niedziela, 26 sierpnia 2012

Często ostatnio bywam na mszach z chrztami. I choć wielce radosne to wydarzenie - włączenie kolejnych ludzi do Kościoła, uświęcenie ich, to raczej napawa mnie ono smutkiem.
Oczywiście, należy się cieszyć, że mimo religijnej znieczulicy nadal są rodzice, którzy przyprowadzają swoje dzieci do Chrystusa, ale jeśli bliżej się przyjrzeć postawie tychże rodziców i rodzin chrzczonych dzieci, obraz nie jest już tak radosny.

To bowiem, jak się zachowują rodziny chrzczonych dzieci, w chwili gdy obiecują "wychować dzieci w wierze", bardzo często nie pozostawia złudzeń...
Jak wychować w wierze dziecko, gdy jest się gościem na Mszy św. po wielu latach (lub całym życiu) w oddaleniu od Kościoła i nie tylko nic się ze mszy nie rozumie, ale nawet nie wie, jak się zachować w świątyni?
Jak mówić o reliigi, gdy nie przestrzega się podstawowych zasad religijnych, które powinien respektować każdy bywalec kościoła (czyli przyzwoite ubranie się na nabożeństwo - bez gołych pleców, z ubraniami zakrywającymi coś więcej niż ledwo pośladki, klękanie przed Najświętszym Sakramentem)?
Dla potwierdzenia mała statystyka. Tylko na 10 rodzin widzianych ostatnio ochrzczonych dzieci:
- połowa rodziców lub rodziców chrzestnych pomyliła celebrację Mszy św. z imprezą w klubie nocnym, wtórowali im w tym goście - co jeden, to mniej (przyzwoicie) ubrany, plażowa atmosfera latem w naszym kościele panująca tylko podczas chrztów mnie zażenowała,
- 100 proc. tychże rodziców, wracając spod chóru podczas Glorii, robi zamieszanie pod ołtarzem z krzesłami i rozsiada się na nich niczym w kinie; zazwyczaj wstają, gdy ksiądz rozpoczyna modlitwę (lub później po zwróceniu im uwagi!),
- jedna rodzina nie potrafiła nawet przyswoić sobie przebiegu uroczystości i przykład trzech innych rodzin nie zachęcił ich do stanięcia pod chórem (siedzieli w ławce, gdy ksiądz pytał o imiona wszystkich dzieci - zorientowali się pod koniec tego fragmentu mszy, gdzie powinni byli stać i pobiegli dogonić resztę), o dopełnienie formalności sprzed chrztu tej rodziny ksiądz apelował z ambony przed błogosławieństwem,
- ponad połowa rodziców i chrzestnych nie przystąpiła do komunii, ich goście nie poprawili statystyki,
- średnio na każdą rodzinę przypadało 3 fotoamatorów, co jeden bardziej rozebrany i paradujący przed ołtarzem niczym modelka na wybiegu, pchający się ze środka ławki nawet czterokrotnie podczas samego obrzędu (jakby nie było miejsc z boku) i cisnący się wokół chrzcielnicy; średnia wieku zaskakująco wysoka (50-60 lat), wskazująca, kiedy ten proces takiego traktowania religijnej uroczystości się zaczął.
 
Oczekiwanie, że ktoś z rodzin włączy się w liturgię mszy (np. czytanie), to marzenie ściętej głowy - w ciągu ostatnich lat widziałam jeden taki przypadek, wszak większość nie zna podstawowych tekstów liturgicznych.
Od jakiegoś czasu księża wyjaśniają każdy obrzęd i symbolikę wszystkiego co chrzcielne, ale mam wrażenie, że najmniej zainteresowani są nim chrzestni i rodzice dzieci.
Podziwiać tylko cierpliwość księży.

Wiem, że to przykład z jednej parafii, jednej dzielnicy dużego miasta. W mniejszych jest pewnie lepiej. Pewnie można się pocieszać, że np. we Francji nikt sobie nie zaprząta głowy chrztem na mszy i rodziny przychodzą na przykład tylko po błogosławieństwie, by "nikogo i dziecka nie męczyć", więc żadne zasady ich "nie krępują", żeby nie powiedzieć - nie dotyczą.

Co można zrobić, poza gorliwą modlitwą, by dzieci mimo niesprzyjających okoliczności przy Chrystusie wytrwały? Duszpasterze, Episkopat głowią się nad tym od lat. Jak widać, słabo pomagają katechezy przed chrztem, nie pomagają próby dyscyplinowania i racjonalizowania (np. rozmowa na temat, czemu państwo chrzczą dziecko, deklarując, że są "wierzący niepraktykujący").
Przyznam, że o ile parę lat temu dziwił mnie pomysł odmawiania chrztów dzieci, których rodzice (np. bez ślubu) nie wykazują zainteresowania życiem w Kościele i chrzczą dzieci dla "świętego spokoju" (dziadków zazwyczaj), o tyle dziś jest on mi coraz bliższy. Choć na pewno nie stanowi idealnego rozwiązania tak poważnego problemu, dotyczącego naszej katolickiej wspólnoty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz