sobota, 24 grudnia 2011

Pozdrowienia świąteczne z Rzymu

Gościnny wpis franciszkańskiego przyjaciela.

Kilka dni temu, w okolicznościach absolutnie nieoficjalnych, miałem okazję usłyszeć, jak biskup nominat John Brown, który obejmie niedługo urząd nuncjusza apostolskiego w Irlandii, opowiadał o pewnej zimie sprzed 30 lat. Wówczas zdarzyło mu się podróżować właśnie do tego kraju, do którego dzisiaj Opatrzność Boża posyła go jako przedstawiciela Stolicy Apostolskiej.
Wtedy pewnie nawet przez myśl nie przyszło mu, że Irlandia będzie miejscem jego pracy.
Płynął wówczas promem z Anglii. Zauroczył go widok potężnych mężczyzn, twardych irlandzkich facetów, którzy wracali do domu, do swojej Irlandii, na święta. Potężne chłopiska. Taszczyli ze sobą pluszowe misie, jakieś wielkie pluszowe króliki i żyrafy, rowerki dziecięce, takie z trzema kółkami.

Widok nieziemski. Troska ojców, miłość rodzicielska wyrażona poprzez gest wręczenia pluszaka. Proste, piękne, wzruszające. Biskup opowiadał o tym, jak wysiadł z promu, podjechał autobusem połowę trasy. Miał do pokonania jeszcze kilka kilometrów, ale ponieważ świąteczny rozkład jazdy był nadzwyczaj świąteczny (czyt. nie jechało prawie nic), postanowił przemaszerować pozostałą część trasy. Śnieg, zimno, święta. Maszerował poboczem, myśląc, że wypróbuje swych sił w podróżowaniu autostopem. Problem w tym, że nikt się nie pojawiał. Nie miał zbyt wielkich nadziei na zatrzymanie pojazdu, który pojawił się na horyzoncie jako pierwszy. Zdziwił się niepomiernie. Auto zatrzymało się, drzwi się otwarły. Został zaproszony do środka i dowieziony na miejsce. W samochodzie była tylko młoda dziewczyna, mama niemowlęcia, które podróżowało bezpiecznie na tylnym siedzeniu.

- W jakim kraju samotna, młoda matka, z dzieckiem kilkudniowym zatrzymałaby się, biorąc ze sobą autostopowicza? To jest niemożliwe. A jednak... No, ale to było 30 lat temu... Chociaż, czasami mam wrażenie, że albo sobie tę historię wymyśliłem, albo ten samochód został przysłany przez Bożą Opatrzność. Wiesz, gdy spotykasz w święta Bożego Narodzenia młodą mamę z dzieckiem, to pierwsze, co ci przychodzi na myśl to Matka Boża i Dzieciątko... – zakończył swoją opowieść.

Logika świąt Bożego Narodzenia jest nie do uchwycenia. Ojcowie Kościoła, wśród nich na przykład św. Efrem Syryjczyk, tajemnicę Bożego Narodzenia wyrażali, używając języka paradoksu. Efrem pisał o Matce, która „mlekiem karmi Stwórcę, śpiewa Przedwiecznemu”. Opisywał Maryję, do łona której „zstąpił ogień i Jej nie spalił”, porównując ją do „lśniącej chmury, w której wielkie Słońce zmalało i się skryło”. Ten język paradoksu jest i nam dobrze znany. Wystarczy zanucić sobie pod nosem „Bóg się rodzi”. Jest to możliwe, żeby zakrzepł Ogień, Nieskończony miał granice a Moc struchlała?

Paradoks, zaskoczenie, absolutna nieprzewidywalność. Bóg przychodzi tam, gdzie się Go najmniej może spodziewamy. Nie w Jeruzalem, w tym co najpiękniejsze i potężne, ale w Betlejem, które na uboczu, bez znaczenia prawie, a dzisiaj dodatkowo otoczone murem. Przychodzi w nocy. Nie podczas konferencji prasowej i przy błysku fleszy. Rodzi się nie tam, gdzie elegancko i sterylnie, ale tam, gdzie nikt nawet by nie pomyślał, że można się urodzić.
Tak sobie myślę, że każdy z nas ma takie swoje Betlejem, jakieś miejsce na uboczu życia. Każdy z nas ma jakąś noc ciemną, grotę, stajnię i nieposprzątane. Paradoksalna logika Bożego Narodzenia podpowiada, że to może właśnie tam Bóg chce nas pochwycić, złapać i opowiedzieć nam o swojej szalonej miłości do nas. Zstępuje tam, gdzie szukamy Go, nawet nie wiedząc, że szukamy właśnie Jego. Czemu zatem nie miałby opowiedzieć nam czegoś o sobie w miejscu naszej porażki, w tym, co pogmatwaliśmy?

Z drugiej strony, jeżeli może przyjść do nas w nocy i pogmatwaniu naszym, to czemu nie miały okazać nam swojej miłości w czymś, co wydaje nam się nieistotne, bez znaczenia, szare i codzienne? Czemu nie miałby opowiedzieć nam czegoś o sobie, podsyłając kogoś, kto zabierze nas autostopem w środku śnieżycy? Wydaje się, że to właśnie byłoby w Jego „stylu”.

Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek mógł żyć życiem Bożym, mówią Ojcowie Kościoła. Św. Efrem wyrazi to jeszcze konkretniej: „Jezus Chrystus, Słowo Wcielone, rodzi się podczas spisu ludności i daje zapisać swoje Imię w księgach ludzkich, po to, aby nasze imiona mogły zostać zapisane w księdze Bożej, w księdze życia”. O ile się nie mylę, piękniejszej wiadomości w te święta nie usłyszymy.
Radosnego świętowania!
Br. Szymek

Świątecznie


Niech narodzone Boże Dziecię znajdzie dziś miejsca w naszych sercach
i pozostanie w nich przez cały kolejny rok.

Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia!

wtorek, 20 grudnia 2011

Na finiszu

Od jakiegoś czasu co roku przeżywam to samo - uwielbiam adwent, tymczasem nie dane jest mi się nim delektować. Nie dane jest mi oczekiwać, bo każdą chwilę skrzętnie wypełniają rozdzwonione telefony, pilne maile na wczoraj i niekończąca się praca. To nic, że Boże Narodzenia do setek (tysięcy) lat przypada 25 grudnia, to nic, że od czasu wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego (w Polsce to wiek XVI) koniec roku przypada 31 grudnia. Choćby ludziom od sierpnia przypominać (jak to robię) o kartkach dla klientów, życzeniach, prezentach, rozliczeniach i całorocznych podsumowaniach, to i tak wszyscy budzą się na zimę.

Słowa z Listu do parafian księdza proboszcza w najnowszym wydaniu "Ja Jestem Zmartwychwstaniem" musiały więc we mnie wywołać kaca moralnego:
"Każdy z nas musi sobie odpowiedzieć na pytanie, na ile dobrze i skutecznie przeżył czas adwentu; na ile dobrze i skutecznie przygotował się do Bożego Narodzenia; na ile dobrze i skutecznie wpatrywał się w tych adwentowych tygodniach w postać nadchodzącego Pana?".
Ale tego samego dnia, w czwartą niedzielę adwentu, która w tym roku szczęśliwie (dla wszystkich spóźnialskich i zagonionych) przypadła długo przed Bożym Narodzeniem, ksiądz zachęcał z ambony, mówiąc, że czas miniony jest bezpowrotnie utracony, więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, ale za to te ostatnie dane nam dni trzeba jeszcze wykorzystać.

Nic innego, tylko brać się do innego rodzaju roboty niż tej, która uniemożliwiła głębsze przeżycie adwentu. Już czas...

środa, 14 grudnia 2011

Dziennikarz Roku i pozostali na podium

Bardzo ciekawie w tym roku (właśnie dziś) wygląda pierwsza piątka dziennikarzy w plebiscycie Dziennikarz Roku organizowanym od 15 lat przez miesięcznik "Press". Ciekawie, ponieważ wreszcie koledzy po fachu wytężyli nieco mózgownicę i pojawiły się nowe nazwiska. Wybór tez chyba pierwszy raz od paru lat nie budzi skrajnych emocji. Mnie się bardzo podoba.

Wygrał Andrzej Poczobut, korespondent "Gazety Wyborczej" na Białorusi, kolejne miejsca zajęli: ks. Adam Boniecki ("Tygodnik Powszechny"), Paweł Lisicki ("Uważam Rze", "Rzeczpospolita"), Krzysztof Ziemiec (TVP), Wawrzyniec Smoczyński ("Polityka") - co ciekawe, prywatnie - wnuk Jerzego Turowicza.
Zwycięzca stwierdził: Moja historia jest w sumie optymistyczna. Technika wygrała z dyktaturą. Dzięki Internetowi mogę być w Warszawie nie łamiąc nałożonego na mnie zakazu (cytat za profilem Google+ Grand Press)
- Jestem jeszcze bardziej zaskoczony - mówił ksiądz Boniecki - niż redaktor Lisicki, który był najbardziej zaskoczony. Muszę podziękować mojemu prowincjałowi, który nakazał mi milczenie - powiedział ks. Boniecki (cytat za profilem "Press" na FB).

Wszystkim, którzy ten konkurs uważają za przegląd twórczości salonowych dziennikarzy, zwracam uwagę, że Paweł Lisicki do niedawna był redaktorem "Rzeczpospolitej" i jest "Uważam Rze", a wśród laureatów Grand Press po raz pierwszy jest dziennikarz "Gościa Niedzielnego" - Jacek Dziedzina nagrodzony w kategorii Publicystyka za tekst "My som stond".

piątek, 9 grudnia 2011

Kościół państwowy

Folkekirke, to - jak wskazuje nazwa - Kościół narodowy, de facto państwowy w Danii. To Kościół luterański, do którego przynależy formalnie znakomita większość Duńczyków. Formalnie. W praktyce świątynie są puste (nasuwa się tu porównanie, że równie jak Duńczycy, ale ponieważ znam wielu Duńczyków o głębokich wnętrzach, to mimo wszystko nie będę rozpowszechniać pomówień i tworzyć stereotypów).

Kościół poza biskupami nadzorowany jest przez... ministra kościelnego, członka rządu, no i króla/królową. Czym to skutkuje, pokazuje najnowsza sprawa, wręcz afera w Danii. Otóż w minionych dniach parlament (folketing) debatował nad tym, by narzucić protestanckim duchownym udzielanie ślubów parom homoseksualnym na identycznych prawach, jak parom heteroseksualnym. Dotychczas bowiem w luterańskim Kościele można było jedynie błogosławić pary homoseksualne, nie poddając ich typowym rytuałom zaślubin. Nie było to też obligatoryjne, tj. duchowni nie mieli obowiązku. Tymczasem parlament i minister zadecydowali, że ma się to stać regułą, czy to się biskupom podoba, czy nie (jest chyba 50/50) - zaślubiny par homoseksualnych mają być ważne państwowo.

W letniej, żeby nie powiedzieć chłodnej religijnie Danii, zawrzało.
Na razie zapoznałam się z opiniami ludzi na Facebooku i pytałam mieszkającą w Danii przyjaciółkę. Wygląda, że co najmniej połowa Duńczyków jest oburzona, że państwo decyduje o... sprawach teologicznych. Wielu się powołuje na Pismo św., tłumacząc, że to nie parlamentu i ministra rola interpretować (i to źle) słowa Biblii. Poplecznicy decyzji argumentują jedynie (rzekomą) dotychczasową dyskryminacją par homoseksualnych.
Spór trwa, czekam też na informacje najbardziej ta kwestią zainteresowanej mojej koleżanki.

Tymczasem ten wpis dedykuję wszystkim mówiącym o tym, że w Polsce związki Kościoła i państwa są za silne.

Rok na zdjęciach

Rok się kończy, więc zaczynają się podsumowania...
Tu jedno z nich - wspaniałe zdjęcia. Niestety ogromnie smutne, wręcz przejmujące. Nawet piękne ujęcia natury w jej największym szale po chwili oczarowania smucą, bo wiadomo, jaki były konsekwencje owego szału natury.

Czy rzeczywiście w takich smutnych, okrutnych czasach żyjemy? Czy piękno, radość tak trudno ładnie sfotografować?

Nie zapomnę którejś (chyba 4.) edycji konkursu fotografii prasowej Grand Press Photo (organizator miesięcznik Press), którego przewodniczącym jury, o decydującym głosie, był Duńczyk, laureat World Press Photo Claus Bjoern Larsen. Ku ogromnemu zaskoczeniu całego jury wytypował zdjęcie, na którym dwie niepełnosprawne osoby śmiały się, bawiły na wózkach. Fotografka z lokalnej gazety uchwyciła ten zabawowy nastrój, ale i chorobę w jej pełnej "krasie" - wykrzywione paraliżem ciała, nad którymi mózg nie ma kontroli.
Polacy byli w szoku. Duńczyk argumentował - to jest prawdziwe zdjęcie, szczere, z niego bije życie i naprawdę radość, której jako zdrowi nie spodziewamy się po chorych. W miarę patrzenia na to zdjęcie jurorzy zgadzali się z werdyktem. Potem tak samo reagowała sala, widzowie, dziennikarze - większość zdawała się ulegać argumentacji Larsa. Co nie znaczy, że takich zdjęć masowo przybyło w kolejnych konkursach...

czwartek, 8 grudnia 2011

Sexworker z doktoratem

"Inna seksmisja" - taki tytuł nosił reportaż nadany w TVP 1 w miniony poniedziałek o 22.00. Opowiadał o australijskiej prostytutce, która oddaje swoje ciało niepełnosprawnym i jest jedną z nielicznych kobiet świadczących takie usługi i specjalizującą się właśnie w obcowaniu z niepełnosprawnymi mężczyznami. Mówi o sobie "sexworker" (ale i otwarcie "whore" - dziwka) i ma... doktorat z tego typu pracy i prowadzonych w niej badań! To nie żart.

Oglądałam ten reportaż z rosnącym zdumieniem, wręcz bałam się o stan podłogi, tak mi szczęka opadała. Pani założyła organizację, która pomaga w dotarciu do usług tejże bohaterki (imienia nie pamiętam) i szczyci się, że to pierwsza taka organizacja dopominająca się o prawo do czułości i intymności osób nieuleczalnie chorych - np. z paraliżem, stwardnieniem rozsianym, zespołem Downa. Brzmi dobrze, wszak to pomoc dyskryminowanym - przez życie, los - ludziom, którzy zdani na pomoc innych w najprostszych życiowych czynnościach, nie mają co marzyć o upojnej nocy z kobieta/mężczyzną. Temat może i tabu, ale jakże ludzki i życiowy? Zdrowy człowiek nie może sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji...
W reportażu pokazane jest, jak owa "sexworker" się takimi osobami w ramach wynajętego czasu zajmuje, jak je czule dotyka, a występujący w filmie panowie z niebywałą radością opowiadają, że ta kobieta odmieniła ich życie, nadała mu sens. Wręcz wzruszające, trudno nie zrozumieć tych ludzi. Pani prostytutka jawi się w tym reportażu niemalże jako dobry Samarytanin. Jawi się. Nie robi tego za darmo, to nie wolontariat, to nisza do zaorania również w tym biznesie - seksbiznesie. Klient mniej wymagający (nie mówimy o najmłodszej prostytutce, to dosyć dojrzała kobieta - na oko - ok. 40 lat), zdeterminowany, no i konkurencja - jeszcze żadna! A pieniądze - jakimi nie pogardziłby pewnie niejeden doktor.

Nierząd jest nierządem, nawet jeśli pani robi to świadomie, dobrowolnie i... tu największy szok - z ogromną chęcią i satysfakcją, pomaga wszak chromym, zniedołężniałym. Nie tylko się z tym nie kryje, ale wręcz afiszuje. Co jeszcze bardziej szokujące - ma partnera, który to toleruje - więcej - nie ma nic naprzeciw!
Fakt, że "działalności" prostytutki obok zysków przyświeca szczytny cel, nie zmienia tego, że nie uświęca on środków. Oglądając ten reportaż, można było o tym zapomnieć (zwłaszcza widząc szczęście spełnionych mężczyzn). Dlatego wszystko się we mnie gotowało i buntowało i próbowało złapać równowagę. Do teraz mam z nią problemy.

środa, 7 grudnia 2011

Podróż w czasie


Najnowsza publikacja dr Magdaleny Mrugalskiej-Banaszak przenosi nas na Wildę międzywojnia – z jednej strony całkiem nam bliską, z drugiej chwilami bajeczną krainę rzecznych łazienek i „przedogródków”.

Nie znam nikogo, kto nie lubiłby oglądać zdjęć - nawet z nieznajomymi bohaterami na pierwszym planie. Jeśli spojrzeć na rankingi oglądalności stron w internecie, to w oczy rzucą się wysokie statystyki odwiedzin wszelkich galerii fotograficznych.
I właśnie kierując się tym trendem, warszawskie wydawnictwo zaproponowało poznaniakom książkę-album „Przedwojenna Wilda. Najciekawsze fotografie” autorstwa miłośniczki tej dzielnicy, której zawdzięczamy szeroką wiedzę o naszej okolicy.
Poznaniaków zazwyczaj dziwi fakt, że to warszawiacy zainteresowali się akurat dzielnicą Poznania. Wynika to z faktu, że Wydawnictwo RM, o którym mowa, najpierw wydało kilka podobnych albumów o międzywojennym Żoliborzu, później Ochocie, a następnie zaczęło szukać kolejnych celów wydawniczych w Polsce.

Album rozpoczyna rys historyczny, w którym Magdalena Mrugalska-Banaszak prowadzi nas od początków Wildy po lata jej rozkwitu – właśnie początki minionego stulecia. Z tej to epoki bowiem al-bum prezentuje kilkadziesiąt fotografii – miejsc, ludzi, zdarzeń.
Nie trzeba być urodzonym na Wildzie, by zachwycić się zdjęciami z lat 20. czy 30. z lotu ptaka nad Wildą, by wyobraźni dać się przenieść w lata 20. – obfitujące w społeczne wydarzenia (jak budowa naszego kościoła, dzwonnicy, stawianie krzyża przy Dolnej Wildzie), rozwój fabryk, sklepów, ale i gastronomii czy innych miejsc spotkań.

Oczywiście, można z malkontenctwem powtarzać, że nic z uroku pięknej dzielnicy nie zostało, że brud-no, że tynk się sypie, że nieodbudowane… Ale można też pomyśleć, ile szczęścia w tym, że mimo historycznej nawałnicy na Wildzie ocalało tyle kamienic, że coraz częściej są one odnawiane, że ulica Poplińskich jest dowodem na zatrzymanie czasu – mimo globalizacji, postępu tu zachowały się „przedogródki” widoczne na zdjęciach na niemal każdej wildeckiej przedwojennej ulicy.

Można też, tak jak to uczynili wydawca z autorką, książkę wykorzystać jako pretekst do rozmowy ze starszym pokoleniem i obudzenia w nim wspomnień z epoki jeszcze – na szczęście – pamiętanej. Urodzone tuż po wojnie pokolenie dzisiejszych 60-latków ma w pamięci obrazy spójne z tym, co na wildeckich ulicach działo się przed wojną i chętnie – właśnie przy okazji spotkań z autorką książki – dzieli się tymi wspomnieniami. Nie ma w tym krzty sentymentalizmu. To jedynie dowód na to, że w dobie postępującej globalizacji, często przybierającej postać zunifikowanej papki, tęsknimy, za tym, co prawdziwie nasze, jedyne, niepowtarzalne – w zasięgu ręki, wzroku, rodziny, nawet jeśli tylko na kartach książki. I to jest piękne w starych fotografiach, pocztówkach i… wspomnieniach.
Album można nabyć w kilku poznańskich księgarniach, m.in. przy Rynku Wildeckim i w Centrum Informacji Miejskiej na Pl. Wolności, a także za pośrednictwem wydawcy na www.rm.com.pl.

Tymczasem pozostaje nam czekać na reedycję pierwszej książki pani Magda o Wildzie, która była zarazem jej pracą doktorską. Specjalistka od Wildy obiecuje, że stale zbiera materiały, powiększając zasoby do potencjalnej nowej publikacji…

czwartek, 1 grudnia 2011

Uczta dla ducha i ucha

Może i przebrzmiały dla niektórych echa niedzielnego koncertu, ale ja ciągle jestem pod wrażeniem. Mowa o koncercie-prezencie dla naszego organisty, którego przyjaciele (głównie z Kościana) wybrali i opracowali (w duetach) kilka ambitnych i poważnych utworów na ponadpółgodzinny koncert.
Gdyby muzykę było można przekazać słowami, byłaby niepotrzebna. Dlatego załączam próbki tego, czym radowały się nasze dusze (i uszy):

A na koniec jeszcze dowcip zacytowany na zakończenie koncertu: Wśród organistów krąży powiedzenie, że proboszczowie chcieliby, by organista: grał niczym Bach, śpiewał niczym Caruso, a oczekiwania finansowe miał jak św. Franciszek. :)