środa, 31 października 2012

Dwa oblicza Wszystkich Świętych

Najnowszy numer naszego pisma "Ja Jestem Zmartwychwstaniem" odnosi się m.in. do jutrzejszej uroczystości Wszystkich Świętych. Wspólnie z paroma osobami spoza redakcji podjęliśmy próbę wariacji na temat świętości, odnosząc się do wybranych cytatów na jej temat.
Dorzucę do nich jeszcze jedną sentencję o świętych.

"Prawdziwa świętość polega na wykorzystywaniu Bożej woli z uśmiechem".
To jedno oblicze jutrzejszego święta.

A z Facebooka zacytuję Tomasza Walenciaka, który zabrał głos na temat innego oblicza tego święta - w Polsce. Tomek usłyszał w radiu i podesłał mi:
"do znicza dokup wkład a pamięć o twoich bliskich będzie trwać dłużej". Jakby moja pamięć zależała od świeczki! Może zamiast masłem zacznijmy chleb smarować parafiną, wtedy skleroza nie będzie nam straszna.

Katolicy contra halloween

Potrzebowaliśmy kilku(nastu?) lat zachłyśnięcia się amerykańską kulturą lub choćby obojętności wobec jej wpływów u nas, by przygotować odpowiedź. Chodzi o tak obce naszej tradycji i tak pogańskie halloween, które przez ostatnie lata zadomowiło się np. w polskich szkołach (o zgrozo!) - ku uciesze gawiedzi, która ostatnimi czasy przejawia niespotykaną dotąd sympatię do wampirów i horrorów.
Za to w tym roku już z kilku stron (i parafii) usłyszałam o pięknej inicjatywie:  NOCY ŚWIĘTYCH. W naszej akurat parafii to młodzież zaproponowała, że w wigilię uroczystości Wszystkich Świętych zaprosi parafię na procesję ze świętymi. A że u nas relikwii świętych i błogosławionych nie brakuje, to jest z kim tę procesję odbywać. I się radować ze świętych obcowania, ich liczby w niebie i orędownictwa za nami.
Z kolei w jednej ze szkół na naszej parafii pani katechetka urządza z dziećmi dziś... bal świętych! Dzieci mają przygotować przebrania za świętych, np. swoich patronów. No i świetnie.
Czas zdjąć żałobną wymowę polskiego obchodzenia Wszystkich Świętych i okazać chrześcijańską radość z rzeczy pozaziemskich.
Brawo!
Wszystkich obecnych w Poznaniu dziś wieczorem zapraszam więc na święto ze świętymi.

poniedziałek, 29 października 2012

O leczeniu pedofilii

"Co zrobić z mężczyzną, którego pociągają dzieci?" - pyta na okładce swojego magazynu niemiecki "Die Zeit". Pustą białą okładkę wypełnia jedynie logo gazety i to pytanie. Odpowiedzi na nie należy szukać w poruszającym reportażu o 27-letnim Niemcu, który przez 10 miesięcy uczestniczył w terapii dla pedofilów.
Bohater reportażu już w wieku kilkunastu lat zdał sobie sprawę, że pociągają go seksualnie... chłopcy w wieku 8-12. Tylko tacy. Wiedział jednak, że oznacza to zadawanie im cierpienia oraz że jest to zło i czynność karalna. Nigdy więc nie zrealizował swoich seksualnych skłonności. Za to "zadowalał" się masowo pornografią dziecięcą, żyjąc w strachu przed kontrolą swojego komputera, którego dysk formatował nawet co 3 dni. Lęk, poczucie osamotnienia, depresja, myśli samobójcze. Wszystko to skrywał przed swoją, kochającą i poukładaną rodziną. Do czasu przełomowej w jego życiu terapii, w której towarzyszyła mu dziennikarska "Die Zeit". W Berlinie przed 2 laty powstał pierwszy ośrodek proponujący terapię osobom o pedofilskich skłonnościach. Ocenia się, że skłonności pedofilskie wykazuje ok. 1 proc. populacji mężczyzn. Ale - zdaniem autorki reportażu - nie dowiedziono naukowo, skąd się one biorą. Nie ma żadnej wiarygodnej teorii, co wpływa na takie - nienormalne - ciągoty.
Ponieważ pedofilia oznacza agresję i akty seksualne względem najmłodszych, to zdrowe na umyśle osoby odczuwające nawet takie skłonności zachowują się jak bohater tego reportażu - starają się walczyć i żyć z tym, nie raniąc innych. Nie ma wszak przyzwolenia społecznego na realizację ich seksualnych życzeń, w najgorszym wypadku unikają ich więc z lęku przed sądem, więzieniem. Ponadto - argumentują twórcy terapii - seksualność to nie cały człowiek, a jedynie jego jakaś - choć ważna - część, z którą można się nauczyć obchodzić, zwłaszcza gdy medycyna oferuje coraz więcej (np. środki na obniżenie poziomu testosteronu bez większych skutków ubocznych).
Niestety, tych samych argumentów nie używa się dziś - głośno i powszechnie - wobec homoseksualizmu. Owszem, w środowiskach katolickich, wśród katolików homoseksualnych to powtarzana opinia, ale wara temu, kto ją publicznie wypowie...
Tymczasem trudno nie doceniać wpływu opinii społecznej i przyzwolenia społecznego na rozwój skłonności homoseksualnych. Prosty przykład z mojego życia. 11 lat temu ponad 8 miesięcy mieszkałam w Danii, ucząc się na tzw. uniwersytecie ludowym, czyli w szkole autorstwa duńskiego działacza Grundtviga. Pierwszy semestr trwał 4 miesiące. Uczestniczyło w nim ok. 60 osób (głównie Duńczycy, trochę obcokrajowców). Połowa dziewczyn i chłopaków. Po Bożym Narodzeniu połowa ekipy skończyła swój pobyt, przybyło głównie Dunek. I tak, nagle, na 54 osoby zrodziły się... 3 pary lesbijskie, w tym stworzone przez dziewczyny, które podczas pierwszego semestru były w stałych związkach z mężczyznami. Jedna nawet mówiła o zaręczynach i ślubie. Wystarczyły 1-2 osoby z silną osobowością, promujące się jako cool i lesbijki, które chętnie pokażą innym, jak to może być fajnie w takim związku. I sporo innych tego wypróbowało. Oczywiście, nikomu nawet przez myśl nie przeszło, by to krytykować. Jestem pewna, że nie dochodziłoby do takich sytuacji, gdyby nie taka "otwartość" tego społeczeństwa.
Nie chodzi mi wcale o to, by homoseksualizm traktować na równi z pedofilią! Ale by częściej posłuchać lekarzy, psychoterapeutów i naukowców wcale niejednomyślnych w tej kwestii, i choćby starać się pokazywać osobom o homoseksualnych skłonnościach alternatywę. Bo ta istnieje.

sobota, 27 października 2012

Z czym do ludzi?

Tytułowe pytanie rodzi mi się w głowie, ilekroć porównuję tytułowe strony opiniotwórczych gazet z Niemiec, USA czy Francji z naszymi rodzimymi.
"FAZ", "Die Welt", "Le Monde", "The Financial Times", "Walt Street Journal" - ilekroć wezmę tego typu gazety do ręki, czuję się, jako czytelnik, traktowana poważnie. Jedynki zawierają po po kilka ciekawych, często długich (1/2 czy 1/3 kolumny) zajawek prezentujących naprawdę świat z poprzedniego dnia w pigułce. Mam w czym wybierać. Jeśli reklamy - to nienachalnie, dyskretnie, w rogu lub bocznej szpalcie, właściwie niezauważalne.
Co mamy w polskich dziennikach?
Widać to na stronie http://www.press.pl/app/webroot/jedynki/. Pojedyncze materiały, okraszone krzyczącymi fotografiami, a częściej reklamą. Proporcje między treścią a reklamą zachwiane. Materiały na czołówki raczej nie wybierane kluczem wagi. Sensacji - bardziej. Zaściankowości - najbardziej.
Wydawcy tych gazet mają pretensje, że my, Polacy, nie czytamy gazet. Ale pytam jak w tytule oraz co mam czytać? Powierzchowne analizy, bo na głębsze brak miejsca w ogarniętej kryzysie prasie. Albo komentarze do mało mądrych wypowiedzi naszych polityków? (Ile można?!). Informacje o popkulturze podane w takiej formie, by najmniej inteligentni chcieli je przeczytać? To się nazywa opiniotwórczość?

Najbardziej w zagranicznych wojażach cieszy mnie kontakt z zagraniczną prasą - za darmo. Mogę sobie kupić dziś dowolną zagraniczną gazetę w Polsce, ale kosztuje tyle co książka. Mogę je za darmo przejrzeć w Empiku - co dla odtrucia mózgu czasami czynię. Tymczasem lot za granicę, najlepiej z przesiadką w Monachium lub Frankfurcie to zawsze miła okazja do obcowania z szerokim wyborem dobrej - jeszcze - prasy.
Tej, która mimo kryzysu nie ugięła się pod presją mód i reklamodawców. Warto bowiem zawuażyć, że nawet jesli zachodnie gazety nieco zmniejszyły swoje tradycyjne rozmiary (ogromnych płacht papieru), to żadna z nich nie wygląda jak bulwarówka. Czego nie można na przykład powiedzieć o dzisiejszej "Gazecie Wyborczej" (piszę to z żalem o gazecie, która dawno, dawno temu naprawdę była opiniotwórcza). "Rzeczpospolita" stara się niestety w tym kroku dotrzymać (co też - delikatnie mówiąc - nie sprawia mi radości, bo pamiętam tę gazetę zgoła inaczej).
Amerykańskie gazety, niemiecki "FAZ" i "Die Zeit" (2- lub 3-krotnie uznana za najpiękniejsza gazetę świata) mimo presji utrzymują wielki format. Z wielką klasą.
A tej, wraz ze zmianą formatu, naszym gazetom zabrakło.

wtorek, 16 października 2012

16 października

Wiadomo - tego dnia, 34 lata temu Karol Wojtyła został pierwszym Polakiem-Papieżem. Rocznica, która zawsze jest dobrym pretekstem nie tyle do wspomnień, ile ożywienia - pamięci o tym wielkim Polaku, a dla mnie bardziej - Jego nauczania.

Ale dziś również obchodzony jest, od 33 lat (czyli rok po wyborze Polaka), Międzynarodowy Dzień Żywości. Wprawdzie nie odkopałam żadnego orędzia Jana Pawła II na takowy dzień, ale przecież nasz papież wielokrotnie apelował o sprawiedliwy podział dóbr. W orędziu na XXVI Światowy Dzień Pokoju (1.1.1993 r.) pisał:


Chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę na fakt, że ubóstwo, zwłaszcza gdy przeradza się w nędzę, staje się zagrożeniem dla pokoju. Miliony dzieci, kobiet i mężczyzn cierpią codziennie głód, pozbawione pewności jutra i zepchnięte na margines społeczny. Sytuacje te głęboko uwłaczają ludzkiej godności i przyczyniają się do powstawania napięć społecznych.  
(...)
Dla dobra człowieka, a tym samym dla dobra pokoju, należy więc jak najszybciej wprowadzić do mechanizmów ekonomicznych niezbędne zmiany, które zapewnią bardziej sprawiedliwy i równy podział dóbr. Nie wystarczy tu tylko sprawnie funkcjonujący rynek; społeczeństwo musi spełnić ciążące na nim obowiązki, wzmagając wysiłki - w wielu wypadkach już podjęte na dużą skalę - w celu usunięcia przyczyn ubóstwa i jego tragicznych konsekwencji. Żaden kraj nie jest w stanie sam sprostać takiemu zadaniu. Właśnie dlatego niezbędna jest współpraca i solidarność, jakiej wymaga współczesny świat, objęty coraz gęstszą siecią współzależności. Godzenie się z sytuacją skrajnego ubóstwa prowadzi do kształtowania się form współżycia społecznego, w których coraz większe jest niebezpieczeństwo konfliktów i użycia przemocy.
Każdy człowiek i każda grupa społeczna ma prawo do takich warunków życia, które pozwalają na zaspokojenie potrzeb jednostki i rodziny oraz na udział w życiu i w rozwoju własnej społeczności. Gdy określonej grupie ludzi odmawia się tego prawa, mogą oni poczuć się pokrzywdzeni przez system, który ich nie akceptuje, i odpowiedzieć przemocą. Dotyczy to zwłaszcza młodych, którzy pozbawieni właściwego wykształcenia i możliwości znalezienia pracy są najbardziej narażeni na niebezpieczeństwo zepchnięcia na margines i wyzysku. Powszechnie znany jest problem bezrobocia, występujący w całym świecie, szczególnie wśród młodych, oraz związane z nim zubożenie coraz większej liczby ludzi i całych rodzin. Często zresztą bezrobocie jest tragicznym rezultatem zniszczenia infrastruktury ekonomicznej kraju nękanego wojną lub konfliktami wewnętrznymi.

I jeszcze słowa Soboru Watykańskiego:
Najpierw trzeba zadośćuczynić wymaganiom sprawiedliwości, by nie ofiarować jako darów miłości tego, co się należy z tytułu sprawiedliwości. 

W Międzynarodowym Dniu Żywności warto pamiętać o tym, by jej nie marnować - a propos przypominam ubiegłoroczny wpis.

sobota, 13 października 2012

Akatyst w naszym kościele



Po prostu zapraszam!
Akatyst to właściwie hymn w liturgii Kościoła Wschodniego, jednak tym mianem określa się też samo nabożeństwo ku czci Maryi. Jest on najważniejszą z form kultu maryjnego w cerkwi prawosławnej i cerkwiach greckokatolickich. Akatyst składa się z 24 strof, na przemian krótkich (kondakiony, śpiewane przez chór) i dłuższych (ikosy, które się recytuje), które w greckim oryginale zaczynają się od kolejnych liter greckiego alfabetu. Każdy kondakion kończy się refrenem „alleluja”, a ikos – inkantacją „Witaj, Oblubienico dziewicza”. Akatysty śpiewa i słucha się na stojąco, a pełna celebracja trwa kilka godzin, ponieważ bywa przeplatany innymi hymnami i psalmami (ale podczas nich wolno siedzieć).

czwartek, 11 października 2012

Piękny miesiąc dla Kościoła

Październik to bardzo ciekawy i piękny czas, zwłaszcza w tym roku, dla Kościoła. Nie tylko dlatego, że to miesiąc różańca.
To w październiku 50 lat temu (dokładnie!) rozpoczęło się przełomowe dla naszej wspólnoty posiedzenie Vaticanum II. To 16 października 1978 r. nasz rodak został papieżem, a jego pontyfikat zaliczono do jednego z ważniejszych w historii Kościoła. Teraz, 22 października, obchodzimy wspomnienie liturgiczne Jana Pawła II jako błogosławionego.

50. rocznica Soboru Watykańskiego II stała się pretekstem do ogłoszenia Roku Wiary. Niech to z kolei stanie się przyczynkiem do zgłębienia i odświeżenia naszej wiary. Ale i refleksji nad nią.

Zachęcam zatem do lektury dwóch tekstów:

środa, 10 października 2012

Absencja

Ilekroć w parafii ktoś coś przygotuje, zaproponuje, zaprasza na coś i do czegoś zachęca, tylekroć jest mi bardzo przykro, gdy zachęty te spotykają się z - delikatnie mówiąc - małym entuzjazmem.
Tak było i dziś.
Po wieczornej mszy św. została otwarta wystawa fotografii sportowej naszego parafianina Adama Ciereszki, akredytowanego przez PAP na tegoroczne Igrzyska Olimpijskie. Pan Adam dał już się poznać parafianom, społecznie (i profesjonalnie) fotografując niejedną naszą imprezę. Natomiast zdjęcia z olimpiady zachwyciłyby - moim zdaniem - nawet największych ignorantów sportu.
Na mszy było ok. 30 osób. Kilkanaście zerknęło na ledwo co urządzoną wystawę, a z zaproszenia na spotkanie z autorem, które składało się z prezentacji innych zdjęć (wystawa obejmuje 48 ujęć, a podczas trzech tygodni zawodowy fotoreporter zrobił... dziesiątki tysięcy - TAK! - zdjęć) skorzystało... PIĘĆ. No i sam gospodarz wydarzenia, ks. proboszcz.
Jestem tą obojętnością tak poruszona, że nie znajduję słów rozczarowania. Pewnie wielu skwituje: Czego się spodziewałaś na Wildzie.
Ale przecież od kilku lat sporo dzieje się w parafii, nie ma wielkiego odzewu, ale nigdy nie zdarzyła się taka sytuacja. Pięć osób z 2000 dominicantes interesuje się czymś więcej niż czubkiem swojego nosa?
Czy to można tłumaczyć deszczem? Nadmiarem zajęć? Czyim? Emerytów? Rencistów? Bezrobotnych? Młodzieży?

Pan Adam to bardzo skromny człowiek i potrafił docenić, że jego zdjęcia w ogóle ksiądz chciał pokazać w kościele oraz to, że "w ogóle ktoś chciał go posłuchać".
A posłuchać, jak ta ogromna machina olimpijska wygląda od środka, jak bije jej serce, jak pracuje się w mediach podczas takiej imprezy - doprawdy przeciekawe.
Ale przecież ludzie to wszystko "wiedzą" - z seriali i oglądania meczów. Bo domyślam się, że chyba z tym "konkurowała" prezentacja pana Adama.

Czas spisać wywiad i relację do tworzącego się kolejnego numeru "Ja Jestem Zmartwychwstaniem"...

Jako ilustracja oczywiście zdjęcie pana Adama, na które nie mogę się napatrzeć: skos (miało być skok, ale w sumie jest i skos na zdjęciu:) ) Konrada Czerniaka. Gdyby polski pływał zdobył medal, to zdjęcie mielibyśmy na czołówkach gazet w sierpniu. Ale nic nie wygrał. I ponoć zdjęcia nikt nie opublikował. Co tym bardziej pokazuje potrzebę prezentacji fotografii już innymi kanałami.

poniedziałek, 8 października 2012

Latarka

Z czym kojarzy mi się październik?
Oczywiście z różańcem (i moimi urodzinami, choć jedno z drugiego wcale nie wynika). Ale przecież to za proste, bym o tym pisała. Zatem nabożeństwa różańcowe bardziej pośrednio.
Otóż ile razy sobie pomyślę o październiku jako miesiącu, kiedy (kiedyś) gorliwie uczęszczałam na nabożeństwa różańcowe, tyleż razy przypomina mi się... latarka. Najlepiej mała, kieszonkowa, której nikt nie zauważy i która będzie się skrywać w otchłani kieszeni dziecięcej kurtki. Ale takie małe latareczki nie były czymś tak powszechnym na przełomie lat 80. i 90., o jakim to czasie mówię, jak dziś. Na wyposażeniu domów były raczej małe reflektory, które miały zastąpić oświetlenie, gdy stale reglamentowano energię lub gdy co rusz któryś sąsiad zadbał o wysadzenie korków całego pionu, a elektryka nie było.

