niedziela, 16 września 2012

Polska estetyka

Że Polska jest pięknym krajem - krajoznawczo - nie mam wątpliwości. Że wszędzie, gdzie ślad w nim odznaczyła cywilizacja, jest brzydko - też nie wątpię. I mimo że nic się nie polepsza, to wcale się nie przyzwyczaiłam. A cierpię zawsze, ilekroć wrócę z zagranicy. Albo ze wsi do miasta.
Temu "fenomenowi" brzydoty artykuł we wrześniowym numerze "W drodze" poświęcił Filip Springer, wyręczając mnie w pisaniu na ten temat. Polecam szczerze jego tekst "Nieważne".
Od siebie dorzucę słów kilka o potrzebie kształtowania gustów i estetyki w narodzie w ogóle. Bo wciąż odnoszę wrażenie, że mamy z tym ogromny problem. W najlepszym przypadku wielu rodaków powie, że nie przeszkadza im rój reklam na ulicach, skoro ktoś na tym zarabia, w najgorszym powiedzą, że przedmieścia w stylu Plewisk pod Poznaniem są ładne. Albo że nie widzą różnicy między kurnikami o funkcjach mieszkalnych a modernistycznymi blokami. I właśnie ten brak wyczucia dla rzeczy ładnych, dla ładu w przestrzeni mnie drażni.
Ani państwo nie stoi na straży tego ładu, bo urzędnicy bez żadnego przygotowania architektonicznego czy uranistycznego często wydają decyzję o zabudowie, ani prywatni inwestorzy. Chlubnym tego zaprzeczeniem i wyjątkiem jest Stary Browar w Poznaniu. Ale już na przykład Wrocław zdominowany przez innego z najbogatszych Polaków takiego szczęścia nie ma i jego panoramę szpeci ścięta "Sky Tower", o której wiele można powiedzieć, ale nie, że jest ładna. No cóż, wielkie pieniądze dobrego gustu nie gwarantują.
Drogie nie oznacza też piękna. A tym większego nań uwrażliwienia.
Niedościgłym ideałem kształtowania gustów jest dla mnie Dania. Przeciętny przedstawiciel tego narodu może mieć brudne dżinsy i nie prezentować się schludnie, ale w jego wynajmowanym mieszkaniu ściany będą wypełniały reprodukcja muzealnych dzieł, najczęściej sztuki współczesnej, wysokiej jakości fotografia, plakaty sztuk teatralnych. Młodzież w muzeach kupuje reprodukcje i wiesza je w antyramach lub prostych ramach na każdej wolnej przestrzeni, a w sklepach w stylu "wszystko za 5 zł" kupuje brakujące, pasujące do wystroju kolorystyczne dodatki - prostą świecę, ozdobny półmisek. I nawet studencki pokój traci surowość, nabiera spójnego stylu mieszkańca.
Skąd się to u nich wzięło? Jedną z odpowiedzi są muzealne lekcje i przyjazność muzeów dla dzieci, dla rodziców z dziećmi - w najznakomitszym duńskim muzeum (i jednym z lepszych muzeów sztuki współczesnej w Europie) pod Kopenhagą - Louisiana (na fot.) - rodziny potrafią spędzać całe weekendy, świetnie się bawiąc w otoczeniu tak trudnej w odbiorze nowoczesnej sztuki.
Kolejną odpowiedź daje publiczna przestrzeń w Danii. Na podłodze kopenhaskiego lotniska wyłożone jest... drewno tekowe, coś, na co pozwoliła sobie w Polsce dopiero pani Kulczyk w przestrzeni Browaru. Stacje kolejki podmiejskiej duńskie stolicy projektują architekci, których się słucha, którym z pełną konsekwencją oddaje się głos w kwestii projektów i zagospodarowania przestrzeni. Tam nie ma przypadkowych dzieł ani przypadkowych materiałów. A jakość widoczna na duńskiej ulicy wcale nie oznacza przepychu czy nadmiaru budżetu, po prostu porządek i konsekwencję oraz korzystanie z kompetencji specjalistów tam, gdzie ich kompetencje są niezbędne. Bo to oni, a nie reklamodawcy i deweloperzy, decydują o wyglądzie wspólnej przestrzeni.
Do czego to aluzja? Zacytuję zakończenie wspomnianego tekstu Springera, który pisze o tym znacznie więcej: "Możemy polecieć samolotem, wsiąść w Monachium (na wieży lotniska będzie napisane Munich) albo w Pradze (na wieży będzie napisane Praha) i wylądować w Warszawie (na wieży będzie napisane Samsung)".


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz