niedziela, 7 sierpnia 2011

Nie do wiary...

Opactwo podało się do dymisji, rozwiązało się, a mnisi opuścili słynny w całym regionie klasztor. Brzmi jak brzmi jak osnowa powieści?
Nie, to fakt, choć dla nas tu i teraz nie do wiary, to niezbyt geograficznie (a kto wie, czy i czasowo) odległy.
W zachodnich Niemczech, okolicy katolickiej, w czerwcu zostało rozwiązane opactwo benedyktynów z kilkusetletnią tradycją. Rzecz miała miejsce w Siegburgu, mieście, którego symbolem jest benedyktyński klasztor.

Gdy o tym usłyszałam z ust zatroskanych powstałą sytuacją Niemców, uznałam, że czegoś nie zrozumiałam. Jak to rozwiązali się? Jak tak mogli? A co biskup? Wyższe władze zakonu, Kościoła? Przecież to nie spółka z o.o., której zarząd mówi "bierzemy zabawki i idziemy każdy na swoje podwórko".
- Ze względów ekonomicznych oraz (między)ludzkich - uznali, że dłużej nie dadzą rady - krótko wyjaśnił znajomy. Czyli: brakuje nowych powołań, brakuje środków na utrzymanie ogromnego zabytkowego kompleksu, brakuje osób kompetentnych, które mogłyby pokierować zespołem i scalić podzielonych mnichów (jakieś napięcia i konflikty).
Przejęci losem opactwa długo czekali na informacje, co dalej. Okazało się, że opactwo przejmie zakon kamedułów z Indii.

A czemu o tym piszę? Bo mi się dopiero przypomniało przez to szalone i zagonione lato, rzecz natomiast wydała mi się tak zaskakująca, że nie mogę jej przemilczeć nawet półtora miesiąca po fakcie. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz