poniedziałek, 26 marca 2012

Dzień Świętości Życia

Tak się złożyło, że akurat rozmawiałam ze swoją siostrą, która odbywa praktyki na oddziale ginekologicznym we Francji. Opowiedziała mi co nieco o specyfice francuskiej ginekologi. Otóż, na tymże oddziale jest specjalny pododdział aborcyjny. Właściwie w kraju, który aborcję do któregoś tygodnia życia uznaje za legalną, to nie dziwi. Dziwi oczywiście, że w kraju katolickim, a do tego słynącym z prorodzinnej polityki, takie oddziały się znajdują i cieszą się dużym powodzeniem. W dobie TYLU metod antykoncepcyjnych aborcja we wstępnej fazie ciąży (do 6. tygodnia) jest bowiem przez wiele Francuzek traktowana na równi z... antykoncepcją.
Na oddział trafiają nierzadko kobiety z dłuższą historią częstych obecności na oddziale aborcyjnym. Biorą tabletkę, pokrwawią, jakby to było comiesięczny przypadek, a po jakimś czasie znów korzystają z tej fundowanej (w 100 proc.) przez francuskie państwo (czyt. podatników) morderczej usługi. I to mimo obowiązkowego przeszkolenia z banalnych (i przecież też nie niewinnych) metod antykoncepcji! O zmianie światopoglądu nie ma co wspominać.

XXI wiek, najbardziej ucywilizowana część świata, a mamy do czynienia z takim prymitywizmem. W tym momencie postulaty kandydatki w wyborach prezydenckich Marine Le Pen zaniechania refundacji zabiegów aborcyjnych są wołaniem na puszczy. Ale właśnie ona zwróciła Francuzom uwagę, że to, co powinno być ostatecznością i wyjątkiem, nawet jeśli jest dozwolone, stało się łatwym sposobem "zamiast".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz