piątek, 31 sierpnia 2012

Woody Allen zakochany w europejskich stolicach

Wiem, że może pachnie schematem, wiem, że jego żarty po tylu latach potrafią być przewidywalne, wiem, czego się spodziewać po jego filmach, ale właśnie za to je lubię. I chyba nie tylko ja, sądząc po kinowej frekwencji. Choć niewykluczone, że na tą złożyła się gwiazdorska obsada najnowszego filmu Allena.

"Zakochani w Rzymie" to już piąta produkcja amerykańskiego reżysera, której akcja rozgrywa się w kolejnej europejskiej metropolii (Londyn, Barcelona, Paryż, Rzym). Krytycy zarzucą mu pewnie fakt, że to czysta promocja i działanie pod publiczkę, w filmie jest zaś wszystko to, czego można się spodziewać po kinie z Rzymem w roli głównej: włoskie kuchnia i wina, słynne włoskie przeboje ("Volare"), opery Verdiego, obowiązkowa jazda turystyczna z Koloseum na czele. Ale czy to komuś przeszkadza? Na pewno nie fanom Rzymu i Włoch. I poczucia humoru Allena, który jak zwykle uderza z prawej i lewej: obrywają więc Amerykanie, Włosi, "eurohołota", lewacy, komuniści, celebryci, hipokryci i dyletanci (ujmując w skrócie, gdyż dialogi obfitują w cięte komentarze).
Film właściwie można podsumować cytatem Allena "Życie nie naśladuje sztuki - naśladuje telewizję".

Jest śmiesznie, karykaturalnie, groteskowo i absurdalnie; komizm sytuacyjny, słowny i postaci. Śmiejemy się, ale między jedną a drugą salwą śmiechu nie sosób nie przyznać racji scenarzyście - że właśnie tak się dzieje w życiu, tak się zachowujemy, tacy jesteśmy. I wówczas nie jest już tak śmiesznie.
Warto od czasu do czasu przejrzeć się w krzywym zwierciadle. Ja lubię, gdy stawia je przede mną Woody Allen.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Spływamy i sprzątamy

Od lat już 10 grupa zapaleńców głównie z Pomorza Zachodniego, ale i innych okolic na koniec wakacji spływa odcinkiem rzeki Drawy, by łączyć przyjemne z pożytecznym - sprzątaniem tego najpopularnijeszego w regionie szlaku kajakowego.
Pomysłodawca, biuro turystyczne Mrówka, niestrudzenie organizuje grupę ochotników do takich działań. Wystarczy zgłosić się, stawić się w sobotę o 10 w Czaplinku, wsiąść do kajaka z wyposażeniem w worki na śmieci i rękawiczki i spływać. Organizatorzy zapewniają bezpłatny nocleg (ale we własnych namiotach), transport bagażu, wyżywienie. Meta w Złocieńcu. Szlak nie jst zbyt długi, ale śmieci na nim nie brakuje. Zaskoczeń w postaci: opon samochodowych, opon traktora, lodówek - również.
Kto jeszcze chętny na rekreację i porządki w sobotę i niedzielę, tego zapraszam na stronę: http://www.mrowka.pl/czysta.html.
Do zobaczenia nad Jeziorem Drawskim!

niedziela, 26 sierpnia 2012

Często ostatnio bywam na mszach z chrztami. I choć wielce radosne to wydarzenie - włączenie kolejnych ludzi do Kościoła, uświęcenie ich, to raczej napawa mnie ono smutkiem.
Oczywiście, należy się cieszyć, że mimo religijnej znieczulicy nadal są rodzice, którzy przyprowadzają swoje dzieci do Chrystusa, ale jeśli bliżej się przyjrzeć postawie tychże rodziców i rodzin chrzczonych dzieci, obraz nie jest już tak radosny.

To bowiem, jak się zachowują rodziny chrzczonych dzieci, w chwili gdy obiecują "wychować dzieci w wierze", bardzo często nie pozostawia złudzeń...
Jak wychować w wierze dziecko, gdy jest się gościem na Mszy św. po wielu latach (lub całym życiu) w oddaleniu od Kościoła i nie tylko nic się ze mszy nie rozumie, ale nawet nie wie, jak się zachować w świątyni?
Jak mówić o reliigi, gdy nie przestrzega się podstawowych zasad religijnych, które powinien respektować każdy bywalec kościoła (czyli przyzwoite ubranie się na nabożeństwo - bez gołych pleców, z ubraniami zakrywającymi coś więcej niż ledwo pośladki, klękanie przed Najświętszym Sakramentem)?
Dla potwierdzenia mała statystyka. Tylko na 10 rodzin widzianych ostatnio ochrzczonych dzieci:
- połowa rodziców lub rodziców chrzestnych pomyliła celebrację Mszy św. z imprezą w klubie nocnym, wtórowali im w tym goście - co jeden, to mniej (przyzwoicie) ubrany, plażowa atmosfera latem w naszym kościele panująca tylko podczas chrztów mnie zażenowała,
- 100 proc. tychże rodziców, wracając spod chóru podczas Glorii, robi zamieszanie pod ołtarzem z krzesłami i rozsiada się na nich niczym w kinie; zazwyczaj wstają, gdy ksiądz rozpoczyna modlitwę (lub później po zwróceniu im uwagi!),
- jedna rodzina nie potrafiła nawet przyswoić sobie przebiegu uroczystości i przykład trzech innych rodzin nie zachęcił ich do stanięcia pod chórem (siedzieli w ławce, gdy ksiądz pytał o imiona wszystkich dzieci - zorientowali się pod koniec tego fragmentu mszy, gdzie powinni byli stać i pobiegli dogonić resztę), o dopełnienie formalności sprzed chrztu tej rodziny ksiądz apelował z ambony przed błogosławieństwem,
- ponad połowa rodziców i chrzestnych nie przystąpiła do komunii, ich goście nie poprawili statystyki,
- średnio na każdą rodzinę przypadało 3 fotoamatorów, co jeden bardziej rozebrany i paradujący przed ołtarzem niczym modelka na wybiegu, pchający się ze środka ławki nawet czterokrotnie podczas samego obrzędu (jakby nie było miejsc z boku) i cisnący się wokół chrzcielnicy; średnia wieku zaskakująco wysoka (50-60 lat), wskazująca, kiedy ten proces takiego traktowania religijnej uroczystości się zaczął.
 
Oczekiwanie, że ktoś z rodzin włączy się w liturgię mszy (np. czytanie), to marzenie ściętej głowy - w ciągu ostatnich lat widziałam jeden taki przypadek, wszak większość nie zna podstawowych tekstów liturgicznych.
Od jakiegoś czasu księża wyjaśniają każdy obrzęd i symbolikę wszystkiego co chrzcielne, ale mam wrażenie, że najmniej zainteresowani są nim chrzestni i rodzice dzieci.
Podziwiać tylko cierpliwość księży.

Wiem, że to przykład z jednej parafii, jednej dzielnicy dużego miasta. W mniejszych jest pewnie lepiej. Pewnie można się pocieszać, że np. we Francji nikt sobie nie zaprząta głowy chrztem na mszy i rodziny przychodzą na przykład tylko po błogosławieństwie, by "nikogo i dziecka nie męczyć", więc żadne zasady ich "nie krępują", żeby nie powiedzieć - nie dotyczą.

Co można zrobić, poza gorliwą modlitwą, by dzieci mimo niesprzyjających okoliczności przy Chrystusie wytrwały? Duszpasterze, Episkopat głowią się nad tym od lat. Jak widać, słabo pomagają katechezy przed chrztem, nie pomagają próby dyscyplinowania i racjonalizowania (np. rozmowa na temat, czemu państwo chrzczą dziecko, deklarując, że są "wierzący niepraktykujący").
Przyznam, że o ile parę lat temu dziwił mnie pomysł odmawiania chrztów dzieci, których rodzice (np. bez ślubu) nie wykazują zainteresowania życiem w Kościele i chrzczą dzieci dla "świętego spokoju" (dziadków zazwyczaj), o tyle dziś jest on mi coraz bliższy. Choć na pewno nie stanowi idealnego rozwiązania tak poważnego problemu, dotyczącego naszej katolickiej wspólnoty.

sobota, 25 sierpnia 2012

(Zapomniana?) Siła modlitwy

Narzekanie to jedno z ulubionych zajęć Polaków. Wieczne krytykanctwo to chyba moda ostatnich dekad, często imitująca wysoki intelekt, zdolność do wysublimowanych i indywidualnych ocen. Obrywa się więc zazwyczaj wszystkim i za wszystko. Bo krytykować wypada.

Zgadzam się z poglądem, że katolikom i Kościołowi obrywa się ostatnio mocniej, często niezasłużenie.  Czy na nasze życzenie - to odrębna sprawa. Pewne jest jednak, że wkoło słyszymy, jacy to są:
- księża,
- dzisiejsi katolicy,
- hierarchowie kościelni itd.
W rozbrzmiewających wkoło dyskusjach brakuje mi jednak głośnego przypominania najważniejszej broni, którą chrześcijanie dysponują wobec świata - każdego, w każdych czasach: modlitwy. Ileż więcej pożytku przyniesie szczera modlitwa zamiast pomstowania na choćby wyżej wymienionych! Zdajemy się o tym nie pamiętać, zaciekle uczestnicząc w boju (czczych) dyskusji.

"Modlitwa nie zmienia świata, zmienia ludzi, a oni zmieniają świat" (Albert Schweitzer)
W czasach trochę zapomnianej siły modlitwy, tym bardziej powinniśmy doceniać rolę i znaczenie wszystkich zgromadzeń, które celem i sensem życia uczyniły wyłącznie trwanie na modlitwie. Wierzę, że ogarniają one myślą i modlitwą wszystkie palące intencje tego świata, ale nie zawadzi wesprzeć je w ich modlitewnym wysiłku.

sobota, 18 sierpnia 2012

Zielony, wakacyjny Poznań

Kto w wakacje chce się poczuć wakacyjnie w Poznaniu, ma w tym roku (i oby tak zostało) wiele ku temu okazji. Wprost nie do wiary, jak nam w ostatnich latach zmienił się Poznań - w miasto otwarte, dla każdego i wszędzie. Co mam na myśli? Ano te liczne, publiczne, łatwo dostępne miejsca, w których na świeżym powietrzu można pobyć samotnie (i kogoś przy okazji spotkać) lub z grupą (i spotkać jeszcze więcej ludzi), posłuchać, poczytać, pobawić się, pograć, pobyć po prostu. Rozłożyć siatkę do gry w kometkę albo koc i urządzić sobie piknik.
Od kilku lat furorę robią Kontenery - te ustawione tuż obok Warty, koło których urządzono też miejską plażę, a w tym roku i przystań kajakowa, gdzie grupa zapaleńców z klubu kajakowego przy Politechnice Poznańskiej organizowała w weekendy małe spływy do Czerwonaka.
W tym roku park przy Starym Browarze przyciąga wszystkich - bez względu na wiek, stan i liczebność rodziny. Można się rozłożyć z kocem na trawie, skorzystać z ogólnodostępnych leżaków, przyjść ze swoim prowiantem lub skorzystać z oferty okolicznych kawiarni. W niedzielę jeden z lokali organizuje Lazy Sunday - w całym parku rozlega się wówczas chilloutowe brzmienie, ludzi nieco więcej, ale zasada ta sama - po prostu wypoczywać na świeżym powietrzu, jak się komu chce. I nikomu przez myśl nie przejdzie zwrócić uwagę, że "po trawniku się nie depcze". Depcze się, leży, siedzi, a wypielęgnowany mięciutki trawnik służy wakacyjnemu leniuchowaniu.
Podobnie, choć na mniejszą skalę, w w Parku A. Mickiewicza, tuż przy placu jego imienia w stronę opery. I tam w weekend może rozbrzmiewać bit w stylu gromadzącej się przecież od lat młodzieży. Teraz to się po prostu ukonstytuowało i tchnęło więcej życia w opustoszałe na czas lata miasto.
 A przecież są jeszcze liczne parki, skwery, zieleńce - w większości pięknie urządzone, zadbane i ożywione przez aktywny wypoczynek całych rodzin.
Tylko czekać, aż nowy duch tchnie w okolice Rusałki i Strzeszynka. Bo zwłaszcza w tym pierwszym mimo licznie odwiedzających go poznaniaków zalatuje jeszcze PRL-owskim klimatem, ale pewnie i tam z czasem bywalcy odnajdą się w przyjemniejszych okolicznościach.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Ślad życia, ślad śmierci

To tytuł powieści rekomendowanego przeze mnie z początkiem wakacji wydawnictwa Promic. Książkę napisał amerykański pisarz Paul L. Maier, wykładowca historii starożytnej, co niewątpliwie uwiarygadnia książkę naukowo. Czemu to tak ważne? Wszak akcja dzieje się na Ziemi Świętej, gdzie ekspedycja archeologów prowadzi do odkrycia rzekomych szczątków... Jezusa. Co się potem dzieje, każdy chrześcijanin może sobie wyobrazić - autor rysuje tę fantastyczną przyszłość tak realistycznie, że można dać się uwieść owemu opisowi.
Pomyślą sobie Państwo, "Eee, bajeczka, jak każda inna, bo przecież to niemożliwe". I słusznie, ale jakie wytłumaczenie znalazł autor? Warto przeczytać, dowiedzieć się sporo (jak się nie wie) o warsztacie archeologów i starożytności. A przy tym oddać się przyjemności sprawnie i barwnie napisanej powieści. W sam raz na urlop czy weekend z książką. Szczerze polecam.

środa, 15 sierpnia 2012

Zajumać

Wiedzą Państwo, co to znaczy? Ja usłyszałam o tym osobliwym polskim (?) czasowniku dopiero w kontekście kręcenia filmu, który już jest w kinach, pt. "Yuma". Jeśli komuś ów czasownik przypomina inny zaczynający się na "zaj" i kończy na "ać", to jest na dobrym, acz wulgarniejszym tropie. Znaczy tyle, co zwinąć, ale w określonych okolicznościach i celu. To - jak chcą bohaterowie wspomnianego filmu - zrekompensować sobie coś, co nam (Polakom) odebrano przez lata. Teraz zaś, tj. po otwarciu granic i po zjednoczeniu Niemiec na początku lat 90., było to wykonalne przez mieszkańców nadgranicznych miast. Termin znalazł się w Wikipedii :).
Jak wielki był to proceder, nie wiem, bo trudno opierać się tu na mocno sfabularyzowanej opowieści filmowej, wcześniej zaś nie miałam okazji o tym słyszeć. Że istniał - potwierdzają twórcy filmu opierający się na prawdziwych historiach Polaków, którzy w tamtych czasach (nim Niemcy zdołali się przekonać, że Polacy to złodziejski naród i wprowadzać monitoring do sklepów, ochronę, znakowanie towarów) kradli co popadło z niemieckich sklepów i rozdawali lub sprzedawali w kraju, jako odebrane Niemcom w ramach zadośćuczynienia.
A wszystko to w filmie zestawione z dwoma pielgrzymkami Jana Pawła II do Polski i polskim katolicyzmem. Oczywiście, nie jest to zestawienie biało-czarne. Pokazuje, jak trudne były czasy transformacji, zwłaszcza w małych miejscowościach. Do tego tematu jeszcze wrócę, zainspirowana zbiorem reportaży Mariusza Szczygła "Niedziela, która zdarzyła się w środę", które czytam z łezką w oku.
Wracając do filmu, to jego obejrzenie polecam zwłaszcza wszystkim byłym i potencjalnym klientom firm a la Amber Gold (obietnica niebotycznych zysków nie wiadomo skąd), wszystkim którzy wpadają na "genialne pomysły biznesowe" niczym pan Plichta z żoną (chodząc na skróty), a których postawa sprowadza się do wspólnego mianownika - chciwości. Bo ta objawia się bez względu na czasy, epokę i status ludzi.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Dużo hałasu o Szymona Hołownię

I oby było jak najwięcej zdrowego hałasu wywołanego przez może mniej znane i mniej katowane na łamach i antenach wszystkiego osób - specjalistów oczywiście od wszystkiego
Odejście Hołowni, katolickiego publicysty "Newsweeka" to bowiem znak naszych czasów. Świetnie tę sytuację nakreśla ks. Artur Stopka, więc odsyłam zwłaszcza do jego komentarza.
Hołowonia zachował się bardzo dobrze, nieco mniej dobrze, że na razie na łamach ogólnie dostępnych mediów na razie (oby tylko na razie) zabraknie tego zadziornego publicysty, który ma odwagę: pisać o swoim chrześcijaństwie, być wobec Kościoła krytycznym, umieć go bronić, gdy trzeba i umieć walczyć o chrześcijaństwo, nie wynosząc patetyczności na sztandary.

Zachowanie redakcji "Newsweeka", praktycznie w osobie jej naczelnego, przemilczę, tak jest żenujące. Jak zresztą większość ostatnich poczynań owego "superbohatera" mediów. Żal, po prostu żal.

środa, 1 sierpnia 2012

Pourlopowo

W wakacyjnym, nieco zwolnionym tempie, potrzebowałam 10 dni, by zweryfikować wydarzenie tychże dwóch tygodni nieobecności bez pudełka zwanego telewizorem, bez przestrzeni zwanej internetem, które w taksówce do domu zrelacjonował wygadany taksówkarz. 
Najpierw była trąba powietrzna "gdzieś koło Szczecinka". "Panie, 400 ha lasów w pień wyciętych gdzieś tam w Zachodniopomorskiem!". Myślę sobie, że to stosunkowo blisko rodzinnego miasta, ale dobrze, że to nie u nich. Jednak rozmowa z rodzicami kilka dni później pokazała, że to w samych Borach Tucholskich, ergo bardzo blisko rodzinnego domu. Tak czy owak, nie wpływa to na stopień współczucia mieszkańcom - ofiarom tego kataklizmu.

O aferze taśmowej kierowca opowiadał jak o Filipie, co wyskoczył z konopi, tymczasem wystarczyło kilka tekstów w mniej bulwarowych gazetach, by się dowiedzieć, że gdyby premier i reszta ministrów potrafiła i chciała czytać raporty NIK-u i realizować wyciągnięte wnioski (za co chyba też mają płacone?) albo choćby uważać na to, o czym poważniejsze gazety pisały przed rokiem, to afery by nie było. I niektórych osób w resortach też - od dawna.

No i na "deser" sprawa, która nas pierwotnie zamurowała: "rodzice porzucili 2-letnią córeczkę, by pojechać na wakacje do Grecji". To, jak dali się zmanipulować widzowie i słuchacze mediów elektronicznych, utrzymuje mnie w szoku, odkąd sama zobaczyłam ów słynny film i przeczytałam późniejsze relacje ze zdarzenia. Nie pierwszy raz oburza lekkość, z jaką tzw. opinia publiczna pod egidą mediów linczuje rodziców i wzywa prokuratora (bo dziecko płacze?).
Nie żebym pochwalała rodziców, ale czy ktoś z tych mądrych sędziów zadał sobie pytanie, co by zrobił na lotnisku, gdy niespełna godzinę przed odlotem na wymarzone (może pierwsze z dziećmi, może pierwsze w ogóle, a może te jedyne w roku) wakacje odkrywa, że dokument jednego z dwojga dzieci jest nieważny? Czy prośba do opiekunki i dziadków o zajęciem się dzieckiem na czas nieobecności (pewnie tydzień) to karalny czyn? Czy drugie dziecko nie ma prawa do wyjazdu? Czy rodzice mają obowiązek skasować te tysiące złotych za urlop, by wrócić do domu z nosem na kwintę, ale za to w komplecie?
Nie wiem i nie mnie oceniać, jak zachowałabym się w takiej podbramkowej sytuacji. Ale wiem, że taka sytuacja może się zdarzyć każdemu, wcale nie tylko nieodpowiedzialnym rodzicom. Tyle że nie każdego się filmuje i donosi nań do prokuratury i Rzecznika Praw Dziecka, nie znając kontekstu i o nim nie informując.
Wieczna inwigilacja? Problem wiecznie żywy, tyle że w nowych odsłonach.