piątek, 9 grudnia 2011

Kościół państwowy

Folkekirke, to - jak wskazuje nazwa - Kościół narodowy, de facto państwowy w Danii. To Kościół luterański, do którego przynależy formalnie znakomita większość Duńczyków. Formalnie. W praktyce świątynie są puste (nasuwa się tu porównanie, że równie jak Duńczycy, ale ponieważ znam wielu Duńczyków o głębokich wnętrzach, to mimo wszystko nie będę rozpowszechniać pomówień i tworzyć stereotypów).

Kościół poza biskupami nadzorowany jest przez... ministra kościelnego, członka rządu, no i króla/królową. Czym to skutkuje, pokazuje najnowsza sprawa, wręcz afera w Danii. Otóż w minionych dniach parlament (folketing) debatował nad tym, by narzucić protestanckim duchownym udzielanie ślubów parom homoseksualnym na identycznych prawach, jak parom heteroseksualnym. Dotychczas bowiem w luterańskim Kościele można było jedynie błogosławić pary homoseksualne, nie poddając ich typowym rytuałom zaślubin. Nie było to też obligatoryjne, tj. duchowni nie mieli obowiązku. Tymczasem parlament i minister zadecydowali, że ma się to stać regułą, czy to się biskupom podoba, czy nie (jest chyba 50/50) - zaślubiny par homoseksualnych mają być ważne państwowo.

W letniej, żeby nie powiedzieć chłodnej religijnie Danii, zawrzało.
Na razie zapoznałam się z opiniami ludzi na Facebooku i pytałam mieszkającą w Danii przyjaciółkę. Wygląda, że co najmniej połowa Duńczyków jest oburzona, że państwo decyduje o... sprawach teologicznych. Wielu się powołuje na Pismo św., tłumacząc, że to nie parlamentu i ministra rola interpretować (i to źle) słowa Biblii. Poplecznicy decyzji argumentują jedynie (rzekomą) dotychczasową dyskryminacją par homoseksualnych.
Spór trwa, czekam też na informacje najbardziej ta kwestią zainteresowanej mojej koleżanki.

Tymczasem ten wpis dedykuję wszystkim mówiącym o tym, że w Polsce związki Kościoła i państwa są za silne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz