całym świecie dały wiarę żartownisiowi, który stworzył stronę rzekomego instytutu badawczego, który rzekomo przeprowadził badania na 100 tys. osobach (!). Udowodnić miały one, iż użytkownicy przeglądarki Internet Explorer (dziecko Microsoftu) są głupsi od użytkowników konkurencyjnych tworów, jak Fire Fox, Opery czy Chrome'a. Media, które dysponują najtańszym i najprostszym narzędziem weryfikacji, jakim jest internet, po prostu to powieliły. Nikomu nie przyszło przez myśl wklepać w jakąkolwiek wyszukiwarkę nazwę instytutu, który w doniesieniach pojawił się pierwszy raz na świecie (dziennikarze codziennie dostają jakieś notki od instytutów badawczych - przez sen mogliby wymienić liczne, więc odrobina refleksji uratowałaby honor!), nikt nie sprawdził wieku witryny (banalne! a fakt, że założona została miesiąc temu o czymś świadczy...). Te dwie czynności zdyskredytowałyby rozesłaną, fałszywą informację. Zrobili to internauci, po raz kolejny obnażając indolencję i bezkrytycyzm dziennikarzy i redaktorów.

To nie użytkownicy IE są głupsi. To sam internet ogłupia, gdy głupio stosowany.

PS a o braku krytycyzmu dziennikarzy oraz ich jedzeniu z ręki pijarowcom po raz kolejny na łamach najnowszego "Pressa".

piątek, 5 sierpnia 2011

Ale o co chodzi?

Takie zdjęcie:


Kapliczka przy ul. Dolna Wilda. Jeszcze do lata sypała się i mało kto pewnie na nią zwracał uwagę, ale ja, często koło niej przechodząc, odnotowywałam, że ktoś o niej pamięta, kwiaty (sztuczne) i znicze stawia.
Latem Ktoś wziął się do pracy i skrupulatnie kapliczkę odnowił. Zajaśniała niebieskim blaskiem.
No i fajnie.
Ale...

Naprzeciwko leciwy budynek starej łaźni, dziś obiekt artystyczno-snobistycznych westchnień, miejsce spotkań biznesowych, pokazów mody i kulinarnych odkryć, czyli przyjemna, acz czasem w atmosferze zbyt pretensjonalna restauracja SPOT z wieloma inicjatywami kulturalnymi, modowymi, designerskimi i takimi różnymi z gatunku "na czasie". SPOT na swoim facebookowym profilu do galerii fotek różnych wrzucił fotkę owej kapliczki. Co by tu nie mówić - nie jest w ich stylistyce, choć walizeczki z logo Macintosha mogłyby z nią korespondować...
No i jak to na FB - zaczęło się, powiedzmy mało przychylnie.

A mnie się podoba, że ktoś się poświęcił i odnowił bezinteresownie miejsce kultu i pamięci (to miejsce związane z odprowadzaniem straceńców na pobliską niegdyś szubienicę, w jej miejscu stoi krzyż), że mamy wolność i możemy sobie wybierać stylistykę i jeszcze o niej mówić (byle umieć mówić, nie obrażając) i że to się dzieje w sąsiedztwie miejsca, w którym TAKĄ wagę przywiązuje się do wyglądu (tylko nie wyglądu i jakości ich parkingu).:) Mały pstryczek, że nie zawsze o to chodzi. Ci, co znają Spota, wiedzą, o czym mówię ;-)

Tylko nie rozumiemy, wszyscy, z którymi oglądam kapliczkę - o co z tymi walizkami Apple chodzi? Wszak koncernu pana Jobsa nie posądzałabym o sponsoring renowacji zabytkowej kapliczki na Wildzie.
Niemniej sądzę, że Matka Boża na (za) te walizeczki się nie obrazi.

Trzy plus...

... to nie ocena szkolna :). Takim mianem w skrócie określa się rodziny wielodzietne. W Polsce zewsząd słychać narzekania na niski przyrost naturalny, ale za to mało wciąż mówi się o rodzinach wielodzietnych, o tym, jak im się żyje, jak sobie radzą albo z czym sobie poradzić nie mogą. No i wsparcie społeczne wciąż nie jest wystarczające, by zachęcić rodziny do powiększania się.

"Pro Life" - ten ruch kojarzy się większości z nas, powiedzmy niewtajemniczonych, z odbywającymi się zawsze ze skandalami wystawami nt. aborcji. Tymczasem działalność federacji Pro Life wykracza daleko poza kreślony przez media wizerunek. Ruch ten jest za życiem w ogóle (tj. w każdym wieku i w każdej formie - zdrowiem, rodziną itd.). I tak w ramach Pro Life działa poznańska Fundacja Głos dla Życia, która właśnie zajmuje się wsparciem dla rodzin wielodzietnych - owych "trzy plus".
Fundacja, promując pozytywny wizerunek rodzin wielodzietnych, a jednocześnie otaczając je opieką, informuje:

  • Rodziny wychowujące czworo i więcej dzieci stanowią ok. 5% wszystkich rodzin wychowujących dzieci. Jednocześnie wychowują one 13% ogółu dzieci wychowywanych w polskich rodzinach.

  • 90% rodzin wielodzietnych żyje poniżej minimum socjalnego, a co trzecia poniżej minimum egzystencji.

  • Instytucjonalna pomoc rodzinom wielodzietnym jest dalece niewystarczająca, a ponad 50% tych rodzin nie jest w stanie egzystować bez wsparcia z zewnątrz. Dzieje się tak m. in. dlatego, że na zasiłki rodzinne Polska przeznacza jedynie 0,4% PKB (dla porównania: Dania 3,3%, Francja 2,6%, Niemcy 2,2%, UE ogółem 1,8%).

  • Prawie co piąta rodzina wielodzietna nie ma pralki automatycznej. Oznacza to, że np. przeszło 200 rodzin z Poznania musi obyć się bez tego podstawowego sprzętu. (sic!)

  • 20% rodziców rodzin wielodzietnych Poznania ma wyższe wykształcenie.

Tyle i więcej na stronie: patronatnadrodzina.pl. Może ktoś będzie chciał patronatem objąć którąś z rodzin?

środa, 3 sierpnia 2011

Pomoc Watykanu

Najpierw zdziwiłam się, gdy parę dni po tragedii w Japonii usłyszałam, że Watykan przekaże na pomoc ofiarom ...i tu padła kwota, o której pomyślałam, że to musi być pomyłka. Chodziło o 30 lub 50 tys. euro, czyli jakieś 120-200 tys. zł. Traktując Watykan jako niezależne i raczej bogate państwo, do tego kościelne, uznałam, że to dziennikarska pomyłka.
Ale nie minęło pół roku, gdy po raz kolejny państwo watykańskie sięgnęło do kieszeni, by pomóc ofiarom suszy w Afryce. Tym razem depesze poinformowały o 50 tys. euro pomocy ze strony Watykanu dla Afryki. I znów zgryz.
200 tys. zł (w przeliczeniu)na pomoc przy tak ogromnych potrzebach na odległym lądzie, gdzie wciąż kuleje cywilizacja, gdzie samo dostarczenie pomocy idzie w setki tysięcy euro, to śmieszne pieniądze. Za tę kwotę kupi się ledwo małe mieszkanie w dużym polskim mieście.
To śmieszna kwota względem budżetów i pomocy, o jakich mowa w kontekście innych państw, która idzie w setki tysięcy euro i miliony. No tak, ale... W Watykanie mieszka zaledwie tysiąc osób, Watykan nie pobiera podatków (można się kłócić o podatki kościelne spływające do Rzymu z całego świata, niemniej ponoć nie stanowią one przychodów państwa watykańskiego, państwo zarabia na muzeach, pamiątkach, wydawanych monetach, odsetkach bankowych, no i na nieruchomościach... wartych ok. 1,5 mld euro). Nie dotarłam do nowszych danych, ale w 2007 r. Watykan wygenerował ponad 6 mln euro zysku, rok później już 15 mln euro straty. To liczby na poziomie średniej wielkości raz lepiej, raz gorzej prosperującego przedsiębiorstwa.
Przy tych danych 50 tys. euro raz czy dwa razy w roku jako interwencja nieco zmieniają wydźwięk. Ale nadal uważam, że to mało jak na jednostkę kościelną, która przecież - w przeciwieństwie do firm - nie ma komercyjnego celu...