niedziela, 23 grudnia 2012

Świątecznie

Z okazji Bożego Narodzenia życzymy sobie i wszystkim wkoło,
abyśmy ujrzeli i uwierzyli, że Słowo, które Ciałem się stało,
zamieszkało i stale jest między nami!

sobota, 22 grudnia 2012

Zamiast... czyli "Bambino Jazzu"

Wiem, że jeszcze chwilka na kolędy, ale uwielbiam ostatnie przygotowania przedświąteczne okrasić właśnie świąteczną muzyką. A tegoroczny hit - dla mnie - dźwięczy mi już w uszach od tygodnia. Muszę się tym z Państwem podzielić. Rozkoszna to piosenka, mam nadzieję, że "Jezu słucha jazzu" z takim uśmiechem jak i ja:)
"Zamiast harf anielskich i kościelnych dzwonów" polecam "solo saksofonu", jak głosi owa piosenka:


Informacja o nagraniu z Polskiego Radia:
„Bambino Jazzu" - świąteczna, żartobliwa piosenka w wykonaniu Doroty Miśkiewicz i Artura Andrusa. Muzykę skomponował Łukasz Borowiecki, tekst napisał Artur Andrus, a nagranie pochodzi z płyty „Święta bez granic". Cały dochód ze sprzedaży tego krążka przeznaczony jest na „Kampanię Wodną PAH" - akcję kopania studni w Sudanie i Somalii, prowadzoną przez Polską Akcję Humanitarną.
W nagraniu „Bambino Jazzu" udział wzięli muzycy grający na autorskiej, platynowej już płycie Artura Andrusa „Myśliwiecka" oraz goście specjalni - gwiazdy polskiego jazzu: Robert Majewski na trąbce, Andrzej Jagodziński na fortepianie i Jan „Ptaszyn" Wróblewski na saksofonie. A teledysk do „Bambino Jazzu", z udziałem m.in. tajemniczego inżyniera Walczaka, ma tylko jeden cel - wywołać uśmiech na twarzy widza. Bo przecież... Wesołych Świąt!

realizacja i produkcja: Mania Studio
zdjęcia: Marcin Gwarda i Szymon Mrozowski
montaż: Marcin Gwarda
reżyseria: Mateusz Winkiel i Marcin Gwarda
kierownik Produkcji: Paweł Wochna

środa, 19 grudnia 2012

Gwiazdkowy prezent parafii dla Wildy

Jak wyglądała Wilda z lotu ptaka w latach 20. minionego roku albo klasy szkolne przed wojną na poznańskiej Wildzie? Takie między innymi fotografie zaprezentowane zostaną na wystawie fotograficznej pt. „Przedwojenna Wilda”, pierwszej tego typu w naszym mieście.

W piątek, 21 grudnia zapraszamy na wernisaż w kościele pw. Zmartwychwstania Pańskiego na Wildzie (przy ul. Dąbrówki 4). Po Mszy św. wieczornej (ok. 19.15) zostanie otwarta wystawa zorganizowana przez parafię we współpracy z dr Magdaleną Mrugalską-Banaszak, na co dzień kierownikiem Muzeum Historii Miasta Poznania w Ratuszu.

- To nasza inicjatywa, podyktowana wyłącznie zainteresowaniem historią dzielnicy, w której zmartwychwstańcy od 89 lat prowadzą parafię. Tak się szczęśliwie składa, że od paru lat przy tego typu historycznych przedsięwzięciach wspiera nas pani Mrugalska-Banaszak, która pochodzi z naszej parafii – mówi ks. proboszcz Adam Błyszcz CR.

Wystawa, która stanie we wnętrzu świątyni, obejmie ok. 80 fotografii sprzed wojny, ukazujących dawną Wildę – jej zabudowę, życie jej mieszkańców, a nawet anonse reklamowe punktów handlowych i usługowych sprzed wojny. Jest to częściowo materiał przygotowywany przez autorkę do albumu „Przedwojenna Wilda. Najpiękniejsze fotografie”, który przed rokiem ukazał się nakładem warszawskiego Wydawnictwa RM. Zobaczymy też liczne, dotąd niepokazywane ujęcia dawnej Wildy.

Wernisaż będzie okazją do nabycia dwóch publikacji poświęconych Wildzie – wspomnianego albumu (w promocyjnej cenie) oraz książki wydanej przez parafię przed czterema laty z okazji 85-lecia parafii księży zmartwychwstańców na Wildzie „Wpisani w Zmartwychwstanie”, przedstawiającej historię dzielnicy i tej wspólnoty parafialnej. Polecamy obie książki na prezent dla wszystkich zainteresowanych historią Wildy i miłośników starej fotografii.

Po obejrzeniu zdjęć w kościele zapraszamy na spotkanie z autorką w Sali portretowej.
Zapraszamy do zwiedzania wystawy w kościele Zmartwychwstania Pańskiego przy okazji Mszy św. – w dni powszednie od 7.00 do 9.00 oraz od ok. 18 do 19.30 (w środy przy okazji adoracji Najświętszego Sakramentu kościół otwarty od 15.00), a w niedziele od 7.00 do 20.30. Wystawa potrwa przynajmniej do końca stycznia.

wtorek, 18 grudnia 2012

Pochwała grudnia


Oto pięć moich powodów, dla których bardzo lubię grudzień. Wbrew słocie/ mrozie, historycznym smutnym rocznicom i wielu innym powodom, na które raczej się narzeka (tłok w sklepach, korki na drogach, pośpiech). I wcale nie z racji Świąt Bożego Narodzenia, które swym blaskiem przykryją cienie przedświątecznej gonitwy i gorączki.

Po 1. bo to miesiąc maryjny. Wyjątkowo sprzyjający śpiewaniu Godzinek, wielbieniu Matki Boga w roratach (o tym niżej). I inna to "maryjność" niż w przypadku października czy maja. Taka bardziej pasująca do prawosławnego nabożeństwa Antykastu. Tak... Godzinki mają coś wspólnego z Antykastem. Może piękno melodii?

Po 2. bo tylko w grudniu odprawiane są roraty. Niby człowiek może w ciągu roku dowolnie chodzić na codzienna Msze św., wstawać tak wcześnie, jak tylko chce. Ale... to nie to samo. Roraty dają zupełnie inną motywację. Wie to ten, kto choć trochę uczęszczał.

Po 3. bo to zawsze okres adwentu. A co za tym idzie - możliwości bardziej wytężonej pracy nad sobą i rekolekcji. A ich od wyboru do koloru, że w tym roku nawet nie ma co pisać o konkretnych propozycjach. Jakikolwiek serwis internetowy (katolicki, rzecz jasna) oferuje nam co najmniej jedną serię adwentowych ćwiczeń pomagających owocnie przygotować się na przyjście Pana. Oferta tak bogata i pociągająca, że człowiek gotów byłby nie pracować albo choć z zakupów zrezygnować, by to wszystko wchłonąć. Mądrości wszak w tym wiele.

Po 4. bo to miesiąc-festiwal dobroci. W grudniu nie da się nie być dobrym. Nie da się choćby nie wysłać charytatywnego SMS-a, podzielić słodyczami z dziećmi z parafialnych grup, nie wspominając o akcjach typu Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom czy Szlachetna Paczka (w naszej parafii Paczka dla Dzieciaczka). Myślę, że jeśli zliczyć wydźwięk wszystkich kościelnych dzieł pomocy przed grudniem i do Bożego Narodzenia, to rokrocznie biją na głowę zasięgiem WOŚP. Nie o licytowanie się z kimś tu chodzi, bo każda akcja to wspaniały przejaw miłości bliźniego, ale zwłaszcza w grudniu ten charytatywny aspekt Kościoła warto bardziej akcentować. Wypada to zwłaszcza nam, świeckim. A zwłaszcza gdy po raz kolejny tzw. opinia publiczna przy okazji rozmów o funduszu kościelnym oskarża Kościół o pazerność.

Trwajmy w tym festiwalu jak najdłużej, nie ograniczając się tylko do dzieł materialnych!

Po 5. bo to miesiąc nadziei.
Choćby się waliło i paliło do Wigilii, to tego dnia przychodzi pokój. Ludzie się uspokajają. Wszystko się wycisza. Zaczynają grać kolędy. I nadzieja na takie chwile trzyma nas przy życiu przez wcześniejsze dni 23.

Wszystkim zagonionym życzę, by zdarzył im się adwent, którym będą mogli się delektować i nim cieszyć, nie przeklinając długiej listy zakupów i jeszcze dłuższej kolejki na poczcie. :)

niedziela, 9 grudnia 2012

Podaj dalej

Pamiętam z dzieciństwa, że jeśli coś wielkiego udało się zrobić w budowanym wówczas nowym kościele, to musieli dołożyć się do tego Belgowie i Niemcy. To tam nasz proboszcz miał jakieś kontakty. To stamtąd płynęły datki na dzwon, a najpierw na mury nowej świątyni. To stamtąd lądowały u nas pokaźne dary żywnościowe i odzieżowe dzielone zwłaszcza wśród budowniczych tej parafii (wtedy budowali głównie parafianie z księżmi, oczywiście po godzinach pracy).
Od 13 lat w drugą niedzielę adwentu mamy Dzień modlitw za Kościół na Wschodzie, ustanowiony przez polski episkopat, by wspierać duchowo i materialnie Kościół w trudniejszej od naszej sytuacji. Jak jest to potrzebne, pokazuje choćby przykład mohylewskiej parafii, o której piszemy w dzisiejszym numerze "Ja Jestem Zmartwychwstaniem".
Jesteśmy to winni – tak jak nam okazano przychylność i pomoc z Niemiec, Belgii, Francji, Włoch czy innych zachodnich krajów, tak my teraz, żyjąc w wolnym kraju i dostatku, możemy i powinniśmy pomagać słabszym i w trudniejszej sytuacji. Po prostu – podajemy dobro dalej.

czwartek, 6 grudnia 2012

Co za kadr!


Wśród 100 zdjęć z mijającego roku, w podsumowaniu Agencji Reuters, znalazło się i takie.
Zresztą, jedno z nielicznych niepokazujących nieszczęścia i wojny.
Oryginał znajduje się tutaj. Warto kliknąć!

wtorek, 4 grudnia 2012

Rorate caeli desuper

No i mamy adwent! I roraty.

W naszym kościele sypnęło ochotnikami - już drugi dzień całkiem licznie wypełniły się ławy naszego kościoła.
Roratnie rozważania podczas homilii dotyczą trudnych (dla nas) słów Chrystusa. I tak dziś rozważaliśmy, czemu św. Mateusz pisze, że ludzie mają "nienawidzić" swoich rodziców, ale już u św. Łukasza mowa o tym, że należy "mniej kochać" swoich rodziców niźli Jezusa.
Zapraszam!

Ludzko o in vitro

Katolicka Agencja Informacyjna w minionym tygodniu opublikowała wyczerpującą rozmowę z abpem Henrykiem Hoserem nt. bioetyki i biotechnologii, w tym in vitro. Nieoceniona to lektura dla tych, którzy nie chcą się karmić wyłącznie papką, ale zrozumieć stanowisko Kościoła. I się do niego przekonać.
Treść pełnej, bardzo długiej rozmowy (ale warto poświęcić jej czas!) na stronie Diecezji Warszawsko-Praskiej.
My zaś planujemy jego potężne streszczenie przygotować do świątecznego numeru naszego parafialnego pisma. Praca już wre:)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Kaplica Sykstyńska

Gdy w wieku ok. 13 lat przeczytałam sfabularyzowaną biografię Michała Anioła "Udręka i ekstaza" Irvinga Stone'a, moim marzeniem było zobaczyć dzieła tego artysty w rzeczywistości, zwłaszcza Pietę i Kaplicę Sykstyńską.
Ta pasjonująca i obrazowa powieść (podobnie jak każda inna tego autora, który barwnie przedstawił m.in. życie Zygmunta Freuda, Vincenta Van Gogha czy Karola Darwina), zaraziła mnie zamiłowaniem do sztuki.

W ubiegłym roku w końcu zobaczyłam Pietę, ale na Muzea Watykańskie nie wystarczyło czasu. Zresztą, przyjaciele, którzy zjechali pół świata, mówią, że w danym miejscu trzeba sobie zostawić coś na kolejną wizytę; by był powód do powrotu, nie można wszystkiego zobaczyć od razu. Zatem z dniem wyjazdu z Rzymu miałam już listę na kolejną wizytę. Kaplica Sykstyńska była priorytetem podczas ostatniego, listopadowego wyjazdu.
Znajomi próbowali ostudzić nieco ekscytację zobaczenia na żywo fresków Michała Anioła i jego uczniów tym, że kilometrowe kolejki odbiorą mi przyjemność, że z powodu tłumów wyproszą nas po niewielkiej chwili z Kaplicy, że w panującym tam ścisku i tak pewnie wiele nie zobaczę. Ale...
Po 1. kupiliśmy bilety na konkretny dzień i godzinę (!) do Muzeum Watykańskiego bez kolejek, w Internecie (za tę wygodę płaci się 4 euro więcej), zatem kolejki do wejścia nas nie dotyczyły. Poza tym o tej porze roku w dzień powszedni było i tak pustawo.
Po 2. w muzeum nie było spodziewanych tłumów - owszem, grupa za grupą przesuwały się po salach i zmierzały wszystkie w tym samym kierunku, ale jakoś tak udawało nam się lawirować, że nieczęsto napotykaliśmy tłumy.
W samej Kaplicy rzeczywiście było pełno i dosyć głośno, ale po minucie już siedzieliśmy na plastikowych ławach przy ścianie umożliwiających podziwianie fresków. Po 10 minutach kontemplacji zmienialiśmy miejsce - była ciągła rotacja, więc każdą ścianę i sklepienie oglądaliśmy siedząc. I nic ani nikt nie zakłócał wpatrywania się w to niesamowite piękno i symbolikę.
Wszelkie słowa są zaś zbyteczne.
Próbowałam sobie wyobrazić, jakie wrażenie musi robić to miejsce podczas sprawowania w nim nabożeństw. Kolega franciszkanin donosił, że dane mu było uczestniczyć w nieszporach w Kaplicy. Przeżycie ponoć nie do opisania, gdy pojawi się właściwie oświetlenie, znacznie mocniejsze od tego fundowanego turystom.

niedziela, 2 grudnia 2012

Okna Życia na cenzurowanym


Zastanawiam się, jaka logika (wszak nie ta wywodząca się ze starożytności??) kieruje urzędnikami ONZ, którzy zamierzają zwrócić się do Unii Europejskiej z żądaniem wydania zakazu funkcjonowania Okien Życia. Argumentacja? Pozostawienie dziecka uniemożliwi mu w przyszłości poznanie biologicznych rodziców.
Tymczasem podążając za ta troską o wiedzę nt. rodziców biologicznych, dochodzimy do wniosku, że lepiej, by to dziecko zginęło, zamarzło, leżało na śmietniku niż gdyby miało żyć bez teoretycznej możliwości dowiedzenia się za naście lat, kto je urodził (bo kto spłodził będzie nadal niejasne, ja jest i teraz, choćby przy procedurze inseminacji i in vitro od anonimowego dawcy!).
Oczywiście urzędnicy z ONZ to przedstawiciele państw, gdzie aborcja jest na porządku dziennym, więc w wielu krajach praktycznie nie ma problemu z porzucaniem niechcianych dzieci - one są usuwane w pierwszych tygodniach życia płodowego!

Co w głowach ludzi musiało coś zasiać, że dochodzą do tak nieludzkich konstatacji, by jakieś wtórne prawo stawiać nad ŻYCIEM?
Cywilizacja śmierci?

PS Dziecko na fotografii nie pochodzi z Okna Życia.

sobota, 1 grudnia 2012

Mało nadziei

Z obserwacji tegorocznych warsztatów dla rzeczników nasunął mi się jeszcze jeden wniosek: przedstawiciele Kościoła zbyt chętnie obarczają media za całe zło - za antykościelne nastroje, za antyklerykalne nastawienie, za promowanie zła.
Wielu uczestników warsztatów załamywało ręce, że "tak źle z nastrojami antykościelnymi jeszcze nie było".
Kilka osób trzeźwo zwróciło uwagę, że może by zrobić rachunek sumienia i szerzej spojrzeć na sytuację - Kościół po 1989 r. jak nigdy dostał możliwości edukacji, ewangelizacji i mówienia do ludzi: 2 godziny katechizacji w szkole - bez utrudnień logistycznych, możliwości finansowe łatwiejsze niż w okresie komuny, dostęp do mediów, możliwość stworzenia własnych.
I co? I po 20 latach robi wymówki TVN-owi, że jest antykościelny, a młodzież nienawidzi Kościoła. Ale ten sam Kościół nie ma swojej gazety codziennej, która promowałyby chrześcijańską nadzieję i mówiła takim językiem, jakim należy, a nie takim, jaki dyktują stabloizowane dziś media, ma poszczególne inicjatywy, nigdy w całości niefirmowane całym episkopatem (przykład zachwalanego "Gościa Niedzielnego" to dzieło jednej archidiecezji, TV Trwam traktowane jako jedyna katolicka telewizja i właśnie dlatego dobra, Tv Religia - zła, bo prywatna, "Tygodnik Powszechny" atakowany za otwartość, ale gdy spojrzeć na biegun przeciwległy, to z kolei zatrważa pełna lęku i nieufności do świata postawa, daleka od chrześcijańskiej wiary i zaufania Bogu - patrz smutny i straszący potępieniem portal Fronda.pl, na którym nie pamiętam pozytywnej wiadomości).

Najlepsza praca rzecznika będzie tylko przypudrowaniem, jeśli nic prawdziwie nie zmieni się w postawie i strukturach Kościoła. Potrzeba ciężkiej pracy, a nie tylko dyskusji i oświadczeń. Róbmy dobro i dobrze i pokazujmy je wszem i wobec.

Ćwiczenia w praktyce

Podczas tegorocznych warsztatów dla rzeczników instytucji prasowych pracowaliśmy w grupach nad konkretnymi sytuacjami kryzysowymi, czyli takimi, które godzą w wizerunek Kościoła i zostały podchwycone przez media (póki media nie zainteresują się jakaś trudną sytuacją, to kryzysu nie ma). Moja grupa otrzymała do opracowania m.in. przypadek taks w parafii, czyli opłat za posługę duszpasterską. Mieliśmy do tego napisać oświadczenie prasowe. Wyszliśmy z założenia, że coś takiego w całym Kościele nie istnieje. Dlaczego? Ponieważ nikt z naszej czwórki z tym się nie zetknął. Ustaliliśmy, że owszem, ludzie wymieniają się informacjami "ile się daje" - za pogrzeb, ślub itp., ale nie byliśmy świadkami sytuacji, gdy ksiądz lub pracownik z biura parafialnego podaje stawkę.
Nasze oświadczenie Marcin Przeciszewski, redaktor naczelny KAI, bardzo dobrze ocenił, ale pod jednym warunkiem: że jest to prawda, ponieważ tajemnicą poliszynela jest, że w wielu parafiach w Polsce funkcjonuje nieoficjalny cennik. No i zaczęła się dyskusja. Wielu księży stwierdziło, że wolałoby, by taki był wprowadzony, ponieważ bywa różnie z ofiarnością wiernych i zrozumieniem dla potrzeb kościoła (tak banalne rzeczy jak prąd potrzebny do odprawienia Mszy w kościele), poza tym ucięłoby to wiele dyskusji o "drożyźnie", "bogactwie Kościoła" itp. insynuacji.

Ledwo wróciłam do Poznania, miałam okazję przećwiczyć kwestię "cen" w praktyce - "cen za opłatki". I na nic tłumaczenia, że to kwestia indywidualnej ofiarności, a nie handlu...

Coraz częściej doświadczam, że na nic perswazje w tej materii, skoro rozumni ludzie karmią się papką niedouczonych mediów i nie mają dość krytycyzmu, by dopuścić do siebie fakty - a nie wyssane z palca opinie Ruchu Palikota czy SLD.
Z drugiej strony, gdyby w Kościele było więcej solidarności, czyli przepływ między bardziej zamożnymi parafiami czy nawet diecezjami (oczywiste, że we wschodniej Polsce więcej biedy niż w zachodniej, że miejskie parafie mają więcej możliwości finansowych niż wiejskie) i najuboższe wspólnoty (zakonne czy parafialne) nie były zostawiane same sobie, to mielibyśmy chyba niemal świat idealny?

Warto rozmawiać?

Kolejne warsztaty dla rzeczników prasowych instytucji kościelnych w Turnie pokazały, że Kościół nadal nie znalazł złotego środka w kontaktach z mediami. Z jednej strony nie brakuje rzeczników, którzy robią kawał dobrej roboty - dbają o wizerunek Kościoła w mediach, o głoszenie w nich Dobrej Nowiny. Z drugiej strony - sam rzecznik nic nie może, bo ma nad sobą szefa w postaci biskupa lub prowincjała/ generała, którzy niekoniecznie myślą o dobrej komunikacji ze społeczeństwem albo o takich zmianach organizacyjnych, które zapobiegłyby kolejnym kryzysom (a kryzysem są pomówienia o cennik posługi duszpasterskiej w parafii, może nim być bicie dzwonów przed godz. 6 rano itp. wydawałoby się absurdalne, ale wzięte z życia sytuacje).
Nie brakuje przykładów negatywnych, i to wcale nie takich o postawie oblężonej twierdzy, którą najczęściej zarzuca się przedstawicielom instytucji kościelnych (jak w przypadku księży salezjanów z Lubina). Dziennikarz TVN-u, wcześniej "Rzeczpospolitej", Krzysztof Skórzyński, za świetny przykład komunikacji społecznej podał jakieś zgromadzenie sióstr, które na Twitterze promowało akcję "Paciorek za złotówkę", która miała służyć uzbieraniu środków na renowację siedziby. Ludzie! Nie tylko mnie to stwierdzenie wbiło w fotel. Na sali słychać było szum niezadowolenia. "Mamy ewangelizować czy robić marketing?" - pytano wprost. Dziennikarz nieco wycofał się ze swojego zachwytu, przestrzegając przed ośmieszaniem się, ale uznał, że ta akcja mieści się w ramach... No właśnie, jakich ramach? Chyba z ich wyznaczaniem Kościół ma problem.
Jakkolwiek w tym roku nie brakowało dalszych zachęt do występowania w mediach i do rozmawiania z każdym, to po dwóch dniach warsztatu doszłam do wniosku, który zaproponował nam rzecznik prasowy policji Mariusz Sokołowski. To zasada Murphy'ego: "Nigdy nie kłóć się z głupcem - ludzie mogą nie dostrzec różnicy". Dlaczego? Bo uważam, że czasem lepiej zająć się ewangelizacją i duszpasterstwem na swój - nawet jeśli niedoskonały - sposób, niż próbować ludziom wyjątkowo nieprzychylnie nastawionym do Kościoła wyjaśniać, że żyją w błędzie, gdy oni z tego błędu nie chcą być wyprowadzeni.
Nie zawsze warto rozmawiać.

niedziela, 18 listopada 2012

Kościół taki i taki

Kościół Świętej Trójcy nas Schodami Hiszpańskimi w Rzymie
Od dłuższego czasu męczy mnie podział na rzekomy Kościół otwarty i zamknięty. Rzekomy, bo przyglądając się trwającej wokół tego podziału dyskusji, a nierzadko w niej uczestnicząc, mam wrażenie wydumanego problemu i trochę wywoływania go - na potrzeby jakiegokolwiek dyskursu. Od dłuższego czasu nie mogę zrozumieć, czemu (i czy w ogóle) ma służyć okopywanie się na swoich pozycjach - otwartości definiowanej po obu strona barykady w różny sposób i wzajemne wytykanie sobie win. Czy od takiego podziału i nazewnictwa przybędzie orędowników i głosicieli Dobrej Nowiny? Nie sądzę.
Czy Bóg będzie nas po etykietach rozliczał na Sądzie Ostatecznym? Na pewno nie.
Czy Jezus definiował zakładany przez siebie Kościół jako zamknięty/otwarty? Czy kogoś z niego wykluczał? Raczej nie przypominam sobie takiego przesłania Ewangelii (za to pamiętam "Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni jesteście, a ja was pokrzepię" - Mt 11,28).

W sukurs moim rozważaniom przyszedł dziś ks. Artur Stopka ze swoim wpisem na blogu Stukam.pl. Nic dodać, nic ująć. Tylko o Bogu (częściej) pamiętać, który - jak wierzę - jest wysoko ponad podziałami. I daleko od nich. Polecam!

sobota, 17 listopada 2012

Warte obejrzenia

Powiem krótko - film warty obejrzenia - dla każdego katolika. Bez zględu na to, czy już był w Rzymie, czy nie było mu to dane. Po jakimś czasie razi powtarzalność terminów o wyjątkowości i niesamowitości, ale nie ujmuje to walorom merytorycznym filmu. Polecam!


http://www.youtube.com/watch?v=XoK7W5KSV60

środa, 7 listopada 2012

Modlitwa jazzem

Poznańskie Zaduszki Jazzowe przez ostatnią dekadę trwale wpisały się w listopadowy krajobraz nie tylko Poznania, ale i polskiego środowiska artystycznego. W tym roku już po raz 11. w poznańskiej świątyni ojców dominikanów rzesze wiernych, a jednocześnie fanów jazzu spotkały się na Eucharystii w intencji świętej pamięci muzyków, piosenkarzy i kompozytorów oraz koncercie ich pamięci. I jak co roku szczelnie wypełniły wnętrze kościoła.
Sympatyków jazzu do udziału w tym wydarzeniu przekonywać nie trzeba. Pozostałych zaś warto zachęcić. Msza na jazzowo? Tak, to piękna liturgia z jazzowym temperamentem, dźwiękami klarnetu przydającymi nadziei niczym płomień słońca, mocnymi uderzeniami perkusji lub przeciwnie – ledwie słyszalnym szmerem talerzy. I głębią kontrabasu. Czego chcieć więcej dla uszu?
Duszę karmiły słowa pieśni wykonywanych przez chór poznańskiego wielbienia – osób, które stoją właśnie za inicjatywą jazzowych zaduszek. A dokładnie Leopolda i Joanny Twardowskich.
Ta muzyczna inicjatywa jednoczy szerokie grono artystów, nierzadko wspierają ją artyści z innych miast. W tym roku w koncercie wzięli udział m. in. Natalia Niemen (córka ś. p. Czesława), Hanna Banaszak, Piotr Kałużny, dwa zespoły jazzowe i jeszcze wielu innych muzyków. Wszyscy przypomnieli stan-dardy – nie tylko jazzowe – z różnych lat, różnych wykonawców, w tym swoje impresje. Wszyscy – w jazzowej, bardzo twórczej aranżacji (również koncert Mozarta).
Doprawdy, piękny to sposób na uczczenie pamięci zmarłych artystów i na modlitwę za ich dusze.

środa, 31 października 2012

Dwa oblicza Wszystkich Świętych

Najnowszy numer naszego pisma "Ja Jestem Zmartwychwstaniem" odnosi się m.in. do jutrzejszej uroczystości Wszystkich Świętych. Wspólnie z paroma osobami spoza redakcji podjęliśmy próbę wariacji na temat świętości, odnosząc się do wybranych cytatów na jej temat.
Dorzucę do nich jeszcze jedną sentencję o świętych.

"Prawdziwa świętość polega na wykorzystywaniu Bożej woli z uśmiechem".
To jedno oblicze jutrzejszego święta.

A z Facebooka zacytuję Tomasza Walenciaka, który zabrał głos na temat innego oblicza tego święta - w Polsce. Tomek usłyszał w radiu i podesłał mi:
"do znicza dokup wkład a pamięć o twoich bliskich będzie trwać dłużej". Jakby moja pamięć zależała od świeczki! Może zamiast masłem zacznijmy chleb smarować parafiną, wtedy skleroza nie będzie nam straszna.

Katolicy contra halloween

Potrzebowaliśmy kilku(nastu?) lat zachłyśnięcia się amerykańską kulturą lub choćby obojętności wobec jej wpływów u nas, by przygotować odpowiedź. Chodzi o tak obce naszej tradycji i tak pogańskie halloween, które przez ostatnie lata zadomowiło się np. w polskich szkołach (o zgrozo!) - ku uciesze gawiedzi, która ostatnimi czasy przejawia niespotykaną dotąd sympatię do wampirów i horrorów.
Za to w tym roku już z kilku stron (i parafii) usłyszałam o pięknej inicjatywie:  NOCY ŚWIĘTYCH. W naszej akurat parafii to młodzież zaproponowała, że w wigilię uroczystości Wszystkich Świętych zaprosi parafię na procesję ze świętymi. A że u nas relikwii świętych i błogosławionych nie brakuje, to jest z kim tę procesję odbywać. I się radować ze świętych obcowania, ich liczby w niebie i orędownictwa za nami.
Z kolei w jednej ze szkół na naszej parafii pani katechetka urządza z dziećmi dziś... bal świętych! Dzieci mają przygotować przebrania za świętych, np. swoich patronów. No i świetnie.
Czas zdjąć żałobną wymowę polskiego obchodzenia Wszystkich Świętych i okazać chrześcijańską radość z rzeczy pozaziemskich.
Brawo!
Wszystkich obecnych w Poznaniu dziś wieczorem zapraszam więc na święto ze świętymi.

poniedziałek, 29 października 2012

O leczeniu pedofilii

"Co zrobić z mężczyzną, którego pociągają dzieci?" - pyta na okładce swojego magazynu niemiecki "Die Zeit". Pustą białą okładkę wypełnia jedynie logo gazety i to pytanie. Odpowiedzi na nie należy szukać w poruszającym reportażu o 27-letnim Niemcu, który przez 10 miesięcy uczestniczył w terapii dla pedofilów.
Bohater reportażu już w wieku kilkunastu lat zdał sobie sprawę, że pociągają go seksualnie... chłopcy w wieku 8-12. Tylko tacy. Wiedział jednak, że oznacza to zadawanie im cierpienia oraz że jest to zło i czynność karalna. Nigdy więc nie zrealizował swoich seksualnych skłonności. Za to "zadowalał" się masowo pornografią dziecięcą, żyjąc w strachu przed kontrolą swojego komputera, którego dysk formatował nawet co 3 dni. Lęk, poczucie osamotnienia, depresja, myśli samobójcze. Wszystko to skrywał przed swoją, kochającą i poukładaną rodziną. Do czasu przełomowej w jego życiu terapii, w której towarzyszyła mu dziennikarska "Die Zeit". W Berlinie przed 2 laty powstał pierwszy ośrodek proponujący terapię osobom o pedofilskich skłonnościach. Ocenia się, że skłonności pedofilskie wykazuje ok. 1 proc. populacji mężczyzn. Ale - zdaniem autorki reportażu - nie dowiedziono naukowo, skąd się one biorą. Nie ma żadnej wiarygodnej teorii, co wpływa na takie - nienormalne - ciągoty.
Ponieważ pedofilia oznacza agresję i akty seksualne względem najmłodszych, to zdrowe na umyśle osoby odczuwające nawet takie skłonności zachowują się jak bohater tego reportażu - starają się walczyć i żyć z tym, nie raniąc innych. Nie ma wszak przyzwolenia społecznego na realizację ich seksualnych życzeń, w najgorszym wypadku unikają ich więc z lęku przed sądem, więzieniem. Ponadto - argumentują twórcy terapii - seksualność to nie cały człowiek, a jedynie jego jakaś - choć ważna - część, z którą można się nauczyć obchodzić, zwłaszcza gdy medycyna oferuje coraz więcej (np. środki na obniżenie poziomu testosteronu bez większych skutków ubocznych).
Niestety, tych samych argumentów nie używa się dziś - głośno i powszechnie - wobec homoseksualizmu. Owszem, w środowiskach katolickich, wśród katolików homoseksualnych to powtarzana opinia, ale wara temu, kto ją publicznie wypowie...
Tymczasem trudno nie doceniać wpływu opinii społecznej i przyzwolenia społecznego na rozwój skłonności homoseksualnych. Prosty przykład z mojego życia. 11 lat temu ponad 8 miesięcy mieszkałam w Danii, ucząc się na tzw. uniwersytecie ludowym, czyli w szkole autorstwa duńskiego działacza Grundtviga. Pierwszy semestr trwał 4 miesiące. Uczestniczyło w nim ok. 60 osób (głównie Duńczycy, trochę obcokrajowców). Połowa dziewczyn i chłopaków. Po Bożym Narodzeniu połowa ekipy skończyła swój pobyt, przybyło głównie Dunek. I tak, nagle, na 54 osoby zrodziły się... 3 pary lesbijskie, w tym stworzone przez dziewczyny, które podczas pierwszego semestru były w stałych związkach z mężczyznami. Jedna nawet mówiła o zaręczynach i ślubie. Wystarczyły 1-2 osoby z silną osobowością, promujące się jako cool i lesbijki, które chętnie pokażą innym, jak to może być fajnie w takim związku. I sporo innych tego wypróbowało. Oczywiście, nikomu nawet przez myśl nie przeszło, by to krytykować. Jestem pewna, że nie dochodziłoby do takich sytuacji, gdyby nie taka "otwartość" tego społeczeństwa.
Nie chodzi mi wcale o to, by homoseksualizm traktować na równi z pedofilią! Ale by częściej posłuchać lekarzy, psychoterapeutów i naukowców wcale niejednomyślnych w tej kwestii, i choćby starać się pokazywać osobom o homoseksualnych skłonnościach alternatywę. Bo ta istnieje.

sobota, 27 października 2012

Z czym do ludzi?

Tytułowe pytanie rodzi mi się w głowie, ilekroć porównuję tytułowe strony opiniotwórczych gazet z Niemiec, USA czy Francji z naszymi rodzimymi.
"FAZ", "Die Welt", "Le Monde", "The Financial Times", "Walt Street Journal" - ilekroć wezmę tego typu gazety do ręki, czuję się, jako czytelnik, traktowana poważnie. Jedynki zawierają po po kilka ciekawych, często długich (1/2 czy 1/3 kolumny) zajawek prezentujących naprawdę świat z poprzedniego dnia w pigułce. Mam w czym wybierać. Jeśli reklamy - to nienachalnie, dyskretnie, w rogu lub bocznej szpalcie, właściwie niezauważalne.
Co mamy w polskich dziennikach?
Widać to na stronie http://www.press.pl/app/webroot/jedynki/. Pojedyncze materiały, okraszone krzyczącymi fotografiami, a częściej reklamą. Proporcje między treścią a reklamą zachwiane. Materiały na czołówki raczej nie wybierane kluczem wagi. Sensacji - bardziej. Zaściankowości - najbardziej.
Wydawcy tych gazet mają pretensje, że my, Polacy, nie czytamy gazet. Ale pytam jak w tytule oraz co mam czytać? Powierzchowne analizy, bo na głębsze brak miejsca w ogarniętej kryzysie prasie. Albo komentarze do mało mądrych wypowiedzi naszych polityków? (Ile można?!). Informacje o popkulturze podane w takiej formie, by najmniej inteligentni chcieli je przeczytać? To się nazywa opiniotwórczość?

Najbardziej w zagranicznych wojażach cieszy mnie kontakt z zagraniczną prasą - za darmo. Mogę sobie kupić dziś dowolną zagraniczną gazetę w Polsce, ale kosztuje tyle co książka. Mogę je za darmo przejrzeć w Empiku - co dla odtrucia mózgu czasami czynię. Tymczasem lot za granicę, najlepiej z przesiadką w Monachium lub Frankfurcie to zawsze miła okazja do obcowania z szerokim wyborem dobrej - jeszcze - prasy.
Tej, która mimo kryzysu nie ugięła się pod presją mód i reklamodawców. Warto bowiem zawuażyć, że nawet jesli zachodnie gazety nieco zmniejszyły swoje tradycyjne rozmiary (ogromnych płacht papieru), to żadna z nich nie wygląda jak bulwarówka. Czego nie można na przykład powiedzieć o dzisiejszej "Gazecie Wyborczej" (piszę to z żalem o gazecie, która dawno, dawno temu naprawdę była opiniotwórcza). "Rzeczpospolita" stara się niestety w tym kroku dotrzymać (co też - delikatnie mówiąc - nie sprawia mi radości, bo pamiętam tę gazetę zgoła inaczej).
Amerykańskie gazety, niemiecki "FAZ" i "Die Zeit" (2- lub 3-krotnie uznana za najpiękniejsza gazetę świata) mimo presji utrzymują wielki format. Z wielką klasą.
A tej, wraz ze zmianą formatu, naszym gazetom zabrakło.

wtorek, 16 października 2012

16 października

Wiadomo - tego dnia, 34 lata temu Karol Wojtyła został pierwszym Polakiem-Papieżem. Rocznica, która zawsze jest dobrym pretekstem nie tyle do wspomnień, ile ożywienia - pamięci o tym wielkim Polaku, a dla mnie bardziej - Jego nauczania.

Ale dziś również obchodzony jest, od 33 lat (czyli rok po wyborze Polaka), Międzynarodowy Dzień Żywości. Wprawdzie nie odkopałam żadnego orędzia Jana Pawła II na takowy dzień, ale przecież nasz papież wielokrotnie apelował o sprawiedliwy podział dóbr. W orędziu na XXVI Światowy Dzień Pokoju (1.1.1993 r.) pisał:


Chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę na fakt, że ubóstwo, zwłaszcza gdy przeradza się w nędzę, staje się zagrożeniem dla pokoju. Miliony dzieci, kobiet i mężczyzn cierpią codziennie głód, pozbawione pewności jutra i zepchnięte na margines społeczny. Sytuacje te głęboko uwłaczają ludzkiej godności i przyczyniają się do powstawania napięć społecznych.  
(...)
Dla dobra człowieka, a tym samym dla dobra pokoju, należy więc jak najszybciej wprowadzić do mechanizmów ekonomicznych niezbędne zmiany, które zapewnią bardziej sprawiedliwy i równy podział dóbr. Nie wystarczy tu tylko sprawnie funkcjonujący rynek; społeczeństwo musi spełnić ciążące na nim obowiązki, wzmagając wysiłki - w wielu wypadkach już podjęte na dużą skalę - w celu usunięcia przyczyn ubóstwa i jego tragicznych konsekwencji. Żaden kraj nie jest w stanie sam sprostać takiemu zadaniu. Właśnie dlatego niezbędna jest współpraca i solidarność, jakiej wymaga współczesny świat, objęty coraz gęstszą siecią współzależności. Godzenie się z sytuacją skrajnego ubóstwa prowadzi do kształtowania się form współżycia społecznego, w których coraz większe jest niebezpieczeństwo konfliktów i użycia przemocy.
Każdy człowiek i każda grupa społeczna ma prawo do takich warunków życia, które pozwalają na zaspokojenie potrzeb jednostki i rodziny oraz na udział w życiu i w rozwoju własnej społeczności. Gdy określonej grupie ludzi odmawia się tego prawa, mogą oni poczuć się pokrzywdzeni przez system, który ich nie akceptuje, i odpowiedzieć przemocą. Dotyczy to zwłaszcza młodych, którzy pozbawieni właściwego wykształcenia i możliwości znalezienia pracy są najbardziej narażeni na niebezpieczeństwo zepchnięcia na margines i wyzysku. Powszechnie znany jest problem bezrobocia, występujący w całym świecie, szczególnie wśród młodych, oraz związane z nim zubożenie coraz większej liczby ludzi i całych rodzin. Często zresztą bezrobocie jest tragicznym rezultatem zniszczenia infrastruktury ekonomicznej kraju nękanego wojną lub konfliktami wewnętrznymi.

I jeszcze słowa Soboru Watykańskiego:
Najpierw trzeba zadośćuczynić wymaganiom sprawiedliwości, by nie ofiarować jako darów miłości tego, co się należy z tytułu sprawiedliwości. 

W Międzynarodowym Dniu Żywności warto pamiętać o tym, by jej nie marnować - a propos przypominam ubiegłoroczny wpis.

sobota, 13 października 2012

Akatyst w naszym kościele



Po prostu zapraszam!
Akatyst to właściwie hymn w liturgii Kościoła Wschodniego, jednak tym mianem określa się też samo nabożeństwo ku czci Maryi. Jest on najważniejszą z form kultu maryjnego w cerkwi prawosławnej i cerkwiach greckokatolickich. Akatyst składa się z 24 strof, na przemian krótkich (kondakiony, śpiewane przez chór) i dłuższych (ikosy, które się recytuje), które w greckim oryginale zaczynają się od kolejnych liter greckiego alfabetu. Każdy kondakion kończy się refrenem „alleluja”, a ikos – inkantacją „Witaj, Oblubienico dziewicza”. Akatysty śpiewa i słucha się na stojąco, a pełna celebracja trwa kilka godzin, ponieważ bywa przeplatany innymi hymnami i psalmami (ale podczas nich wolno siedzieć).

czwartek, 11 października 2012

Piękny miesiąc dla Kościoła

Październik to bardzo ciekawy i piękny czas, zwłaszcza w tym roku, dla Kościoła. Nie tylko dlatego, że to miesiąc różańca.
To w październiku 50 lat temu (dokładnie!) rozpoczęło się przełomowe dla naszej wspólnoty posiedzenie Vaticanum II. To 16 października 1978 r. nasz rodak został papieżem, a jego pontyfikat zaliczono do jednego z ważniejszych w historii Kościoła. Teraz, 22 października, obchodzimy wspomnienie liturgiczne Jana Pawła II jako błogosławionego.

50. rocznica Soboru Watykańskiego II stała się pretekstem do ogłoszenia Roku Wiary. Niech to z kolei stanie się przyczynkiem do zgłębienia i odświeżenia naszej wiary. Ale i refleksji nad nią.

Zachęcam zatem do lektury dwóch tekstów:

środa, 10 października 2012

Absencja

Ilekroć w parafii ktoś coś przygotuje, zaproponuje, zaprasza na coś i do czegoś zachęca, tylekroć jest mi bardzo przykro, gdy zachęty te spotykają się z - delikatnie mówiąc - małym entuzjazmem.
Tak było i dziś.
Po wieczornej mszy św. została otwarta wystawa fotografii sportowej naszego parafianina Adama Ciereszki, akredytowanego przez PAP na tegoroczne Igrzyska Olimpijskie. Pan Adam dał już się poznać parafianom, społecznie (i profesjonalnie) fotografując niejedną naszą imprezę. Natomiast zdjęcia z olimpiady zachwyciłyby - moim zdaniem - nawet największych ignorantów sportu.
Na mszy było ok. 30 osób. Kilkanaście zerknęło na ledwo co urządzoną wystawę, a z zaproszenia na spotkanie z autorem, które składało się z prezentacji innych zdjęć (wystawa obejmuje 48 ujęć, a podczas trzech tygodni zawodowy fotoreporter zrobił... dziesiątki tysięcy - TAK! - zdjęć) skorzystało... PIĘĆ. No i sam gospodarz wydarzenia, ks. proboszcz.
Jestem tą obojętnością tak poruszona, że nie znajduję słów rozczarowania. Pewnie wielu skwituje: Czego się spodziewałaś na Wildzie.
Ale przecież od kilku lat sporo dzieje się w parafii, nie ma wielkiego odzewu, ale nigdy nie zdarzyła się taka sytuacja. Pięć osób z 2000 dominicantes interesuje się czymś więcej niż czubkiem swojego nosa?
Czy to można tłumaczyć deszczem? Nadmiarem zajęć? Czyim? Emerytów? Rencistów? Bezrobotnych? Młodzieży?

Pan Adam to bardzo skromny człowiek i potrafił docenić, że jego zdjęcia w ogóle ksiądz chciał pokazać w kościele oraz to, że "w ogóle ktoś chciał go posłuchać".
A posłuchać, jak ta ogromna machina olimpijska wygląda od środka, jak bije jej serce, jak pracuje się w mediach podczas takiej imprezy - doprawdy przeciekawe.
Ale przecież ludzie to wszystko "wiedzą" - z seriali i oglądania meczów. Bo domyślam się, że chyba z tym "konkurowała" prezentacja pana Adama.

Czas spisać wywiad i relację do tworzącego się kolejnego numeru "Ja Jestem Zmartwychwstaniem"...

Jako ilustracja oczywiście zdjęcie pana Adama, na które nie mogę się napatrzeć: skos (miało być skok, ale w sumie jest i skos na zdjęciu:) ) Konrada Czerniaka. Gdyby polski pływał zdobył medal, to zdjęcie mielibyśmy na czołówkach gazet w sierpniu. Ale nic nie wygrał. I ponoć zdjęcia nikt nie opublikował. Co tym bardziej pokazuje potrzebę prezentacji fotografii już innymi kanałami.

poniedziałek, 8 października 2012

Latarka

Z czym kojarzy mi się październik?
Oczywiście z różańcem (i moimi urodzinami, choć jedno z drugiego wcale nie wynika). Ale przecież to za proste, bym o tym pisała. Zatem nabożeństwa różańcowe bardziej pośrednio.
Otóż ile razy sobie pomyślę o październiku jako miesiącu, kiedy (kiedyś) gorliwie uczęszczałam na nabożeństwa różańcowe, tyleż razy przypomina mi się... latarka. Najlepiej mała, kieszonkowa, której nikt nie zauważy i która będzie się skrywać w otchłani kieszeni dziecięcej kurtki. Ale takie małe latareczki nie były czymś tak powszechnym na przełomie lat 80. i 90., o jakim to czasie mówię, jak dziś. Na wyposażeniu domów były raczej małe reflektory, które miały zastąpić oświetlenie, gdy stale reglamentowano energię lub gdy co rusz któryś sąsiad zadbał o wysadzenie korków całego pionu, a elektryka nie było.

Nabożeństwa dla dzieci odprawiano codziennie (piątek, świątek i niedziele) o godz. 17. O ile za jasnego docierało się do świątyni, o tyle powrót nieoświetlonymi (standardowo) ulicami i uliczkami oraz ciemnym wejściem na klatkę schodową bardzo niepokoił rodziców, którzy nie zawsze mi towarzyszyli (zdarzyło mi się bodajże raz w życiu odprawić wszystkie nabożeństwa). Dlatego przed wyjściem z domu upewniali się, że wezmę latarkę (w domyśle, że jej użyję, bo wtedy na porządku dziennym i wieczornym były takie praktyki). Ale ja się wstydziłam (czego? żebym to ja dziś, 20 lat później wiedziała!). Wstyd i już. Pal sześc, że krzywe chodniki (innych wtedy jeszcze był deficyt), że nie widać, gdzie klamka w drzwiach. "Jakoś dam radę". No ale latarka była. Jak się okazało, że któraś koleżanka podobnie była wyposażona albo ją to nie śmieszyło, to latarki zdarzyło się używać.
Na szczęście z każdym rokiem rosnący dobrobyt w Polsce rozświetlał ulice i latarki używam dziś tylko na biwakach. No i dziś nie wstydziłabym się użyć jej nawet największego modelu na ciemnej ulicy w centrum miasta. O walorach samoobronnych takiego przyrządu nie wspominając.

poniedziałek, 1 października 2012

Przyganiał kocioł garnkowi

Ledwo napisałam o końcu Religia TV, a dotarłam do dyskusji redaktorów Szymona Hołowni (dyrektor programowy tego kanału) i Tomasza Terlikowskiego (redaktora naczelnego i właściciela "Frondy"). Panowie "dowalają" sobie, że posłużę się tutaj nader adekwatnym kolokwializmem, na swoich stronach WWW (blogu Religia TV i portalu Fronda.pl).

Najpierw Hołownia, informując o problemach swojego kanału, wyraził swój żal, że biskupi - delikatnie mówiąc - nie popierali Religii TV i często zabraniali księżom występów w niej. Terlikowski chwilę później wytknął Hołowni:

Po pierwsze nie ma powodów, by biskupi udzielali poparcia świeckiemu medium i świeckiej firmie, która często firmowała produkcje głęboko niechrześcijańskie. Katolicy mogli i powinni się w nią zaangażować, ale nie ma powodów, by liczyli na wsparcie biskupów.
Hołownia nie został dłużny i odniósł się do każdego kontrargumentu. Nie zamierzam tego cytować. Nie podoba mi się, że jedno katolickie medium cieszy się z problemów lub wręcz zniknięcia drugiego, a towarzyszy temu huk wystrzałów w obie strony.

Ale najbardziej zirytował mnie dzisiejszy główny materiał Fronda.pl, w którym redakcja krzyczy: "Dlaczego biskupów nie było na marszu?" i w wywiadzie Jarosława Wróblewskiego z ks. Rafałem Markowskim, rzecznikiem Archidiecezji Warszawskiej, punktuje biskupów z nieobecności na "marszu katolików".

Zapytam słowami Terlikowskiego: Jaki jest powód, dla którego biskupi mieliby udzielać poparcia świeckiej inicjatywie, przeszytej polityką, i firmować ją swoją obecnością?

Reklamy dla włoskich katolików

Katolickie media nie mają łatwo - chcąc w pełni realizować swoją misję, muszą odmawiać wielu reklamodawcom swoich łamów i anten. Żaden katolik nie wyobraża sobie przecież reklam prezerwatyw przy tekście promującym chrześcijańskie wartości. Albo przedstawiającej całujących się duchownych (jak słynna, skandalizują reklama Benettona). Lista zamożnych reklamodawców, ale niekoniecznie działających w zgodzie z katolicką etyką jest jednak dużo dłuższa.

Obawa przez niepożądanymi reklamami hamuje więc właścicieli stron internetowych - często popularnych, które mogłyby nieźle zarobić na reklamie - przed wpuszczaniem na swoje strony takich systemów jak AdSense (sieć reklamowa Google), wszak to reklama kontekstowa, a kontekst dopasowuje do treści reklam maszyna. Ta zaś niekoniecznie ma wpisane algorytmy Dekalogu.

Tymczasem wreszcie pomyślano o katolikach w Internecie - na razie włoskim. Jak donosi serwis informacyjny religia.tv, powstała tam platforma adresowana do właścicieli katolickich stron internetowych, których właściciele będą mogli czerpać zyski z reklam, nie obawiając się o zawartość reklam. Żadna, która naruszałaby zasady etyki i wartości katolickich, nie ma prawa się tam pojawić.

Brawo! To pokazuje, że media religijne nie muszą być marginalizowane poprzez brak komercyjnego finansowania! I że ewangeliczne idee można realizować nawet w biznesie.

niedziela, 30 września 2012

Koniec Religia TV?

Tylko do końca roku kanał telewizyjny Religia TV będzie kontynuował produkcję własnych materiałów, w przyszłym roku będzie emitował dotąd nagrane lub kupione produkcje i... może zniknie z anteny, jesli nie znajdzie się hojny inwestor.
To bardzo przykra wieść, że w kraju katolickim nie jesteśmy w stanie od 20 lat wspólnymi siłami stworzyć własnych mediów, ponad podziałami, informujących obiektywnie o życiu Kościoła na świecie i w Polsce, z wartościowymi materiałami edukacyjnymi i formacyjnymi. To nie zarzut do ITI - wręcz przeciwnie, wyraz podziwu, że prywatny inwestor w ogóle rzucił się do realizacji szczytnych zamierzeń i przez 5 lat mimo ciężkiego rynku się nie poddawał. A sprzymierzeńców wśród kościelnych hierarchów nie miał zbyt licznych.
Przez 20 lat wolnych mediów polscy katolicy nie doczekali się dziennika katolickiego, tylko jednemu (diecezjalnemu) tygodnikowi udało się wypłynąć na ogólnopolskie wody ("Gość Niedzielny") i zawojować rynek (najwyższy nakład wśród tygodników w ogóle). Nic nie ujmuję "Tygodnikowi Powszechnemu", "W drodze" czy kilku innym liczącym się katolickim pismom, ale to nisze, choć piękne i warte odwiedzania.
Nie mamy ogólnopolskiego radia (Radio Maryja zawłaszczone przez osobę i poglądy Ojca Dyrektora nie jest dla mnie głosem Kościoła powszechnego), telewizji (próbował prywatny inwestor, ale skutki widać, a trudno mówić o entuzjazmie Kościoła wobec tej inicjatywy, wszak to ten sam inwestor, który miał niezbyt lubianą przez ogół episkopatu TVN). Diecezje próbują swoich sił w eterze, każda na własną rękę i nie potrafią (nie chcą?) zjednoczyć wysiłków, by stworzyć wspólne medium z głosem wszystkich katolików i dla wszystkich. Mam żal, że episkopat, dysponując takimi możliwościami intelektualnymi i decyzyjnymi, nie podjął  takiego wysiłku. Czy to już grzech zaniechania?
Wierzę, że dobrze robione media katolickie byłyby skuteczniejszym głosem religijnym w naszych domach niż drętwe, pisane odrealnionym językiem listy biskupów. I na pewno lepiej wciągnęłyby świeckich do wspólnotowego dzieła na miarę naszych multimedialnych czasów.

Tak jak w Kościele jest miejsce dla różnych ludzi, różnych form religijności i duchowości, tak mogłoby być na łamach, w eterze i antenie. A niestety nie jest.
Trzymam więc kciuki, by Religia TV znalazła sposób na przetrwanie, skoro nic innego nie wyłania sie na horyzoncie.

Międzynarodowy Dzień Tłumacza, czyli...

 ... wspomnienie św. Hieronima - bodaj jednego z najbardziej zasłużonych dla naszej cywilizacji tłumacza, autora przekładu Biblii z greckiego i hebrajskiego na łacinę. I dlatego patrona tłumaczy.
Każdy, kto czyta, zwłaszcza literaturę piękną lub fachową, doceni pracę tłumacza, ale ich nazwiska - w przeciwieństwie do nazwisk autorów dzieł literatury - zna mało kto, niestety. No chyba że mowa o... Stanisławie Barańczaku (dziś) czy... Janie Kochanowskim (dawniej). O tym jednak, jak wielka jest ich rola w popularyzacji słowa pisanego oraz kształtowaniu ojczystego języka, przekona się każdy wrażliwy na piękny styl czy bogate i trafnie stosowane słownictwo. A ileż to razy, czytając jakieś ważne dla nas dzieło, mamy wrażenie, że coś nie idzie, coś kuleje, burzy nam rytm lektury i zakłóca przyjemność z niej płynącą. Bo to przekład właśnie, najczęściej ten robiony najniższym kosztem, w największym tempie, metodami, których nie podjąłby się żaden szanujący się i swoją profesję tłumacz (np. podzielenie powieści na kilku tłumaczy i brak redaktora, który wychwyciłby nie tylko różnice w stylu, ale i odmienne nazewnictwo!).
Ja przeżywam katusze, słuchając rówieśników, pracowników banków. Panująca tam pseudoangielska terminologia powoduje ból oczu i uszu. Terminy, których używają, są zrozumiałe wyłącznie dla osób zajmujących się tą samą działką, tworzone wbrew rozsądkowi i elementarnym zasadom mowy ojczystej. Za to wiele mają wspólnego z angielskim. Kalka na kalce kalką popychana, które wdzierają się w naszą mowę codzienną, kalecząc nam wszystkim języki. Często trwale.
Gdzie tu sztuka przekładu? Gdzie tu w ogóle tłumacz? Dlaczego ktoś, kto się zajmuje finansami, decyduje trwale o kształcie terminologii, która początkowo branżowa, z czasem staje się codzienna? I kto jest autorem tak durnego sformułowania w języku mediów i reklamy, jak "audycja zawiera lokowanie produktu"?!
O tym, co zawdzięczamy (lub nie) tłumaczom, najlepiej świadczy choćby... rzeźba Mojżesza Michała Anioła w Bazylice św. Piotra. Otóż jego Mojżesz ma... rogi (!?). Wizerunek ten, popularny i we wcześniejszych latach, wynika z tłumaczenia wspomnianego Hieronima, który hebrajskie, dwuznaczne słowo qrn (świecić lub rogaty) zinterpretował według tego drugiego znaczenia. I tak, zamiast promieniejącej twarzy Mojżesz zyskał rogi na wiele lat (historię tę wyczytałam w tekście "Gdzie jest tłumacz?" Jerzego Jarniewicza w dodatku "Magazyn Literacki" do Tygodnika Powszechnego z 16 września 2012 r.).
Ja tymczasem, ilekroć szukam, czy termin, którego brakuje mi w jakimś roboczym tłumaczeniu, przypadkiem już nie istnieje w naszym języku (bo nie notują go słowniki), zastanawiam się, jak tłumacze dawali radę pracować w dobie przedinternetowej. I to chyba najlepsza ilustracja ich jakości pracy, sumienności i odpowiedzialności dawniej względem dzisiejszych (google'owych) standardów w wielu wydawnictwach.
Czapki z głów, tłumacze!

czwartek, 20 września 2012

Bogactwo i ubóstwo

"Czy Pan Bóg lubi bogatych?" - pyta we wrześniu redakcja dominikańskiego miesięcznika "W drodze", który sobie ostatnio upodobałam (i innym szczerze polecam). Ilustruje to pytanie odmienioną okładką z fotografią na całym jej tle (podoba mi się).
W kilku ciekawych i dogłębnych artykułach autorzy i rozmówcy definiują ubóstwo, bogactwo, szczodrość i skąpstwo. Leszek Likus, krakowski przedsiębiorca (wywiad naczelnego, ks. Romana Bieleckiego OP, pt. "Ubóstwo nie czyni nas świętymi") przypomina za Mistrzem Eckhartem, że "Nie przez działania będziesz zbawiony, ale przez swe bycie". Zauważa też wcześniej, "że można nic nie mieć i być potwornym sknerą, a można mieć dużo i być człowiekiem o wrażliwym sercu".
Z kolei ks. prof. Józef Naumowicz naświetla ideę Klemensa Aleksandryjskiego o tym, że "jeżeli nie będziesz miał dóbr materialnych, to nie pomożesz innym" (wywiad Anny Sosnowskiej pt. "Miara posiadania").
Jest jeszcze wiele innych dobrych tekstów, nie tylko na temat posiadania. Dlatego nie dziwi mnie, że ten miesięcznik zaczyna być coraz częściej widoczny w naszym świecie mediów. Tak trzymać!

poniedziałek, 17 września 2012

Postęp minionych dwóch dekad

Miałam 11 lat, gdy w Polsce zmienił się ustrój. Dosyć, by świadomie uczestniczyć w przemianach, nie tak wiele, by zrozumieć całość zjawisk przewalających się wtedy nad Wisłą.
Co mi się kojarzy z tamtymi latami? Że ulice i sklepy stawały się bardziej kolorowe i pełniejsze. Że na ulicach zagościły łóżka polowe i dżinsy "pyramid". I że co rusz rodzice przychodzili z pracy z informacją albo o samobójstwie kogoś z zakładu, albo o kolejnej turze masowych zwolnień, które i ich nie minęły. Ale mimo to są to wspomnienia jasne, barwne, optymistyczne.

Kapitalnym i znacznie pełniejszym od mych wrażeń świadectwem lat transformacji są reportaże prasowe Mariusza Szczygła zebrane w książce o zaskakującym tytule "Niedziela, która zdarzyła się w środę".
Kręci się łezka w oku nieraz podczas lektury, kręci się z niedowierzaniem głową, że aż tak było lub w milczeniu przytakuje, że właśnie tak było: trudno, ale entuzjastycznie, biednie, ale przedsiębiorczo. Oczywiście to tylko wybrane przykłady, tak jak i te reportaże przedstawiają tylko część zjawisk. Za to świetnie oddają ducha epoki i narodu w tamtych latach. Świetnie: szczerze aż do bólu. I czasem śmiesznie (autor nie byłby sobą bez wiadomego dystansu i poczucia humoru towarzyszącego mu w każdej książce).

Lekturze musi towarzyszyć refleksja, jaki to szmat drogi pokonaliśmy przez te około 20 lat i z czego możemy być dumni. Ile się nauczyliśmy, ile zmieniliśmy w sobie i wokół nas, ile daliśmy radę wbrew wielu przeciwnościom, ile dokonaliśmy, ile się dorobiliśmy - jako naród, jako kraj. Pewnie trudno w to uwierzyć tym, którzy z racji wieku w tamtej przemianie nie uczestniczyli, i tym, którzy stale znajdują powody swojego malkontenctwa. I jedni, i drudzy powinni chwycić za tę książkę obowiązkowo. Pozostałych zachęcam, o ile odświeżenie pamięci z tamtych lat nie będzie zbyt bolesne.

niedziela, 16 września 2012

Polska estetyka

Że Polska jest pięknym krajem - krajoznawczo - nie mam wątpliwości. Że wszędzie, gdzie ślad w nim odznaczyła cywilizacja, jest brzydko - też nie wątpię. I mimo że nic się nie polepsza, to wcale się nie przyzwyczaiłam. A cierpię zawsze, ilekroć wrócę z zagranicy. Albo ze wsi do miasta.
Temu "fenomenowi" brzydoty artykuł we wrześniowym numerze "W drodze" poświęcił Filip Springer, wyręczając mnie w pisaniu na ten temat. Polecam szczerze jego tekst "Nieważne".
Od siebie dorzucę słów kilka o potrzebie kształtowania gustów i estetyki w narodzie w ogóle. Bo wciąż odnoszę wrażenie, że mamy z tym ogromny problem. W najlepszym przypadku wielu rodaków powie, że nie przeszkadza im rój reklam na ulicach, skoro ktoś na tym zarabia, w najgorszym powiedzą, że przedmieścia w stylu Plewisk pod Poznaniem są ładne. Albo że nie widzą różnicy między kurnikami o funkcjach mieszkalnych a modernistycznymi blokami. I właśnie ten brak wyczucia dla rzeczy ładnych, dla ładu w przestrzeni mnie drażni.
Ani państwo nie stoi na straży tego ładu, bo urzędnicy bez żadnego przygotowania architektonicznego czy uranistycznego często wydają decyzję o zabudowie, ani prywatni inwestorzy. Chlubnym tego zaprzeczeniem i wyjątkiem jest Stary Browar w Poznaniu. Ale już na przykład Wrocław zdominowany przez innego z najbogatszych Polaków takiego szczęścia nie ma i jego panoramę szpeci ścięta "Sky Tower", o której wiele można powiedzieć, ale nie, że jest ładna. No cóż, wielkie pieniądze dobrego gustu nie gwarantują.
Drogie nie oznacza też piękna. A tym większego nań uwrażliwienia.
Niedościgłym ideałem kształtowania gustów jest dla mnie Dania. Przeciętny przedstawiciel tego narodu może mieć brudne dżinsy i nie prezentować się schludnie, ale w jego wynajmowanym mieszkaniu ściany będą wypełniały reprodukcja muzealnych dzieł, najczęściej sztuki współczesnej, wysokiej jakości fotografia, plakaty sztuk teatralnych. Młodzież w muzeach kupuje reprodukcje i wiesza je w antyramach lub prostych ramach na każdej wolnej przestrzeni, a w sklepach w stylu "wszystko za 5 zł" kupuje brakujące, pasujące do wystroju kolorystyczne dodatki - prostą świecę, ozdobny półmisek. I nawet studencki pokój traci surowość, nabiera spójnego stylu mieszkańca.
Skąd się to u nich wzięło? Jedną z odpowiedzi są muzealne lekcje i przyjazność muzeów dla dzieci, dla rodziców z dziećmi - w najznakomitszym duńskim muzeum (i jednym z lepszych muzeów sztuki współczesnej w Europie) pod Kopenhagą - Louisiana (na fot.) - rodziny potrafią spędzać całe weekendy, świetnie się bawiąc w otoczeniu tak trudnej w odbiorze nowoczesnej sztuki.
Kolejną odpowiedź daje publiczna przestrzeń w Danii. Na podłodze kopenhaskiego lotniska wyłożone jest... drewno tekowe, coś, na co pozwoliła sobie w Polsce dopiero pani Kulczyk w przestrzeni Browaru. Stacje kolejki podmiejskiej duńskie stolicy projektują architekci, których się słucha, którym z pełną konsekwencją oddaje się głos w kwestii projektów i zagospodarowania przestrzeni. Tam nie ma przypadkowych dzieł ani przypadkowych materiałów. A jakość widoczna na duńskiej ulicy wcale nie oznacza przepychu czy nadmiaru budżetu, po prostu porządek i konsekwencję oraz korzystanie z kompetencji specjalistów tam, gdzie ich kompetencje są niezbędne. Bo to oni, a nie reklamodawcy i deweloperzy, decydują o wyglądzie wspólnej przestrzeni.
Do czego to aluzja? Zacytuję zakończenie wspomnianego tekstu Springera, który pisze o tym znacznie więcej: "Możemy polecieć samolotem, wsiąść w Monachium (na wieży lotniska będzie napisane Munich) albo w Pradze (na wieży będzie napisane Praha) i wylądować w Warszawie (na wieży będzie napisane Samsung)".


piątek, 14 września 2012

Takich kampanii nigdy dość

"Tak widzą nas nasze dzieci, gdy pijemy" - zbędne są słowa: proponuję kliknąć i na stronie Tok FM zobaczyć spot kampanii.


Dla poprawy humoru równie dobra, choć nie tak mocna, kampania społeczna, tym razem polskich twórców, na zlecenie fundacji Mam haka na raka
Uśmiech mile widziany.

poniedziałek, 3 września 2012

Posprzątaliśmy

Fot. za http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Czaplinek_kosciol_Swietej_Trojcy_(2).jpg
W X, jubileuszowej rzec można, edycji Sprzątania Drawy wzięła udział rekordowa liczba osób - ok. 70! I wszyscy zauważyli z radością, że na odcinku Czaplinka śmieci z roku na rok ubywa. Serce urosło.
W okolicy Złocieńca nie ma się niestety czym chwalić. Im bliżej cywilizacji, tym wiecej śladów zdziczenia - człowieka, rzecz jasna. Więc pytanie, czy posprzątaliśmy? Ale na pewno sprzątaliśmy.
Powrót do Czaplinka również ostudził naszą radość, bo wygląda na to, że co się polepszyło wokół Jez. Drawsko i Drawy, to się pogorszyło w centrum miasteczka. Proboszcz parafii w Czaplinku skarżył się i informował parafian podczas niedzielnej mszy św., jak teren znajdującego się obok barokowego kościółka (kościół Świętej Trójcy - fot. obok) jest notorycznie beszczeszczony, a parafia wobec tego faktu bezsilna. Miejsce w centrum miasta, obok urzędu i ryneczku, stało się ulubionym punktem schadzek, imprez, po których ślady przypominają wysypisko śmieci i na dziko urządzony szalet. A to teren kościelny.
Trudno to nawet nazwać dziczą.

piątek, 31 sierpnia 2012

Woody Allen zakochany w europejskich stolicach

Wiem, że może pachnie schematem, wiem, że jego żarty po tylu latach potrafią być przewidywalne, wiem, czego się spodziewać po jego filmach, ale właśnie za to je lubię. I chyba nie tylko ja, sądząc po kinowej frekwencji. Choć niewykluczone, że na tą złożyła się gwiazdorska obsada najnowszego filmu Allena.

"Zakochani w Rzymie" to już piąta produkcja amerykańskiego reżysera, której akcja rozgrywa się w kolejnej europejskiej metropolii (Londyn, Barcelona, Paryż, Rzym). Krytycy zarzucą mu pewnie fakt, że to czysta promocja i działanie pod publiczkę, w filmie jest zaś wszystko to, czego można się spodziewać po kinie z Rzymem w roli głównej: włoskie kuchnia i wina, słynne włoskie przeboje ("Volare"), opery Verdiego, obowiązkowa jazda turystyczna z Koloseum na czele. Ale czy to komuś przeszkadza? Na pewno nie fanom Rzymu i Włoch. I poczucia humoru Allena, który jak zwykle uderza z prawej i lewej: obrywają więc Amerykanie, Włosi, "eurohołota", lewacy, komuniści, celebryci, hipokryci i dyletanci (ujmując w skrócie, gdyż dialogi obfitują w cięte komentarze).
Film właściwie można podsumować cytatem Allena "Życie nie naśladuje sztuki - naśladuje telewizję".

Jest śmiesznie, karykaturalnie, groteskowo i absurdalnie; komizm sytuacyjny, słowny i postaci. Śmiejemy się, ale między jedną a drugą salwą śmiechu nie sosób nie przyznać racji scenarzyście - że właśnie tak się dzieje w życiu, tak się zachowujemy, tacy jesteśmy. I wówczas nie jest już tak śmiesznie.
Warto od czasu do czasu przejrzeć się w krzywym zwierciadle. Ja lubię, gdy stawia je przede mną Woody Allen.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Spływamy i sprzątamy

Od lat już 10 grupa zapaleńców głównie z Pomorza Zachodniego, ale i innych okolic na koniec wakacji spływa odcinkiem rzeki Drawy, by łączyć przyjemne z pożytecznym - sprzątaniem tego najpopularnijeszego w regionie szlaku kajakowego.
Pomysłodawca, biuro turystyczne Mrówka, niestrudzenie organizuje grupę ochotników do takich działań. Wystarczy zgłosić się, stawić się w sobotę o 10 w Czaplinku, wsiąść do kajaka z wyposażeniem w worki na śmieci i rękawiczki i spływać. Organizatorzy zapewniają bezpłatny nocleg (ale we własnych namiotach), transport bagażu, wyżywienie. Meta w Złocieńcu. Szlak nie jst zbyt długi, ale śmieci na nim nie brakuje. Zaskoczeń w postaci: opon samochodowych, opon traktora, lodówek - również.
Kto jeszcze chętny na rekreację i porządki w sobotę i niedzielę, tego zapraszam na stronę: http://www.mrowka.pl/czysta.html.
Do zobaczenia nad Jeziorem Drawskim!

niedziela, 26 sierpnia 2012

Często ostatnio bywam na mszach z chrztami. I choć wielce radosne to wydarzenie - włączenie kolejnych ludzi do Kościoła, uświęcenie ich, to raczej napawa mnie ono smutkiem.
Oczywiście, należy się cieszyć, że mimo religijnej znieczulicy nadal są rodzice, którzy przyprowadzają swoje dzieci do Chrystusa, ale jeśli bliżej się przyjrzeć postawie tychże rodziców i rodzin chrzczonych dzieci, obraz nie jest już tak radosny.

To bowiem, jak się zachowują rodziny chrzczonych dzieci, w chwili gdy obiecują "wychować dzieci w wierze", bardzo często nie pozostawia złudzeń...
Jak wychować w wierze dziecko, gdy jest się gościem na Mszy św. po wielu latach (lub całym życiu) w oddaleniu od Kościoła i nie tylko nic się ze mszy nie rozumie, ale nawet nie wie, jak się zachować w świątyni?
Jak mówić o reliigi, gdy nie przestrzega się podstawowych zasad religijnych, które powinien respektować każdy bywalec kościoła (czyli przyzwoite ubranie się na nabożeństwo - bez gołych pleców, z ubraniami zakrywającymi coś więcej niż ledwo pośladki, klękanie przed Najświętszym Sakramentem)?
Dla potwierdzenia mała statystyka. Tylko na 10 rodzin widzianych ostatnio ochrzczonych dzieci:
- połowa rodziców lub rodziców chrzestnych pomyliła celebrację Mszy św. z imprezą w klubie nocnym, wtórowali im w tym goście - co jeden, to mniej (przyzwoicie) ubrany, plażowa atmosfera latem w naszym kościele panująca tylko podczas chrztów mnie zażenowała,
- 100 proc. tychże rodziców, wracając spod chóru podczas Glorii, robi zamieszanie pod ołtarzem z krzesłami i rozsiada się na nich niczym w kinie; zazwyczaj wstają, gdy ksiądz rozpoczyna modlitwę (lub później po zwróceniu im uwagi!),
- jedna rodzina nie potrafiła nawet przyswoić sobie przebiegu uroczystości i przykład trzech innych rodzin nie zachęcił ich do stanięcia pod chórem (siedzieli w ławce, gdy ksiądz pytał o imiona wszystkich dzieci - zorientowali się pod koniec tego fragmentu mszy, gdzie powinni byli stać i pobiegli dogonić resztę), o dopełnienie formalności sprzed chrztu tej rodziny ksiądz apelował z ambony przed błogosławieństwem,
- ponad połowa rodziców i chrzestnych nie przystąpiła do komunii, ich goście nie poprawili statystyki,
- średnio na każdą rodzinę przypadało 3 fotoamatorów, co jeden bardziej rozebrany i paradujący przed ołtarzem niczym modelka na wybiegu, pchający się ze środka ławki nawet czterokrotnie podczas samego obrzędu (jakby nie było miejsc z boku) i cisnący się wokół chrzcielnicy; średnia wieku zaskakująco wysoka (50-60 lat), wskazująca, kiedy ten proces takiego traktowania religijnej uroczystości się zaczął.
 
Oczekiwanie, że ktoś z rodzin włączy się w liturgię mszy (np. czytanie), to marzenie ściętej głowy - w ciągu ostatnich lat widziałam jeden taki przypadek, wszak większość nie zna podstawowych tekstów liturgicznych.
Od jakiegoś czasu księża wyjaśniają każdy obrzęd i symbolikę wszystkiego co chrzcielne, ale mam wrażenie, że najmniej zainteresowani są nim chrzestni i rodzice dzieci.
Podziwiać tylko cierpliwość księży.

Wiem, że to przykład z jednej parafii, jednej dzielnicy dużego miasta. W mniejszych jest pewnie lepiej. Pewnie można się pocieszać, że np. we Francji nikt sobie nie zaprząta głowy chrztem na mszy i rodziny przychodzą na przykład tylko po błogosławieństwie, by "nikogo i dziecka nie męczyć", więc żadne zasady ich "nie krępują", żeby nie powiedzieć - nie dotyczą.

Co można zrobić, poza gorliwą modlitwą, by dzieci mimo niesprzyjających okoliczności przy Chrystusie wytrwały? Duszpasterze, Episkopat głowią się nad tym od lat. Jak widać, słabo pomagają katechezy przed chrztem, nie pomagają próby dyscyplinowania i racjonalizowania (np. rozmowa na temat, czemu państwo chrzczą dziecko, deklarując, że są "wierzący niepraktykujący").
Przyznam, że o ile parę lat temu dziwił mnie pomysł odmawiania chrztów dzieci, których rodzice (np. bez ślubu) nie wykazują zainteresowania życiem w Kościele i chrzczą dzieci dla "świętego spokoju" (dziadków zazwyczaj), o tyle dziś jest on mi coraz bliższy. Choć na pewno nie stanowi idealnego rozwiązania tak poważnego problemu, dotyczącego naszej katolickiej wspólnoty.

sobota, 25 sierpnia 2012

(Zapomniana?) Siła modlitwy

Narzekanie to jedno z ulubionych zajęć Polaków. Wieczne krytykanctwo to chyba moda ostatnich dekad, często imitująca wysoki intelekt, zdolność do wysublimowanych i indywidualnych ocen. Obrywa się więc zazwyczaj wszystkim i za wszystko. Bo krytykować wypada.

Zgadzam się z poglądem, że katolikom i Kościołowi obrywa się ostatnio mocniej, często niezasłużenie.  Czy na nasze życzenie - to odrębna sprawa. Pewne jest jednak, że wkoło słyszymy, jacy to są:
- księża,
- dzisiejsi katolicy,
- hierarchowie kościelni itd.
W rozbrzmiewających wkoło dyskusjach brakuje mi jednak głośnego przypominania najważniejszej broni, którą chrześcijanie dysponują wobec świata - każdego, w każdych czasach: modlitwy. Ileż więcej pożytku przyniesie szczera modlitwa zamiast pomstowania na choćby wyżej wymienionych! Zdajemy się o tym nie pamiętać, zaciekle uczestnicząc w boju (czczych) dyskusji.

"Modlitwa nie zmienia świata, zmienia ludzi, a oni zmieniają świat" (Albert Schweitzer)
W czasach trochę zapomnianej siły modlitwy, tym bardziej powinniśmy doceniać rolę i znaczenie wszystkich zgromadzeń, które celem i sensem życia uczyniły wyłącznie trwanie na modlitwie. Wierzę, że ogarniają one myślą i modlitwą wszystkie palące intencje tego świata, ale nie zawadzi wesprzeć je w ich modlitewnym wysiłku.

sobota, 18 sierpnia 2012

Zielony, wakacyjny Poznań

Kto w wakacje chce się poczuć wakacyjnie w Poznaniu, ma w tym roku (i oby tak zostało) wiele ku temu okazji. Wprost nie do wiary, jak nam w ostatnich latach zmienił się Poznań - w miasto otwarte, dla każdego i wszędzie. Co mam na myśli? Ano te liczne, publiczne, łatwo dostępne miejsca, w których na świeżym powietrzu można pobyć samotnie (i kogoś przy okazji spotkać) lub z grupą (i spotkać jeszcze więcej ludzi), posłuchać, poczytać, pobawić się, pograć, pobyć po prostu. Rozłożyć siatkę do gry w kometkę albo koc i urządzić sobie piknik.
Od kilku lat furorę robią Kontenery - te ustawione tuż obok Warty, koło których urządzono też miejską plażę, a w tym roku i przystań kajakowa, gdzie grupa zapaleńców z klubu kajakowego przy Politechnice Poznańskiej organizowała w weekendy małe spływy do Czerwonaka.
W tym roku park przy Starym Browarze przyciąga wszystkich - bez względu na wiek, stan i liczebność rodziny. Można się rozłożyć z kocem na trawie, skorzystać z ogólnodostępnych leżaków, przyjść ze swoim prowiantem lub skorzystać z oferty okolicznych kawiarni. W niedzielę jeden z lokali organizuje Lazy Sunday - w całym parku rozlega się wówczas chilloutowe brzmienie, ludzi nieco więcej, ale zasada ta sama - po prostu wypoczywać na świeżym powietrzu, jak się komu chce. I nikomu przez myśl nie przejdzie zwrócić uwagę, że "po trawniku się nie depcze". Depcze się, leży, siedzi, a wypielęgnowany mięciutki trawnik służy wakacyjnemu leniuchowaniu.
Podobnie, choć na mniejszą skalę, w w Parku A. Mickiewicza, tuż przy placu jego imienia w stronę opery. I tam w weekend może rozbrzmiewać bit w stylu gromadzącej się przecież od lat młodzieży. Teraz to się po prostu ukonstytuowało i tchnęło więcej życia w opustoszałe na czas lata miasto.
 A przecież są jeszcze liczne parki, skwery, zieleńce - w większości pięknie urządzone, zadbane i ożywione przez aktywny wypoczynek całych rodzin.
Tylko czekać, aż nowy duch tchnie w okolice Rusałki i Strzeszynka. Bo zwłaszcza w tym pierwszym mimo licznie odwiedzających go poznaniaków zalatuje jeszcze PRL-owskim klimatem, ale pewnie i tam z czasem bywalcy odnajdą się w przyjemniejszych okolicznościach.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Ślad życia, ślad śmierci

To tytuł powieści rekomendowanego przeze mnie z początkiem wakacji wydawnictwa Promic. Książkę napisał amerykański pisarz Paul L. Maier, wykładowca historii starożytnej, co niewątpliwie uwiarygadnia książkę naukowo. Czemu to tak ważne? Wszak akcja dzieje się na Ziemi Świętej, gdzie ekspedycja archeologów prowadzi do odkrycia rzekomych szczątków... Jezusa. Co się potem dzieje, każdy chrześcijanin może sobie wyobrazić - autor rysuje tę fantastyczną przyszłość tak realistycznie, że można dać się uwieść owemu opisowi.
Pomyślą sobie Państwo, "Eee, bajeczka, jak każda inna, bo przecież to niemożliwe". I słusznie, ale jakie wytłumaczenie znalazł autor? Warto przeczytać, dowiedzieć się sporo (jak się nie wie) o warsztacie archeologów i starożytności. A przy tym oddać się przyjemności sprawnie i barwnie napisanej powieści. W sam raz na urlop czy weekend z książką. Szczerze polecam.

środa, 15 sierpnia 2012

Zajumać

Wiedzą Państwo, co to znaczy? Ja usłyszałam o tym osobliwym polskim (?) czasowniku dopiero w kontekście kręcenia filmu, który już jest w kinach, pt. "Yuma". Jeśli komuś ów czasownik przypomina inny zaczynający się na "zaj" i kończy na "ać", to jest na dobrym, acz wulgarniejszym tropie. Znaczy tyle, co zwinąć, ale w określonych okolicznościach i celu. To - jak chcą bohaterowie wspomnianego filmu - zrekompensować sobie coś, co nam (Polakom) odebrano przez lata. Teraz zaś, tj. po otwarciu granic i po zjednoczeniu Niemiec na początku lat 90., było to wykonalne przez mieszkańców nadgranicznych miast. Termin znalazł się w Wikipedii :).
Jak wielki był to proceder, nie wiem, bo trudno opierać się tu na mocno sfabularyzowanej opowieści filmowej, wcześniej zaś nie miałam okazji o tym słyszeć. Że istniał - potwierdzają twórcy filmu opierający się na prawdziwych historiach Polaków, którzy w tamtych czasach (nim Niemcy zdołali się przekonać, że Polacy to złodziejski naród i wprowadzać monitoring do sklepów, ochronę, znakowanie towarów) kradli co popadło z niemieckich sklepów i rozdawali lub sprzedawali w kraju, jako odebrane Niemcom w ramach zadośćuczynienia.
A wszystko to w filmie zestawione z dwoma pielgrzymkami Jana Pawła II do Polski i polskim katolicyzmem. Oczywiście, nie jest to zestawienie biało-czarne. Pokazuje, jak trudne były czasy transformacji, zwłaszcza w małych miejscowościach. Do tego tematu jeszcze wrócę, zainspirowana zbiorem reportaży Mariusza Szczygła "Niedziela, która zdarzyła się w środę", które czytam z łezką w oku.
Wracając do filmu, to jego obejrzenie polecam zwłaszcza wszystkim byłym i potencjalnym klientom firm a la Amber Gold (obietnica niebotycznych zysków nie wiadomo skąd), wszystkim którzy wpadają na "genialne pomysły biznesowe" niczym pan Plichta z żoną (chodząc na skróty), a których postawa sprowadza się do wspólnego mianownika - chciwości. Bo ta objawia się bez względu na czasy, epokę i status ludzi.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Dużo hałasu o Szymona Hołownię

I oby było jak najwięcej zdrowego hałasu wywołanego przez może mniej znane i mniej katowane na łamach i antenach wszystkiego osób - specjalistów oczywiście od wszystkiego
Odejście Hołowni, katolickiego publicysty "Newsweeka" to bowiem znak naszych czasów. Świetnie tę sytuację nakreśla ks. Artur Stopka, więc odsyłam zwłaszcza do jego komentarza.
Hołowonia zachował się bardzo dobrze, nieco mniej dobrze, że na razie na łamach ogólnie dostępnych mediów na razie (oby tylko na razie) zabraknie tego zadziornego publicysty, który ma odwagę: pisać o swoim chrześcijaństwie, być wobec Kościoła krytycznym, umieć go bronić, gdy trzeba i umieć walczyć o chrześcijaństwo, nie wynosząc patetyczności na sztandary.

Zachowanie redakcji "Newsweeka", praktycznie w osobie jej naczelnego, przemilczę, tak jest żenujące. Jak zresztą większość ostatnich poczynań owego "superbohatera" mediów. Żal, po prostu żal.

środa, 1 sierpnia 2012

Pourlopowo

W wakacyjnym, nieco zwolnionym tempie, potrzebowałam 10 dni, by zweryfikować wydarzenie tychże dwóch tygodni nieobecności bez pudełka zwanego telewizorem, bez przestrzeni zwanej internetem, które w taksówce do domu zrelacjonował wygadany taksówkarz. 
Najpierw była trąba powietrzna "gdzieś koło Szczecinka". "Panie, 400 ha lasów w pień wyciętych gdzieś tam w Zachodniopomorskiem!". Myślę sobie, że to stosunkowo blisko rodzinnego miasta, ale dobrze, że to nie u nich. Jednak rozmowa z rodzicami kilka dni później pokazała, że to w samych Borach Tucholskich, ergo bardzo blisko rodzinnego domu. Tak czy owak, nie wpływa to na stopień współczucia mieszkańcom - ofiarom tego kataklizmu.

O aferze taśmowej kierowca opowiadał jak o Filipie, co wyskoczył z konopi, tymczasem wystarczyło kilka tekstów w mniej bulwarowych gazetach, by się dowiedzieć, że gdyby premier i reszta ministrów potrafiła i chciała czytać raporty NIK-u i realizować wyciągnięte wnioski (za co chyba też mają płacone?) albo choćby uważać na to, o czym poważniejsze gazety pisały przed rokiem, to afery by nie było. I niektórych osób w resortach też - od dawna.

No i na "deser" sprawa, która nas pierwotnie zamurowała: "rodzice porzucili 2-letnią córeczkę, by pojechać na wakacje do Grecji". To, jak dali się zmanipulować widzowie i słuchacze mediów elektronicznych, utrzymuje mnie w szoku, odkąd sama zobaczyłam ów słynny film i przeczytałam późniejsze relacje ze zdarzenia. Nie pierwszy raz oburza lekkość, z jaką tzw. opinia publiczna pod egidą mediów linczuje rodziców i wzywa prokuratora (bo dziecko płacze?).
Nie żebym pochwalała rodziców, ale czy ktoś z tych mądrych sędziów zadał sobie pytanie, co by zrobił na lotnisku, gdy niespełna godzinę przed odlotem na wymarzone (może pierwsze z dziećmi, może pierwsze w ogóle, a może te jedyne w roku) wakacje odkrywa, że dokument jednego z dwojga dzieci jest nieważny? Czy prośba do opiekunki i dziadków o zajęciem się dzieckiem na czas nieobecności (pewnie tydzień) to karalny czyn? Czy drugie dziecko nie ma prawa do wyjazdu? Czy rodzice mają obowiązek skasować te tysiące złotych za urlop, by wrócić do domu z nosem na kwintę, ale za to w komplecie?
Nie wiem i nie mnie oceniać, jak zachowałabym się w takiej podbramkowej sytuacji. Ale wiem, że taka sytuacja może się zdarzyć każdemu, wcale nie tylko nieodpowiedzialnym rodzicom. Tyle że nie każdego się filmuje i donosi nań do prokuratury i Rzecznika Praw Dziecka, nie znając kontekstu i o nim nie informując.
Wieczna inwigilacja? Problem wiecznie żywy, tyle że w nowych odsłonach.

piątek, 6 lipca 2012

Wakacyjne lektury

W długich szkolnych wakacjach uwielbiałam plany... książkowe. Zbierałam przez rok nauki typy, co pochłonąć latem i rozkoszowałam się pokaźną listą oraz jej odhaczaniem. Tak długie jak szkolne wakacje na razie mi nie grożą. Ale i tak czas urlopu kojarzy mi się z książką. Oby na skojarzeniach w tym roku nie pozostało ;)

Wszystkim, którzy są spragnieni dobrych powieści na lato, polecam ofertę wydawnictwa Promic.  Księża marianie je prowadzący i znani zwłaszcza z "Oremusa" (miesięcznik z liturgią słowa na każdy dzień latem święci takie triumfy, że to choć dopiero szósty dzień miesiąca, to nakład w Poznaniu wyczerpany), proponują wiele ciekawych pozycji, nie tylko z religią w tle. Te niewątpliwie brzmią bardzo intrygująco (by wspomnieć "Morderstwo w klasztorze" czy najnowsze "Ślad życia, ślad śmierci"). Sama zamierzam zapoznać się bliżej z jedną z nich.

Życzę Państwu książkowych wakacji i chwil wytchnienia!

niedziela, 24 czerwca 2012

Ważne nazwiska


Bohaterowie dramatu:
Magda Prokopowicz
dr Jerzy Geremek

Miejsce - Polska
Czas - 2004-2012

Tematyka dramatu - onkologia, walka z rakiem, ciąża a choroba nowotworowa.

W wieku 35 lat zmarła Magda Prokopowicz, kobieta, za której przyczyną Polski chyba pierwszy raz głośno usłyszały, że diagnoza nowotwora podczas ciąży to nie wyrok w Polsce. Ta bohaterka to twarz fundacji Rak'n'Roll. Wygraj życie!, której obecność w mediach pozwoliła Polkom w całym kraju usłyszeć o istnieniu lekarza, który raka się nie boi - właśnie dra Jerzego Geremka z Warszawskiego Centrum Onkologii. Jedynego w Polsce lekarza, który ma odwagę leczyć kobiety w ciąży z choroby nowotworowej (trudna terapia) i nie wmawia im, że konieczne jest usunięcie ciąży, jeśli kobieta chce żyć i urodzić dziecko.
Jestem wdzięczna Tomaszowi Lisowi, że w swoim programie nagłośnił ten temat (chyba rok temu), dzięki czemu właśnie wtedy poznałam wspomniane nazwiska. Bo - jak pokazały to dane prezentowane w tamtym programie - to temat mało popularny - większość ciężarnych Polek, u których wykrywa się jakiekolwiek zmiany, zawsze najpierw słyszy, że ciąża zagraża dalszemu leczeniu (nawet jeśli te zmiany nie są jednoznacznie zdiagnozowane jako nowotwór) i ma wybierać między życiem dziecka lub swoim. Nie wiem, co wpływa na takie decyzje lekarzy - wierzę, że nie tylko niechęć do ryzyka, nieuctwo czy oportunizm. Wierzę, że to zagadnienie niezwykle skomplikowane. Niemniej przykład i postawa Magdy Prokopowicz zapewne dały wielu kobietom siły i wiarę, że rak to nie wyrok i nawet jeśli życie będzie krótsze niż w przypadku osób zdrowych, to i tak warto walczyć o każdy dzień, miesiąc rok. Magdzie Prokopowicz udało się ugrać (wygrać) 8 lat życia z synem, którego uratowała dzięki determinacji i pomocy dra Geremka. Historie obecnych wówczas z nią w studiu koleżanek na razie okazują się bardziej szczęśliwe.

Oczywiście, osoby z kręgu Kościoła, wiedzą, że takich bohaterek mamy więcej, np. św. Gianna Beretta Molla. Śmierć Magdy Prokopowicz to dobra okazja, by je przypomnieć.

wtorek, 19 czerwca 2012

Święto nie tylko kibiców

Kto choć raz był w minionym tygodniu w centrum Poznania, ten pewnie przyzna, że miasto w tym czasie bardzo się zmieniło. Nie chodzi bynajmniej o stertę śmieci produkowaną w oszałamiającym tempie, nie chodzi o same tłumy nawiedzające miasto, zwłaszcza jego centrum. Po prostu czuje się radość na każdym kroku i atmosferę niemalże świąteczną (przejawem święta jest m.in. przymykanie oka - eufemistycznie mówiąc - przez służby na picie alkoholu na ulicy;-). Ale nie tylko!).

Nie znam nikogo, kogo nie zachwyciłby sposób kibicowania irlandzkich kibiców, ich całodobowa niemal zabawa, otwartość i pogoda ducha. Ale nie tylko zachowanie wyspiarskich przybyszów rzuca się nam, Polakom, w oczy. Włosi czy Hiszpanie są równie otwarci, swoją pasją do piłki nożnej i swojej drużyny potrafią zarazić nawet największe żółtodzioby w tej materii - szybka akcja w pubie: zaczepienie (koniecznie z próbami polskimi) polskich widzów, malowanie wszystkich widzów meczu w hiszpańskie barwy, nauka hiszpańskich śpiewów piłkarskich zakończona wspólnym odśpiewaniem "Polska, biało-czerwoni" - przez tychże hiszpańskich kibiców z polskimi, rzecz jasna. I takich akcji były setki, pewnie autorstwa różnych narodowości.

Szkoda, że rozgrywki grupowe już się kończą i epizod poznański dobiegł końca. Bo jakkolwiek szalony był to tydzień, to warto było przewrócić miasto nawet do góry nogami, by choć raz poczuć dobrą, przyjacielską atmosferę kibicowania. Mam nadzieję, że do końca mistrzostw pozostanie z nami jak najwięcej fanów tego sportu i będziemy wspólnie oglądać w telewizji coraz bardziej zaciętą walkę.

W to, że wielu piłkarskich kibiców do nas jeszcze wróci, z kolei nie wątpię.

czwartek, 14 czerwca 2012

Poziom debaty

Od czasu wpisu pt. "Sporne lądowisko" w Poznaniu głośno się zrobiło o lądowisku i Wildzie. I choć sprawa jeszcze się nie skończyła, podobnie jak nie umilkły dyskusje na ten temat, to debata, która się narodziła, nie pozostawia złudzeń - rządzą nią emocje, a nie merytoryczne argumenty, bo tych jest jak na lekarstwo.
Przez ten czas sporo publikowano i mówiono, więc starałam się zapoznać ze wszystkim, do czego się udało mi dotrzeć, przejrzałam wszystkie audycje w telewizjach WTK i ON TV, liczne fora i notatki prasowe (o proteście) i nie wiem nadal nic więcej poza tym, że: każdy poznaniak ma propozycję jakieś "super" lokalizacji dla śmigłowców dla wildeckiego szpitala, wielu dopatruje się zdrady lub sponsoringu wobec tych, którzy protestu nie poparli, wielu jest pewnych, że to nie będzie 1 przelot na dobę, ale każdy chce, by lądowisko powstało jak najbliżej szpitala, bo każdy liczy się z tym, że może się przydać w ratowaniu jego życia, niemniej pod warunkiem, że owe lądowisko nie będzie usytuowane blisko domu tego każdego.

Nadal nie znam powierzchni parku (cytat z jednej z wypowiedzi: "17 lub 18 ha"), nadal nie wiem, dlaczego nikt nie patrzył miastu na ręce, gdy z lądowiska dla jednego śmigłowca zrobiło się miejsce na trzy (o czym Rada Osiedla Wilda dowiedziała się w marcu, ale o czym bynajmniej nie od razu publicznie informowała), nadal nie wiem, kiedy i jak dokładnie składano wnioski (co zawierały, czym były poparte), nadal nie wiem, jakie lokalizacje zgłaszano, poza jedną - dawnym stadionem przy ul. 28 Czerwca 1956 r. (teren prywatny, miasto nie chce / nie ma za co go wykupić), i dlaczego - konkretnie - inne były obalane przez ULC.
Ani jeden dziennikarz nie zadał sensownego pytania (nie mówię o tak oczywistych, jak "Dlaczego państwo protestują"), ani jeden nie pokwapił się sprawdzić opinii ULC - podstawowej strony w tych decyzjach, ani jeden nie poszedł do prezydenta miasta, by zapytać, co jest grane, skoro nikt nic nie wie, a jest wszczynany protest.

Czy którykolwiek dziennikarz zadaje sobie trud, by pomyśleć, że poziom jego relacji wpływa na poziom debaty publicznej - nie tylko tej o politykach, ale tej lokalnej, dotyczącej naszych ulic? Chyba średnio.
Mamy taką dyskusję, jakimi mediami się karmimy i jakich informacji nam się dostarcza - pełną emocji. Dochodzę do smutnego wniosku, że w znanej z rozwagi i pragmatyzmu Wielkopolsce rządzą głównie odczucia i nikomu nie zależy, by zmienić ten stan rzeczy.

środa, 13 czerwca 2012

Grzech zaniechania

Nadrabiam właśnie prasowe relacje z wydarzeń sprzed kilkunastu dni - pośmiertnego uhonorowania Jana Karskiego Prezydenckim Medalem Wolności przez Stany Zjednoczone. Karski jako pierwszy przekazał Zachodowi prawdę o Zagładzie Żydów, błagał o interwencję, a całe życie walczył o pamięć i upowszechnienie wiedzy na ten temat.
Dziś, po 70 latach, dużo bardziej świadomi niż pokolenia powojenne, wytykamy aliantom, że wystarczyło zbombardować tory do Auschwitz, by rozwiązać problem lub choćby zmniejszyć bestialstwo hitlerowców. Ale z perspektywy kilkudziesięciu, w odmienionym kontekście geopolitycznym lat łatwo się mówi. Łatwo też się patrzy na taką Zagładę zza oceanu - z  perspektywy tysiąca mil. Bo się jej najzwyczajniej nie widzi; dystans geograficzny pozwala nabrać chłodnego dystansu.

W Syrii giną dziennie setki ludzi, w Darfurze stale przelewana jest krew, na zmiecionym niemal z powierzchni ziemi po kataklizmie Haiti jeszcze długo nie zapanuje porządek i będzie to raj dla oszustów, morderców, handlarzy ludźmi. I zastanawiam się, kto dziś jest takim Karskim, kogo cywilizacja Zachodu nie słucha, bo nie jest w stanie uwierzyć, bo tak wygodniej, bo to nie do wiary. Nie łudźmy się, że media dziś wykonują pracę Jana Karskiego - nawet jeśli rzadko ktoś taki trud podejmie, to raczej niewiele z niego wynika poza wstrząsającym artykułem.
Czy za kilkanaście czy -dziesiąt lat nie stwierdzimy, że wystarczyło gdzieś (w Syrii, Darfurze) tylko zbombardować tory?

wtorek, 29 maja 2012

Sporne lądowisko

Mamy na Wildzie ładny Park im. Jana Pawła II (w miejscu, na którym polski papież odprawiał Msze św. podczas swoich pielgrzymek do Polski). Niedawno dzięki staraniom Rady Osiedla Wilda odnowiony, przywrócony do stanu używalności dla rodzin, dzieci, młodzieży i wszystkich ceniących ruch na świeżym powietrzu.
Ale mamy z drugiej strony propozycję, by w tymże parku część powierzchni przeznaczyć na awaryjne lądowisko dla helikopterów dla usytuowanego paręset metrów dalej na Wildzie szpitala HCP.

Rada Osiedla Wilda proponuje mieszkańcom naszej dzielnicy protest przeciwko temu lądowisku. Podczas konsultacji radni wysuwali inne propozycje lokalizacji na Wildzie, ale te kolidowały bądź z planami nalotów samolotów na Ławicę, bądź z ruchem drogowym i ich nie przyjęto. Mowa jest o lądowisku z trzema stanowiskami, które obejmie 10 0000 m kw, ale nie wiadomo dokładnie, jaka to (procentowo) część parku - na oko wygląda na 1/10-1/15 (z fotografii umieszczonej na profilu FB Rady Osiedla, która - gdy to poprawiam 31 maja zaczęła wreszcie dostarczać trochę faktów). Władze szpitala prognozują, że śmigłowce będą latać średnio raz dziennie. Rada mimo to w ulotkach mówi o "lotnisku", do tego dla "prywatnego szpitala". (HCP jest sprywatyzowany, ale świadczy usługi medyczne w ramach NFZ wszystkim mieszkańcom, głównie Wildy)

Rzekomo chcemy, by po Polsce jeździło się bezpiecznie, ale jak ktoś w naszej okolicy ma postawić obwodnicę, drogę szybkiego ruchu, to zwołujemy pospolite ruszenie, bo przecież nie tu, pod naszym oknem. Robimy wszystkim wymówki o stan służby zdrowia, ale gdy jest możliwość uratowania kilku żyć ludzkich przez szybszy i bezpieczniejszy transport - który już jest dostępny, to mówimy liberum veto. Ciekawe, że protestującym zabrakło wyobraźni, że to ich syn, córka, ojciec, mąż, teść, koleżanka mogą być kiedyś poszkodowani w wypadku na pobliskiej A2, a jedynym ratunkiem ich życia lub pełnosprawności będzie błyskawiczny transport do pobliskiego szpitala. Najbliższy jest na Wildzie. A jedyne miejsce, gdzie helikopter może wylądować, to stosunkowo niewielki plac parku.

Nie tylko nie popieram tego protestu, ale sugeruję inicjatorom bojkotu rozważenie potencjalnych korzyści nad stratami. Helikopter ratowniczy to nie rejsowy samolot, nie lata dla niczyjej przyjemności, bo to zbyt drogi środek transportu, by brać pierwszego lepszego chorego w powietrze. Do tego akcja startu i lądowania zajmuje parę minut - tyle właśnie będzie hałasu. Nikt po pierwsze w parku nie mieszka, tylko tam bywa, a po drugie lądowisko niewiele zmieni w infrastrukturze parku. Nie ucierpi na tym ani plac zabaw ani trawniki zapełnione psimi odchodami. Przynajmniej można tego przypilnować w trakcie realizacji.

PS I jeszcze jedna kwestia dla radnych stojących na straży zieleńców. Ta sama rada wyremontowała Skwer im. Bogdana Jańskiego - piękny zieleniec pod kościołem. Niestety skwer nadal nie jest do używania przez normalnych ludzi: zasypany psimi i ptasimi odchodami i notorycznie resztkami jedzenie wysypywanymi przez mało rozwiniętych cywilizacyjnie mieszkańców. To dużo bardziej uciążliwe niż jeden przylot śmigłowca dziennie. Na skwerze nie da się usiedzieć chwili bez odoru i kontaktu z brudem, a byłaby to minialternatywa dla tych, co tak pragną zieleni i spokoju, a rzekomo zabierze im to helikopter.

piątek, 18 maja 2012

Wilda zmienia oblicze

Nasza nie najlepszej renomy dzielnica zmienia ostatnio oblicze. Oczywiście to proces dłuższy niż mijający tydzień, ale właśnie w ostatnich dniach mają miejsce dwa ważne wydarzenia.

Po pierwsze w odnowionej pięknej willi przy ul. Langiewicza zagościła Poema Cafe, kulturalna kawiarnia rodem z ulicy Wodnej, która swe podwoje otworzyła w rytmie tanga w miniony piątek. Zainteresowanych artystycznymi i autorskimi wieczorami, wystawami lub pop prostu klimatycznym miejscem do napicia się czegokolwiek polecam. Program wydarzeń na stronie kawiarni.

Po drugie w Poznaniu trwa festiwal murali. I załapaliśmy się i my, tj. nasza spółdzielnia (prężna SM Hetman, z której galerii pochodzi owo zdjęcie: www.smherman.pl) ze swym jednym najbrudniejszych bloków (wstyd przyznać, ale kiedy to prawda?). Szczyt bloku od kilku dni jaśnieje za sprawą wolontariuszy i artystów, którzy artystycznie wyżywają się na ścianie bloku. Autorem projektu jest młody Włoch. I to jemu oraz innym uczestnikom festiwalu zawdzięczamy odmieniane oblicze dzielnicy (kolejnym budynkiem z muralem jest jeden przy ul. Przemysłowej).

Ale niestety Wilda nie byłaby ta Wildą, gdyby na tym poprzestać. Okazuje się bowiem, że goszczący w Polsce włoski artysta (ten od naszego murala) już na początku swego pobytu właśnie tu, na Wildzie (w parku bliżej centrum), został... pobity. Trafił na pogotowie z nosem do zszycia, bo "załatwiły go lokalne dresy", gdy grał w piłkę.

czwartek, 17 maja 2012

Rodzinny festyn

Już drugi rok Dom Dziecka Nr 3 tuż obok zaprasza na festyn rodzinny. Jak piszą organizatorzy, ma to być swoisty Dzień Dziecka, Dzień Ojca i Dzień Matki - wspólny, radosny. Dla dzieci z domów dziecka (i ich rodzin) oraz dla mieszkańców z dzielnicy.
Najbliższa sobota, 19 maja. Start imprezy o 14. Do wieczora liczne występy, pokazy, konkursy i loteria, a na koniec ognisko i dyskoteka pod gwiazdami.
Wrzucam zatem pełne ogłoszenie.