czwartek, 29 września 2011

Chrześcijanie i koty

Rzymskie Koloseum. Dla nas, chrześcijan, to symbol prześladowań pierwszych wyznawców Chrystusa, ale z historii wynika, że dokładnie w tym miejscu raczej rzadko odbywały się osławione walki chrześcijan z lwami. Miały one miejsce raczej w innych tego typu obiektach.

Dziś na korytarzach Koloseum wałęsają się koty. Złośliwcy mówią, że jacy chrześcijanie, takie lwy. :)


Sanktuarium na skale

Mentorella i ulokowane na niej Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Mentorelli to niesamowite miejsce. Aż dziw bierze, że (na szczęście) nie zyskało sławy porównywalnej z jasnogórskim sanktuarium. Ulokowane na skale, choć nie na najwyższym z okolicznych szczytów. Dalekie od tempa dużych miast, ulicznego zgiełku i wyciszone. Ciszę przerywają jedynie na zmianę (lub równocześnie) dzwony, na których wolno zagrać pielgrzymom, lub dzwonków pasących się nieopodal, a często tuż za płotem, krów, kóz czy koni z ciekawością nieraz zaglądających przez płot na dziedziniec.
W ciągu dnia nie brakuje pielgrzymów, ale przy odrobinie woli każdy znajdzie dla siebie ciche miejsce na uboczu. Wieczorami tym bardziej.

W takim miejscu naprawdę łatwiej uwierzyć, że Bóg jest tu, na ziemi, obok nas.

wtorek, 27 września 2011

Wystrój kościołów

Ilekroć widzę taki jak poniżej przedstawiony kościół (romańska katedra z XII/XIII w. w Anagni we Włoszech), zastanawiam się, czy polskie kościoły muszą być tak szpecone jak to często bywa.


Co mam na myśli? Ano zawieszanie każdego wolnego centymetra kwadratowego obrazami, zastawianie każdego bocznego ołtarza - pół biedy jak rzeźbami, ale częsciej - świecznikami, świeczuszkami, ogarkami i wazonami - każdy z innej "parafii", czy - o zgrozo - sztucznymi kwiatami.

Ta romańska świątynia zachwyca harmonią, której - o dziwo - nie zakłócają nawet tak modernistyczne (notabene wygodne) krzesła! Daleko jej do chłodnej surowości kościół protestanckich, a jednak zaprasza - do tego, by pobyć i w ciszy, bez natłoku arcydzieł, fresków i marmurów, pokontemplować.

Urlopowo

Urlop o tej porze roku (w tym roku) ma dwie podstawowe zalety.
Po pierwsze, jeśli człowiek udaje się na południe, to przedłuża sobie mocno lato i jeszcze jesienią może się cieszyć aurą rodem z lipca czy sierpnia.
Po drugie, oszczędza sobie... kampanii wyborczej. Jakież to szczęście nie przysłuchiwać się stekom kłamstw, obietnic bez pokrycia, przyglądać się mizdrzeniu polityków i lizusostwu mediów.
Żyć, nie umierać, tj. nie wracać za wcześnie do polskiej codzienności :)

piątek, 9 września 2011

Ekologiczny pogrzeb

Ciarki mnie przeszły, gdy przeczytałam w portalu Gazeta.pl "Jak ekologicznie upłynnić ciało". I wcale nie uznałam, że to zabawna gra słów. Zabrzmiało jak poradnik kryminalisty. Niestety cały tekst nie znosi tego odium.

Otóż, autor donosi o dokonaniu amerykańskich naukowców (bo jakżeby innych), którzy wymyślili i już postawili spalarnię ludzkich zwłok pozwalającą na "alkaliczną hydrolizę" ciała po śmierci człowieka. To - w przeciwieństwie do tradycyjnych spalarni - ekologiczna metoda likwidacji ciała, ponieważ nie emituje np. rtęci do atmosfery. I jak zwykle absurd - w kraju, który nie przejmuje się żadną konwencją dotyczącą emisji dwutlenku węgla, który do spółki z Chinami najbardziej zanieczyszcza nasze ziemskie środowisko, rodzą się takie odkrywcze idee. Kpina.

Zawsze byłam zwolenniczką kremacji zwłok (w kontekście moich, po śmierci), a jeszcze lepiej w miarę możliwości oddaniu organów do transplantacji. Dziś w obliczu coraz większych o tym dyskusji wcale nie bronię swojego stanowiska. (A może to kwestia wieku i wprost proporcjonalnego przywiązania do ciała?;) ). Ale "ekologiczne upłynnianie" to jednak różnica. Niby efekt końcowy ten sam, ale nie taki sam.

Czy tradycyjne pogrzebanie zwłok zgodnie z najstarszą tradycją ludzkości jest już luksusem, na który chrześcijanie nie mogą (nie chcą) sobie pozwolić? Czy cmentarze są naprawdę takim obciążeniem ekologicznym i komunalnym, że ludzkość nie może go udźwignąć?

czwartek, 8 września 2011

Bezsensowny zamęt

Czytam najnowszy numer "W Drodze". Cytuję:

Prawdą jest, że moje przyjście do tego klasztoru, to akt buntu przeciwko bezsensownemu zamętowi życia, w którym było tyle działania, tyle ruchu, tyle bezużytecznego mówienia, tyle powierzchownej i niepotrzebnej stymulacji, że nie wiedziałem, kim byłem.

Pomyślałam, że to muszą być zdania jakiegoś mojego rówieśnika, z tu i teraz. I bardzo mnie poruszyły.

A to Thomas Merton (1915-1968), którego listy ukażą się w najnowszej książce "Życie w listach" nakładem wydawnictwa W Drodze. Te słowa zaś, jak mniemam, muszą pochodzić z lat 40.

poniedziałek, 5 września 2011

Przegląd prasy

Wrześniowy numer miesięcznika "Press" publikuje sylwetkę Szymona Hołowni - dziennikarza, autora religijnych (popularno-religijnych) książek.
"W działalności Szymona Hołowni sacrum wciąż walczy z profanum. Na tym zbudował siebie – popmarkę katolicką" - brzmi lead tekstu. Pogratulować odkrywczości pierwszego zdania - w którym człowieku nie odbywa się walka sacrum z profanum?

Ale nie chodzi o łapanie za słówka autorki (Renata Gluza). Ta bowiem stworzyła ciekawy tekst, zestawiający z jednej strony kogoś poszukującego, pytającego (dwa podejścia Hołowni do zakonu dominikanów), a z drugiej wielkiego fana popkultury (niekryjącego swojego zafascynowania popkulturą). Czytelnik może sam ocenić, czy woli Hołownię prezentera telewizyjnego wygłupiającego się na wizji z Marcinem Prokopem, czy Hołownię publicystę i religijnego autora, coraz częściej zapraszanego na rekolekcje i ludzko mówiący o Bogu (dla niektórych może i trywialnie, nie można mu jednak odebrać sukcesu w dotarciu z trudnym przekazem do przeciętnego oraz młodego katolika). Ale tylko pod warunkiem, że mimo oczu puści teksty o tym, jakim jeździ samochodem (tak jakby to wpływało na świętość człowieka, skoro już trzymamy się zapowiedzianej walki sacrum i profanum), a przede wszystkim - nie doczyta tekstu do końca. W ostatnim akapicie niestety (dla tego tekstu) redakcja mówi nam wprost, co mamy myśleć o bohaterze tekstu - mówiąc krótko, że jest świnią. Pomijam fakt, że o. Maciej Zięba użyczył swoich ust i nazwiska, by legitymować to sformułowanie. Bo to równie żenujące (przy czym, znając mechanizmy powstawania tekstu, zostawiam margines łagodności wobec dominikanina na ewentualne ingerencje bez zgody autora słów).

Ilekroć czytam takie teksty, nie tylko w "Pressie", zastanawiam się nad ich celem. Chęć poprawy ludzkości, czy dokopanie konkretnemu człowiekowi, zwłaszcza takiemu, któremu coś się udało wbrew panującym trendom? I nie mogę uwierzyć, by chodziło o to pierwsze. Tak jak z trudem przychodzi mi doszukanie się obiektywizmu w takim artykule.

PS Ten numer "Press" obiektywnie polecam. Warto zajrzeć do "Jak na spowiedzi" - rozmowy z ks. Gancarczykiem, naczelnym "Gościa Niedzielnego". I paru innych tekstów, przy których pewnie wielu sobie zada wyżej postawione pytanie o cel.

Paryż Allena

Największą krzywdę, jaką najnowszemu filmowi Woodyego Allena można było wyrządzić, było reklamowanie go jako "najbardziej kasowego". Dla mnie pierwszy powód, by na ten film nie pójść do kina.
Dystrybutor lub producent (nie wiem, kto za to odpowiada) najwyraźniej świetnie zna się na rzeczy, ponieważ na "O północy w Paryżu" polscy widzowie chodzą tłumnie do kina. Chociaż można się pocieszać, że to magia Paryża lub magnetyzm Carli Bruni zadziałały do spółki z nazwiskiem autora.
Dla mnie to nieprzerwanie czar mistrza niepowtarzalnych klimatów, spostrzeżeń i dialogów.

czwartek, 1 września 2011

Z perspektywy 23 lat

Była końcówka sierpnia 1988 roku, gdy niemieccy przyjaciele, którzy gościli całą naszą rodzinę (pierwszy raz za granicą!), zapytali, czy nie chcielibyśmy zostać - na stałe, bo mogli nam stworzyć ku temu warunki. W Polsce było wtedy już bardzo źle - wszystko się sypało, ale też nie było pewności, co z tego wyjdzie. Nie pamiętam tej sytuacji, znam ją bardziej z relacji. Za to utkwił mi w pamięci ogromny kontrast między szarością Polski, a otoczeniem w Niemczech - tam cieszyło wszystko: od kolorowych reklam masowo rozdawanych w marketach, po porządek na ulicach i piękne place zabaw, o bogactwie towarów (w tym jedzenia) nie wspominając.

Jeśli dziś w Polsce jest jakaś rodzina z Białorusi, to w obliczu doniesień o katastrofalnej sytuacji gospodarczej w tym kraju, może też dostała propozycję rozpoczęcia życia za lepszą granicą? Pytanie, czy w kolejnych miesiącach wszyscy doczekamy się czegoś na kształt okrągłego stołu i upadku reżimu Łukaszenki. Oby.