wtorek, 20 grudnia 2011

Na finiszu

Od jakiegoś czasu co roku przeżywam to samo - uwielbiam adwent, tymczasem nie dane jest mi się nim delektować. Nie dane jest mi oczekiwać, bo każdą chwilę skrzętnie wypełniają rozdzwonione telefony, pilne maile na wczoraj i niekończąca się praca. To nic, że Boże Narodzenia do setek (tysięcy) lat przypada 25 grudnia, to nic, że od czasu wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego (w Polsce to wiek XVI) koniec roku przypada 31 grudnia. Choćby ludziom od sierpnia przypominać (jak to robię) o kartkach dla klientów, życzeniach, prezentach, rozliczeniach i całorocznych podsumowaniach, to i tak wszyscy budzą się na zimę.

Słowa z Listu do parafian księdza proboszcza w najnowszym wydaniu "Ja Jestem Zmartwychwstaniem" musiały więc we mnie wywołać kaca moralnego:
"Każdy z nas musi sobie odpowiedzieć na pytanie, na ile dobrze i skutecznie przeżył czas adwentu; na ile dobrze i skutecznie przygotował się do Bożego Narodzenia; na ile dobrze i skutecznie wpatrywał się w tych adwentowych tygodniach w postać nadchodzącego Pana?".
Ale tego samego dnia, w czwartą niedzielę adwentu, która w tym roku szczęśliwie (dla wszystkich spóźnialskich i zagonionych) przypadła długo przed Bożym Narodzeniem, ksiądz zachęcał z ambony, mówiąc, że czas miniony jest bezpowrotnie utracony, więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, ale za to te ostatnie dane nam dni trzeba jeszcze wykorzystać.

Nic innego, tylko brać się do innego rodzaju roboty niż tej, która uniemożliwiła głębsze przeżycie adwentu. Już czas...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz