niedziela, 24 czerwca 2012

Ważne nazwiska


Bohaterowie dramatu:
Magda Prokopowicz
dr Jerzy Geremek

Miejsce - Polska
Czas - 2004-2012

Tematyka dramatu - onkologia, walka z rakiem, ciąża a choroba nowotworowa.

W wieku 35 lat zmarła Magda Prokopowicz, kobieta, za której przyczyną Polski chyba pierwszy raz głośno usłyszały, że diagnoza nowotwora podczas ciąży to nie wyrok w Polsce. Ta bohaterka to twarz fundacji Rak'n'Roll. Wygraj życie!, której obecność w mediach pozwoliła Polkom w całym kraju usłyszeć o istnieniu lekarza, który raka się nie boi - właśnie dra Jerzego Geremka z Warszawskiego Centrum Onkologii. Jedynego w Polsce lekarza, który ma odwagę leczyć kobiety w ciąży z choroby nowotworowej (trudna terapia) i nie wmawia im, że konieczne jest usunięcie ciąży, jeśli kobieta chce żyć i urodzić dziecko.
Jestem wdzięczna Tomaszowi Lisowi, że w swoim programie nagłośnił ten temat (chyba rok temu), dzięki czemu właśnie wtedy poznałam wspomniane nazwiska. Bo - jak pokazały to dane prezentowane w tamtym programie - to temat mało popularny - większość ciężarnych Polek, u których wykrywa się jakiekolwiek zmiany, zawsze najpierw słyszy, że ciąża zagraża dalszemu leczeniu (nawet jeśli te zmiany nie są jednoznacznie zdiagnozowane jako nowotwór) i ma wybierać między życiem dziecka lub swoim. Nie wiem, co wpływa na takie decyzje lekarzy - wierzę, że nie tylko niechęć do ryzyka, nieuctwo czy oportunizm. Wierzę, że to zagadnienie niezwykle skomplikowane. Niemniej przykład i postawa Magdy Prokopowicz zapewne dały wielu kobietom siły i wiarę, że rak to nie wyrok i nawet jeśli życie będzie krótsze niż w przypadku osób zdrowych, to i tak warto walczyć o każdy dzień, miesiąc rok. Magdzie Prokopowicz udało się ugrać (wygrać) 8 lat życia z synem, którego uratowała dzięki determinacji i pomocy dra Geremka. Historie obecnych wówczas z nią w studiu koleżanek na razie okazują się bardziej szczęśliwe.

Oczywiście, osoby z kręgu Kościoła, wiedzą, że takich bohaterek mamy więcej, np. św. Gianna Beretta Molla. Śmierć Magdy Prokopowicz to dobra okazja, by je przypomnieć.

wtorek, 19 czerwca 2012

Święto nie tylko kibiców

Kto choć raz był w minionym tygodniu w centrum Poznania, ten pewnie przyzna, że miasto w tym czasie bardzo się zmieniło. Nie chodzi bynajmniej o stertę śmieci produkowaną w oszałamiającym tempie, nie chodzi o same tłumy nawiedzające miasto, zwłaszcza jego centrum. Po prostu czuje się radość na każdym kroku i atmosferę niemalże świąteczną (przejawem święta jest m.in. przymykanie oka - eufemistycznie mówiąc - przez służby na picie alkoholu na ulicy;-). Ale nie tylko!).

Nie znam nikogo, kogo nie zachwyciłby sposób kibicowania irlandzkich kibiców, ich całodobowa niemal zabawa, otwartość i pogoda ducha. Ale nie tylko zachowanie wyspiarskich przybyszów rzuca się nam, Polakom, w oczy. Włosi czy Hiszpanie są równie otwarci, swoją pasją do piłki nożnej i swojej drużyny potrafią zarazić nawet największe żółtodzioby w tej materii - szybka akcja w pubie: zaczepienie (koniecznie z próbami polskimi) polskich widzów, malowanie wszystkich widzów meczu w hiszpańskie barwy, nauka hiszpańskich śpiewów piłkarskich zakończona wspólnym odśpiewaniem "Polska, biało-czerwoni" - przez tychże hiszpańskich kibiców z polskimi, rzecz jasna. I takich akcji były setki, pewnie autorstwa różnych narodowości.

Szkoda, że rozgrywki grupowe już się kończą i epizod poznański dobiegł końca. Bo jakkolwiek szalony był to tydzień, to warto było przewrócić miasto nawet do góry nogami, by choć raz poczuć dobrą, przyjacielską atmosferę kibicowania. Mam nadzieję, że do końca mistrzostw pozostanie z nami jak najwięcej fanów tego sportu i będziemy wspólnie oglądać w telewizji coraz bardziej zaciętą walkę.

W to, że wielu piłkarskich kibiców do nas jeszcze wróci, z kolei nie wątpię.

czwartek, 14 czerwca 2012

Poziom debaty

Od czasu wpisu pt. "Sporne lądowisko" w Poznaniu głośno się zrobiło o lądowisku i Wildzie. I choć sprawa jeszcze się nie skończyła, podobnie jak nie umilkły dyskusje na ten temat, to debata, która się narodziła, nie pozostawia złudzeń - rządzą nią emocje, a nie merytoryczne argumenty, bo tych jest jak na lekarstwo.
Przez ten czas sporo publikowano i mówiono, więc starałam się zapoznać ze wszystkim, do czego się udało mi dotrzeć, przejrzałam wszystkie audycje w telewizjach WTK i ON TV, liczne fora i notatki prasowe (o proteście) i nie wiem nadal nic więcej poza tym, że: każdy poznaniak ma propozycję jakieś "super" lokalizacji dla śmigłowców dla wildeckiego szpitala, wielu dopatruje się zdrady lub sponsoringu wobec tych, którzy protestu nie poparli, wielu jest pewnych, że to nie będzie 1 przelot na dobę, ale każdy chce, by lądowisko powstało jak najbliżej szpitala, bo każdy liczy się z tym, że może się przydać w ratowaniu jego życia, niemniej pod warunkiem, że owe lądowisko nie będzie usytuowane blisko domu tego każdego.

Nadal nie znam powierzchni parku (cytat z jednej z wypowiedzi: "17 lub 18 ha"), nadal nie wiem, dlaczego nikt nie patrzył miastu na ręce, gdy z lądowiska dla jednego śmigłowca zrobiło się miejsce na trzy (o czym Rada Osiedla Wilda dowiedziała się w marcu, ale o czym bynajmniej nie od razu publicznie informowała), nadal nie wiem, kiedy i jak dokładnie składano wnioski (co zawierały, czym były poparte), nadal nie wiem, jakie lokalizacje zgłaszano, poza jedną - dawnym stadionem przy ul. 28 Czerwca 1956 r. (teren prywatny, miasto nie chce / nie ma za co go wykupić), i dlaczego - konkretnie - inne były obalane przez ULC.
Ani jeden dziennikarz nie zadał sensownego pytania (nie mówię o tak oczywistych, jak "Dlaczego państwo protestują"), ani jeden nie pokwapił się sprawdzić opinii ULC - podstawowej strony w tych decyzjach, ani jeden nie poszedł do prezydenta miasta, by zapytać, co jest grane, skoro nikt nic nie wie, a jest wszczynany protest.

Czy którykolwiek dziennikarz zadaje sobie trud, by pomyśleć, że poziom jego relacji wpływa na poziom debaty publicznej - nie tylko tej o politykach, ale tej lokalnej, dotyczącej naszych ulic? Chyba średnio.
Mamy taką dyskusję, jakimi mediami się karmimy i jakich informacji nam się dostarcza - pełną emocji. Dochodzę do smutnego wniosku, że w znanej z rozwagi i pragmatyzmu Wielkopolsce rządzą głównie odczucia i nikomu nie zależy, by zmienić ten stan rzeczy.

środa, 13 czerwca 2012

Grzech zaniechania

Nadrabiam właśnie prasowe relacje z wydarzeń sprzed kilkunastu dni - pośmiertnego uhonorowania Jana Karskiego Prezydenckim Medalem Wolności przez Stany Zjednoczone. Karski jako pierwszy przekazał Zachodowi prawdę o Zagładzie Żydów, błagał o interwencję, a całe życie walczył o pamięć i upowszechnienie wiedzy na ten temat.
Dziś, po 70 latach, dużo bardziej świadomi niż pokolenia powojenne, wytykamy aliantom, że wystarczyło zbombardować tory do Auschwitz, by rozwiązać problem lub choćby zmniejszyć bestialstwo hitlerowców. Ale z perspektywy kilkudziesięciu, w odmienionym kontekście geopolitycznym lat łatwo się mówi. Łatwo też się patrzy na taką Zagładę zza oceanu - z  perspektywy tysiąca mil. Bo się jej najzwyczajniej nie widzi; dystans geograficzny pozwala nabrać chłodnego dystansu.

W Syrii giną dziennie setki ludzi, w Darfurze stale przelewana jest krew, na zmiecionym niemal z powierzchni ziemi po kataklizmie Haiti jeszcze długo nie zapanuje porządek i będzie to raj dla oszustów, morderców, handlarzy ludźmi. I zastanawiam się, kto dziś jest takim Karskim, kogo cywilizacja Zachodu nie słucha, bo nie jest w stanie uwierzyć, bo tak wygodniej, bo to nie do wiary. Nie łudźmy się, że media dziś wykonują pracę Jana Karskiego - nawet jeśli rzadko ktoś taki trud podejmie, to raczej niewiele z niego wynika poza wstrząsającym artykułem.
Czy za kilkanaście czy -dziesiąt lat nie stwierdzimy, że wystarczyło gdzieś (w Syrii, Darfurze) tylko zbombardować tory?