niedziela, 30 września 2012

Międzynarodowy Dzień Tłumacza, czyli...

 ... wspomnienie św. Hieronima - bodaj jednego z najbardziej zasłużonych dla naszej cywilizacji tłumacza, autora przekładu Biblii z greckiego i hebrajskiego na łacinę. I dlatego patrona tłumaczy.
Każdy, kto czyta, zwłaszcza literaturę piękną lub fachową, doceni pracę tłumacza, ale ich nazwiska - w przeciwieństwie do nazwisk autorów dzieł literatury - zna mało kto, niestety. No chyba że mowa o... Stanisławie Barańczaku (dziś) czy... Janie Kochanowskim (dawniej). O tym jednak, jak wielka jest ich rola w popularyzacji słowa pisanego oraz kształtowaniu ojczystego języka, przekona się każdy wrażliwy na piękny styl czy bogate i trafnie stosowane słownictwo. A ileż to razy, czytając jakieś ważne dla nas dzieło, mamy wrażenie, że coś nie idzie, coś kuleje, burzy nam rytm lektury i zakłóca przyjemność z niej płynącą. Bo to przekład właśnie, najczęściej ten robiony najniższym kosztem, w największym tempie, metodami, których nie podjąłby się żaden szanujący się i swoją profesję tłumacz (np. podzielenie powieści na kilku tłumaczy i brak redaktora, który wychwyciłby nie tylko różnice w stylu, ale i odmienne nazewnictwo!).
Ja przeżywam katusze, słuchając rówieśników, pracowników banków. Panująca tam pseudoangielska terminologia powoduje ból oczu i uszu. Terminy, których używają, są zrozumiałe wyłącznie dla osób zajmujących się tą samą działką, tworzone wbrew rozsądkowi i elementarnym zasadom mowy ojczystej. Za to wiele mają wspólnego z angielskim. Kalka na kalce kalką popychana, które wdzierają się w naszą mowę codzienną, kalecząc nam wszystkim języki. Często trwale.
Gdzie tu sztuka przekładu? Gdzie tu w ogóle tłumacz? Dlaczego ktoś, kto się zajmuje finansami, decyduje trwale o kształcie terminologii, która początkowo branżowa, z czasem staje się codzienna? I kto jest autorem tak durnego sformułowania w języku mediów i reklamy, jak "audycja zawiera lokowanie produktu"?!
O tym, co zawdzięczamy (lub nie) tłumaczom, najlepiej świadczy choćby... rzeźba Mojżesza Michała Anioła w Bazylice św. Piotra. Otóż jego Mojżesz ma... rogi (!?). Wizerunek ten, popularny i we wcześniejszych latach, wynika z tłumaczenia wspomnianego Hieronima, który hebrajskie, dwuznaczne słowo qrn (świecić lub rogaty) zinterpretował według tego drugiego znaczenia. I tak, zamiast promieniejącej twarzy Mojżesz zyskał rogi na wiele lat (historię tę wyczytałam w tekście "Gdzie jest tłumacz?" Jerzego Jarniewicza w dodatku "Magazyn Literacki" do Tygodnika Powszechnego z 16 września 2012 r.).
Ja tymczasem, ilekroć szukam, czy termin, którego brakuje mi w jakimś roboczym tłumaczeniu, przypadkiem już nie istnieje w naszym języku (bo nie notują go słowniki), zastanawiam się, jak tłumacze dawali radę pracować w dobie przedinternetowej. I to chyba najlepsza ilustracja ich jakości pracy, sumienności i odpowiedzialności dawniej względem dzisiejszych (google'owych) standardów w wielu wydawnictwach.
Czapki z głów, tłumacze!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz