poniedziałek, 21 listopada 2011

Co wygrało z koncertem chóru?

Moja Mama śpiewa w chórze, odkąd pamiętam, bo zapisała się do nowo tworzonego chóru w mej rodzinnej parafii krótko po moich narodzinach. Występy chóru były świętem, im były podporządkowane nasze rodzinne niedziele. Od dziecka na nie chodziłam (z całą rodziną, potem w różnym zestawie) i tak mi zostało.
Wiedziona zainteresowaniem oraz szacunkiem dla śpiewaków nie za często przecież występujących, udałam się wczoraj na koncert naszego parafialnego, niegdyś znanego na całe miasto, chóru Zmartwychwstanie - po Mszy św. o godz. 14 (przyszłam o 14.50). Rozbrzmiewało jeszcze "Ave Verum" na komunię, a po zakończeniu Mszy rozpoczął się niedługi koncert (ok. 30 min).
W ławkach (na Mszy dosyć pełno) - łącznie 50 osób! Wsłuchuję się w śpiew i myślę, o co chodzi (po młodzieżowemu "o co kaman"): zwykła niedziela, ciepły słoneczny dzień (10 stopni w połowie listopada!), więc to nie pogoda może być wymówką. Gdyby każdy z ok. 20 chórzystów przyprowadził rodzinę, to już ten limit 50 osób zasiadających teraz w ławkach powinien być przekroczony - ale nie jest. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że dziś człowiek ma dużo więcej atrakcji niż w latach 80. czy na początku 90. Mimo to nie wyobrażam sobie, bym jako żona chórzysty na koncercie nie była. Bo koncert nie obywa się codziennie czy raz w tygodniu! No właśnie, ale może tej "świątecznej" oprawy wyjątkowości zabrakło? (czyt. dalej).

Myślę dalej: ogłoszenie w gazetce było 2 razy. Z ambony też ze 2 razy zapowiedzi słyszałam. Więc parafianie wiedzieć musieli. Na mszy ksiądz zapraszał do pozostania.

Dalej: chór liczy tyle lat co parafia - ileż ludzi przezeń się przewinęło - nie przesadzajmy, Polacy nie są tak mobilnym narodem, by nikt z byłych żyjących chórzystów nie mieszkał w okolicy! Gdzie oni są? (No właśnie, co o tej porze leci w telewizji? To może jest odpowiedzią na moje pytania - retoryczne).

Ale nim zarzucę parafian epitetami w stylu: bierni, leniwi, niezaangażowani, niezainteresowani, to przeanalizuję koncert od strony organizacyjnej. Bo może tu leży przyczyna?

Zmartwychwstanie występuje na mszach w ciągu roku kilka razy. Raz lub dwa w roku daje koncerty. O przesycie więc nie może być mowy - co najwyżej o tym, że za mało, zbyt rzadko ten chór słychać!
Jako osoba lubiąca chóralny śpiew, ale niemająca wielkiego pojęcia o utworach, oczkuję, że jak ktoś mnie zaprasza na koncert, to - skoro nie zapowiedział programu - w trakcie koncertu poszerzę horyzonty muzyczne i dowiem się minimum: autor, rok powstania dzieła, czyja aranżacja. Ale na próżno czekałam. Było "jakieś Kyrie", "jakieś Ave Maria" - przepraszam, ale wiem tylko, że nie było to znane Gounoda czy Schuberta, dlatego pełnej relacji nie zdam. Szkoda, przecież czarno-biały druk nawet 100 kartek formatu A5 z wypisanymi czytelną czcionką pieśniami to nie wydatek (koszt ok. 10 zł), tym bardziej ktoś zapowiadający utwór i wykonawców (były partie solowe). Nadałoby to nieco większej rangi koncertowi i uczyło szacunku wobec wykonawców.

Co zaś się świetnej przeszłości tyczy.. No właśnie niestety przeszłości (karty "Wpisanych w Zmartwychwstanie" dokładnie prezentują skalę działania chóru sprzed dekad). Nie zmienia to faktu, że chór trzyma wciąż poziom (a tym bardziej, że się solidnie przygotował do koncertu - tego nie można śpiewakom odmówić!), Polacy zaś wciąż nie chłoną wysokiej kultury zbyt masowo.

Widocznie darmowa lekcja dobrej muzyki (znów) nie wydała się  parafianom i mieszkańcom dzielnicy zbyt interesująca. Mam nadzieję, że dla okrojonego już zespołu Zmartwychwstanie nie będzie to zbyt deprymujące i doczekamy się koncertu kolęd. Czego nam wszystkim życzę.

PS Zobaczymy, jak będzie z koncertem Campanelli. Wprawdzie niestety nie mogę w nim uczestniczyć, ale śmiem sądzić, że będzie więcej widzów. Oby.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz