poniedziałek, 28 listopada 2011

Medialnie dokształceni

Wprawdzie warsztaty dla rzeczników instytucji kościelnych odbyły się w minionym tygodniu (21-23.11), dopiero teraz zbieram przemyślenia na ten temat.
Szkolenie, podobnie jak w ub.r., było wyśmienitą okazją do spotkania z praktykami-pasjonatami oraz do wymiany doświadczeń osób działających publicznie dla dobra Kościoła w mniejszym lub większym wymiarze (na płaszczyźnie diecezji czy mniejszych instytucji).
Tegoroczne spotkania poświęcono nowym mediom, czyli internetowi w dobie Web 2.0 (serwisów społecznościowych i interakcji). I tak warsztaty prowadzili specjaliści od Facebooka, Wikipedii, blogów (ks. Artur Stopka, autor poczytnego www.stukam.pl) czy Google oraz wideoblogów i relacji wideo w ogóle (franciszkanie prowadzący "Bez sloganu" oraz ci z portalu www.zakonfranciszkanow.pl). Ich celem była prezentacja ogólnodostępnych narzędzi internetowych i możliwości, po które mogą sięgnąć członkowie Kościoła - niekoniecznie tylko duchowieństwo. Na przykład profile parafii na Facebooku mogą prowadzić - za zgodą proboszczów - świeccy lubiący to medium i traktujący je jako uzupełnienie do parafialnej strony WWW. Uczestnicy warsztatów zgodzili się, że to świeccy parafianie powinni odpowiadać za stronę internetową parafii, gdyż to oni są najtrwalszymi członkami parafii, często też lepiej znają się na nowych mediach od duszpasterzy.

Członkowie Wikimedia przekonywali, że każdy, kto ma wiedzę o Kościele, ludziach Kościoła, jest zaproszony do redagowania i edytowania encyklopedii Wikipedia na prawach ustalonych przez tę organizację. Mam nadzieję, że dzięki tym warsztatom przybędzie wiele cennych wpisów w Wikipedii, która - jak pokazali prelegenci - jest coraz częściej źródłem wiedzy dla chrześcijan. I tak z okazji święta 3 maja aż 18 tys. razy w Wikipedii szukano, czy jest to święto nakazane. To jeden z wielu przykładów podanych przez autorów prelekcji.

W kompleksy mogła wprawić amatorów wideorelacji prezentacja przygotowana przez młodych franciszkanów. Najpierw o. Jakub pokazywał, jak w bardzo skromnym, acz silnym zespole przygotowują materiały na portal www.zakonfranciszkanow.pl - choć autorami są amatorzy, to doprawdy niewiele brakuje im do profesjonalistów. Fani puszczania w internecie nagrań z amatorskich kamer jako relacji ze Mszy, koncertów i wystąpień mają się czego uczyć na przykładzie materiałów tego portalu - z przemyślanym układem, profesjonalnie napisanymi tekstami (białe, offy, setki) i zmontowanymi zdjęciami i muzyką. Jako że sama nie mam pojęcia o telewizyjnym montażu, tym bardziej byłam pod wrażeniem pracy i osiągnięć widocznych na tym portalu, cieszącym się dużą popularnością w internecie.

Nie brakowało też ćwiczeń przed kamerą - każdy miał okazję do krótkiego wystąpienia, które następnie oceniali profesjonaliści: dziennikarka TVN 24 Brygida Grysiak oraz dziennikarz TVP Piotr Czyszkowski. I znów - mimo wielu pozytywnych opinii specjalistów - nie obeszło się bez salw śmiechu.

Jednym słowem wspólne przedsięwzięcie o. Jana Marii Szewka (rzecznik franciszkanów), dr Moniki Przybysz (wykładowca UKSW) i ks. Józefa Klocha (rzecznika KEP) po raz kolejny się udało i zapewne będzie wydawać kolejne owoce. Przyszłoroczne spotkanie już zapowiedziano na dni  27-29 listopada.

PS A tutaj relacja z warsztatów na wspomnianym portalu:
http://zakonfranciszkanow.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=730:is078&catid=92:infopolskaswiat&Itemid=515

niedziela, 27 listopada 2011

Wyśpiewane 10-lecie

Zaczęło się koncertem - starannie przygotowanym, przemyślanym - i mistrzowskim wykonaniem. 10-letnie Dzwonki, czyli Poznański Chór Dziecięco-Młodzieżowy Campanelli (obecnie już bardziej młodzieżowy) tak wczoraj obchodził swój jubileusz.
Koncert - prowadzony profesjonalnie przez świetnie debiutującego w roli konferansjera br. Wojtka - stanowił okazję nie tylko do podsumowania 10-letnich osiągnięć zespołu, ale i prezentacji nagrań z najnowszej płyty "Stań się przed Nią jak motyl", nagranej też na 10. urodziny. I tak w programie koncertu znalazły się bardzo dojrzałe utwory - trzy wersje "Ave Maria" różnych kompozytorów, w tym samej założycielki i dyrygentki chóru Beaty Sibrecht, ponadto Zoltana Kodaly. Widzowie - tłumnie jak na naszą parafię zebrani (ponad połowa kościoła wypełniona) - wysłuchali ponadto "Stabat Mater" cz. 1 (Giovanni Battista Pergolesiego), dwukrotnie "Ave Verum Corpus" (wg Francis Poulenca oraz Gabriela Faure), a na finał "Ojcze nasz" do muzyki jednego z najznakomitszych dzieł Ennio Morricone "Oboje Gabirela" z filmu "Misja". Po oklaskanym na stojąco finale publiczność doczekała się na bis "Psalmu 23.", własnej kompozycji dyrygentki.

Obchody jubileuszu kończyły się w refektarzu zamienionym na salę bankietową, gdzie stoły uginały się od własnoręcznie przygotowanych przez chórzystki i ich rodziców specjałów, i gdzie podziękowaniom nie było końca. Pani Beata dziękowała rodzicom i chórzystkom oraz księdzu proboszczowi i wszystkim, którzy pomogli w wydaniu płyty. Chórzystki odwzajemniały się swojej dyrygentce, nie zapominając o ks. Adamie. Nie zabrakło śpiewów, wspomnień i dużo śmiechu, który równie naturalnie jak śpiew towarzyszy zgranemu zespołowi.
I tak serdecznie i świątecznie upłynął wieczór (do późnych godzin) w naszej coraz bardziej rodzinnej parafii.




poniedziałek, 21 listopada 2011

Co wygrało z koncertem chóru?

Moja Mama śpiewa w chórze, odkąd pamiętam, bo zapisała się do nowo tworzonego chóru w mej rodzinnej parafii krótko po moich narodzinach. Występy chóru były świętem, im były podporządkowane nasze rodzinne niedziele. Od dziecka na nie chodziłam (z całą rodziną, potem w różnym zestawie) i tak mi zostało.
Wiedziona zainteresowaniem oraz szacunkiem dla śpiewaków nie za często przecież występujących, udałam się wczoraj na koncert naszego parafialnego, niegdyś znanego na całe miasto, chóru Zmartwychwstanie - po Mszy św. o godz. 14 (przyszłam o 14.50). Rozbrzmiewało jeszcze "Ave Verum" na komunię, a po zakończeniu Mszy rozpoczął się niedługi koncert (ok. 30 min).
W ławkach (na Mszy dosyć pełno) - łącznie 50 osób! Wsłuchuję się w śpiew i myślę, o co chodzi (po młodzieżowemu "o co kaman"): zwykła niedziela, ciepły słoneczny dzień (10 stopni w połowie listopada!), więc to nie pogoda może być wymówką. Gdyby każdy z ok. 20 chórzystów przyprowadził rodzinę, to już ten limit 50 osób zasiadających teraz w ławkach powinien być przekroczony - ale nie jest. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że dziś człowiek ma dużo więcej atrakcji niż w latach 80. czy na początku 90. Mimo to nie wyobrażam sobie, bym jako żona chórzysty na koncercie nie była. Bo koncert nie obywa się codziennie czy raz w tygodniu! No właśnie, ale może tej "świątecznej" oprawy wyjątkowości zabrakło? (czyt. dalej).

Myślę dalej: ogłoszenie w gazetce było 2 razy. Z ambony też ze 2 razy zapowiedzi słyszałam. Więc parafianie wiedzieć musieli. Na mszy ksiądz zapraszał do pozostania.

Dalej: chór liczy tyle lat co parafia - ileż ludzi przezeń się przewinęło - nie przesadzajmy, Polacy nie są tak mobilnym narodem, by nikt z byłych żyjących chórzystów nie mieszkał w okolicy! Gdzie oni są? (No właśnie, co o tej porze leci w telewizji? To może jest odpowiedzią na moje pytania - retoryczne).

Ale nim zarzucę parafian epitetami w stylu: bierni, leniwi, niezaangażowani, niezainteresowani, to przeanalizuję koncert od strony organizacyjnej. Bo może tu leży przyczyna?

Zmartwychwstanie występuje na mszach w ciągu roku kilka razy. Raz lub dwa w roku daje koncerty. O przesycie więc nie może być mowy - co najwyżej o tym, że za mało, zbyt rzadko ten chór słychać!
Jako osoba lubiąca chóralny śpiew, ale niemająca wielkiego pojęcia o utworach, oczkuję, że jak ktoś mnie zaprasza na koncert, to - skoro nie zapowiedział programu - w trakcie koncertu poszerzę horyzonty muzyczne i dowiem się minimum: autor, rok powstania dzieła, czyja aranżacja. Ale na próżno czekałam. Było "jakieś Kyrie", "jakieś Ave Maria" - przepraszam, ale wiem tylko, że nie było to znane Gounoda czy Schuberta, dlatego pełnej relacji nie zdam. Szkoda, przecież czarno-biały druk nawet 100 kartek formatu A5 z wypisanymi czytelną czcionką pieśniami to nie wydatek (koszt ok. 10 zł), tym bardziej ktoś zapowiadający utwór i wykonawców (były partie solowe). Nadałoby to nieco większej rangi koncertowi i uczyło szacunku wobec wykonawców.

Co zaś się świetnej przeszłości tyczy.. No właśnie niestety przeszłości (karty "Wpisanych w Zmartwychwstanie" dokładnie prezentują skalę działania chóru sprzed dekad). Nie zmienia to faktu, że chór trzyma wciąż poziom (a tym bardziej, że się solidnie przygotował do koncertu - tego nie można śpiewakom odmówić!), Polacy zaś wciąż nie chłoną wysokiej kultury zbyt masowo.

Widocznie darmowa lekcja dobrej muzyki (znów) nie wydała się  parafianom i mieszkańcom dzielnicy zbyt interesująca. Mam nadzieję, że dla okrojonego już zespołu Zmartwychwstanie nie będzie to zbyt deprymujące i doczekamy się koncertu kolęd. Czego nam wszystkim życzę.

PS Zobaczymy, jak będzie z koncertem Campanelli. Wprawdzie niestety nie mogę w nim uczestniczyć, ale śmiem sądzić, że będzie więcej widzów. Oby.

niedziela, 20 listopada 2011

Skojarzenia

Wielka uroczystość - Chrystusa Króla Wszechświata. I mały test. Jak że jesteśmy wzrokowcami, jako że do naszej wiary często potrzebujemy wizerunków, to... co Szanowni Czytelnicy widzą oczami wyobraźni na hasło "Chrystus Król"?
Mnie się wstyd przyznać... Bo przed oczami najpierw (czyli jakby podświadomie) jawi mi się moim zdaniem najgorszy z możliwych w tym kontekście obrazów - widok ze Świebodzina (sic!) :) (bynajmniej nie tylko taki odległy).

A dopiero potem następuje uśmiech, przerażenie i korekta mózgu: Ecce Homo, Chrystus Ukrzyżowany lub Zmartwychwstały - jako prawdziwy Król Wszechświata - bez posągów, pomników...

Myśl na... kiedykolwiek

Erazm z Rotterdamu: „Dlatego znoszę ten Kościół, dopóki nie zobaczę lepszego, Kościół zaś zmuszony jest zapewne również znosić i mnie, dopóki sam lepszy się nie stanę”.

piątek, 18 listopada 2011

Bojowa sobota...

... nam się jutro zapowiada. Zapowiedziana jest bowiem, jak co roku, parada równości, której nie kojarzę z niczym innym, jak rozróbami i bijatyką w centrum miasta.
Działacz Obozu Narodowo-Radykalnego, zapowiadając kontrmanifestację, reklamuje: "Przyjdź i pokaż razem z nami, że takie wartości jak Bóg, tradycja, rodzina są dla Ciebie ważne. Przyjdź pokazać, że nic nie zastąpi prawdziwej rodziny, żaden sztuczny związek partnerski".

Choć dla mnie "takie wartości jak Bóg, tradycja, rodzina" są ważne, choć wierzę, że nic nie zastąpi prawdziwej rodziny, żaden sztuczny związek partnerski", to nie przyjdę. A nawet potępię tych, którzy pierwsi rzucą kamieniem w przeciwników. Bo że rzucą wzorem lat ubiegłych - nie wątpię.

czwartek, 17 listopada 2011

Kulturalny listopad w parafii

Ale się dzieje!

Zaczęło się od promocji najnowszej książki - albumu o Wildzie p. dr Magdaleny Mrugalskiej-Banaszak pt. "Przedwojenna Wilda. Najpiękniejsze fotografie", której prezentacja odbyła się wczoraj w naszej parafii.

W niedzielę o 14.00 na Mszy św. będzie można usłyszeć chór Zmartwychwstanie, który po tejże Mszy da koncert.
Równie muzycznie zapowiada się weekend kolejny.
Najpierw w sobotę 26.11 o 19.30 swój jubileusz muzycznie będą świętować Dzwoneczki, tj. chór Campanelli (który wydał nową płytę na 10-lecie), a w niedzielę urodziny, choć nie 10., świętować będzie organista. Otóż, jego przyjaciele w ramach prezentu na sobotnie urodziny urządzają mały koncert dla parafian po Mszy św. o godz. 19.00. W programie utwory na organy, skrzypce i wokalne.
Doprawdy zapowiada się uczta duchowa.
Zapraszam serdecznie!

środa, 9 listopada 2011

Bazylika laterańska

Ponieważ dziś w Kościele obchodzimy rocznice poświęcenia Bazyliki św. Jana na Lateranie, to kilka fotograficznych wspomnień z tego miejsca.
Właściwie, gdyby nie fotografie, to miałabym trudności z odtworzeniem w pamięci wnętrza tego kościoła, wszak Rzym świątyniami (i ruinami) stoi... I komuś, kto w Wiecznym Mieście jest pierwszy raz, wszystko może się mieszać.
Ale zapamiętałam, że w nawie bocznej jest ołtarz z obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. :)

Jednak w pamięci utkwiło mi przede wszystkim baptysterium - osobny budynek przy kościele. Może dzięki temu, że poza nami były w nim tylko dwie osoby, bardziej mi utkwił w pamięci niż dosyć tłumnie nawiedzana Matka i głowa wszystkich kościołów?
A dlaczego tak uroczyście w liturgii wspomina się tę bazylikę? Dziś, gdy żyjemy w cieniu Bazyliki św. Piotra w Watykanie, wydawać się to może dziwne, ale przez ponad 1000 lat chrześcijańskiej historii ośrodkiem katolicyzmu była właśnie ta bazylika, przekazana papieżowi w 313 przez cesarza Konstantyna. Do dziś papież po wyborze na głowę Kościoła tu składa pierwszą wizytą, bo to ten kościół jest katedrą papieża.

P jak przesada

"Z takim pewnym" niepokojem przyglądam się wrzawie, która się rozpętała wokół osoby ks. Bonieckiego. I zaczyna mi być żal tego księdza.
Chyba cała ta wrzawa, liczba akcji, protestów i... komentarzy jest według mnie mimo wszystko niewspółmierna do decyzji władz zakonu. Chodzi mi wyłącznie o skalę, a nie o zasadność.

A dlaczego żal mi księdza? Bo jego wizerunku - po zakazie występowania w mediach - w tychże mediach jest tak wiele, tak często (oczywiście, niekoniecznie musi to byś po myśli zainteresowanego), że to nawet u największych sympatyków spowoduje przesyt. Stąd już niedaleko do stwierdzenia, że są ważniejsze sprawy w społeczeństwie i Kościele niż jakiś zakaz dla było-nie było zakonnika.

Czy naprawdę trzeba prowadzić niemal w każdym medium czy mieście debaty o tym, czy zakaz wobec ks. Bonieckiego był decyzją słuszną? Czy jest w ogóle szansa, by coś z nich wynikło?

wtorek, 8 listopada 2011

Tak sobie czytamy

"Laboratorium wiary" to nowa inicjatywa naszego księdza proboszcza w parafii, której celem jest pochylenie się nad nauczaniem Jana Pawła II, a zwłaszcza nauczaniem nt. Kościoła. Cykliczne spotkania w gronie chętnych koncentrują się na rozmowie wokół jednego z papieskich dokumentów - zaczęliśmy od adhortacji Ecclesia in Europa z 2003 r. Zainteresowani otrzymali tekst do przeczytania, a podczas wczorajszego, ponadgodzinnego spotkania, zatrzymywaliśmy się nad wybranymi fragmentami i staraliśmy się je odnieść do naszej wildeckiej rzeczywistości i teraźniejszości.

Co ciekawe, zebrało się nas dobrze ponad 20 osób, wszyscy z uwagą wsłuchani we wprowadzenie przygotowane przez księdza, a potem chętni do udziału w tym jakby klubie dyskusyjnym.
Mamy zamiar pogłębiać wiedzę o wierze i Kościele i umacniać się w rzeczowej argumentacji oraz szukać drogi nowej ewangelizacji. Niewykluczone, że pomogą nam w tym spotkania z zaproszonymi gośćmi - osobami publicznymi, które otwarcie przyznają się do katolicyzmu.

czwartek, 3 listopada 2011

Zakonna (nie)równość

Jeden ma wizerunek koncyliacyjnego i bardzo skromnego człowieka, drugi od lat wprowadza w zakłopotanie (by nie powiedzieć - stan wściekłości) co wrażliwszych swoją butą czy manipulacją.
Jeden ma odwagę głosić niewygodne (głównie dla części kościelnych hierarchów) opinie, ale tych opinii nie wmontowuje w nauczanie Kościoła i nie manipuluje opinią, drugi ma własną, jedyną słuszną, wizję świata, którą od lat głosi na antenie swojego radia. I z jednym, i drugim nie trzeba się zgadzać, wszak nie o papieżu tu mowa (a przecież i opinii papieża, jeśli nie korzysta z dogmatu o nieomylności, nie trzeba podzielać).
Obaj są - powiedzmy - publicystami (wobec jednego to określenie na wyrost), więc przez swoją pracę w mediach i obecność na antenie stali się również osobami publicznymi.
Obaj są księżmi i zakonnikami, ale tylko wobec jednego hierarchia "musiała" sięgnąć po narzędzia dyscyplinujące i zakazała mu publicznych wypowiedzi do czasu wyjaśnienia (czego? I czy tego nie można było wyjaśnić przez ostatnie 1,5 miesiąca?).

Ciekawe, że tego samego narzędzia żaden przełożony redemptorystów, żaden biskup, cały episkopat nie mógł użyć wobec tak haniebnych wypowiedzi, od których huczy antena Radia Maryja, najbardziej politycznego i dzielącego Polaków radia religijnego w Polsce, a zastosowała je w stosunku do kogoś, kogo trudno oskarżyć o prowokowanie czy podżeganie do nienawiści.

Mierzi mnie taktyka podwójna standardów. Bez względu na to, czy dotyczy polityki, miejsca pracy czy Kościoła. W tym ostatnim przypadku jednak najbardziej kłuje w oczy.

środa, 2 listopada 2011

Językowe ze śmiercią trudności

O tym, że umieranie nie jest łatwe, zwłaszcza dla jego świadków, przekonuję się, ilekroć słyszę o osobach, które „odeszły”. Poetycki i modlitewny zwrot o odejściu (do Pana, na tamtą stronę, z tego świata) na dobre zadomowił się w mowie potocznej Polaków. Oczywiście dobrze, że to ten z wielu synonimów umierania się rozpowszechnił, a nie żartobliwe czy wręcz wulgarne stwierdzenia o przekręceniu się, kopnięciu w kalendarz i wykorkowaniu.
O ile jednak rozumiem zastosowanie takich słów w fabularnych dialogach, o tyle drażni unikanie najnormalniejszego i najpoprawniejszego stwierdzenia faktu, że ktoś umarł. Dlaczego „umieranie” umiera (odchodzi w zapomnienie), zastanawiam się, ile razy usłyszę obwieszczane zazwyczaj w telewizji grobowym głosem „XY odszedł nad ranem w szpitalu...”. Tak lepiej, ładniej, wznioślej? Czy to doda czegoś (?) tej śmierci lub temu zmarłemu?
Mogłabym stwierdzić dosadnie: jaka jest śmierć – każdy widzi, dlaczego więc stroić ją w piórka sformułowań oddalających nas od meritum – od umierania, czyli zakończenia życia, oczywiście – w naszej wierze tu, na ziemi, a nie na wieki. Ważne, by odnotować doczesność tego faktu i sformułowania, ale czy to powód, by nadużywać patetycznych sformułowań?