Nabożeństwa dla dzieci odprawiano codziennie (piątek, świątek i niedziele) o godz. 17. O ile za jasnego docierało się do świątyni, o tyle powrót nieoświetlonymi (standardowo) ulicami i uliczkami oraz ciemnym wejściem na klatkę schodową bardzo niepokoił rodziców, którzy nie zawsze mi towarzyszyli (zdarzyło mi się bodajże raz w życiu odprawić wszystkie nabożeństwa). Dlatego przed wyjściem z domu upewniali się, że wezmę latarkę (w domyśle, że jej użyję, bo wtedy na porządku dziennym i wieczornym były takie praktyki). Ale ja się wstydziłam (czego? żebym to ja dziś, 20 lat później wiedziała!). Wstyd i już. Pal sześc, że krzywe chodniki (innych wtedy jeszcze był deficyt), że nie widać, gdzie klamka w drzwiach. "Jakoś dam radę". No ale latarka była. Jak się okazało, że któraś koleżanka podobnie była wyposażona albo ją to nie śmieszyło, to latarki zdarzyło się używać.
Na szczęście z każdym rokiem rosnący dobrobyt w Polsce rozświetlał ulice i latarki używam dziś tylko na biwakach. No i dziś nie wstydziłabym się użyć jej nawet największego modelu na ciemnej ulicy w centrum miasta. O walorach samoobronnych takiego przyrządu nie wspominając.

poniedziałek, 1 października 2012

Przyganiał kocioł garnkowi

Ledwo napisałam o końcu Religia TV, a dotarłam do dyskusji redaktorów Szymona Hołowni (dyrektor programowy tego kanału) i Tomasza Terlikowskiego (redaktora naczelnego i właściciela "Frondy"). Panowie "dowalają" sobie, że posłużę się tutaj nader adekwatnym kolokwializmem, na swoich stronach WWW (blogu Religia TV i portalu Fronda.pl).

Najpierw Hołownia, informując o problemach swojego kanału, wyraził swój żal, że biskupi - delikatnie mówiąc - nie popierali Religii TV i często zabraniali księżom występów w niej. Terlikowski chwilę później wytknął Hołowni:

Po pierwsze nie ma powodów, by biskupi udzielali poparcia świeckiemu medium i świeckiej firmie, która często firmowała produkcje głęboko niechrześcijańskie. Katolicy mogli i powinni się w nią zaangażować, ale nie ma powodów, by liczyli na wsparcie biskupów.
Hołownia nie został dłużny i odniósł się do każdego kontrargumentu. Nie zamierzam tego cytować. Nie podoba mi się, że jedno katolickie medium cieszy się z problemów lub wręcz zniknięcia drugiego, a towarzyszy temu huk wystrzałów w obie strony.

Ale najbardziej zirytował mnie dzisiejszy główny materiał Fronda.pl, w którym redakcja krzyczy: "Dlaczego biskupów nie było na marszu?" i w wywiadzie Jarosława Wróblewskiego z ks. Rafałem Markowskim, rzecznikiem Archidiecezji Warszawskiej, punktuje biskupów z nieobecności na "marszu katolików".

Zapytam słowami Terlikowskiego: Jaki jest powód, dla którego biskupi mieliby udzielać poparcia świeckiej inicjatywie, przeszytej polityką, i firmować ją swoją obecnością?

Reklamy dla włoskich katolików

Katolickie media nie mają łatwo - chcąc w pełni realizować swoją misję, muszą odmawiać wielu reklamodawcom swoich łamów i anten. Żaden katolik nie wyobraża sobie przecież reklam prezerwatyw przy tekście promującym chrześcijańskie wartości. Albo przedstawiającej całujących się duchownych (jak słynna, skandalizują reklama Benettona). Lista zamożnych reklamodawców, ale niekoniecznie działających w zgodzie z katolicką etyką jest jednak dużo dłuższa.

Obawa przez niepożądanymi reklamami hamuje więc właścicieli stron internetowych - często popularnych, które mogłyby nieźle zarobić na reklamie - przed wpuszczaniem na swoje strony takich systemów jak AdSense (sieć reklamowa Google), wszak to reklama kontekstowa, a kontekst dopasowuje do treści reklam maszyna. Ta zaś niekoniecznie ma wpisane algorytmy Dekalogu.

Tymczasem wreszcie pomyślano o katolikach w Internecie - na razie włoskim. Jak donosi serwis informacyjny religia.tv, powstała tam platforma adresowana do właścicieli katolickich stron internetowych, których właściciele będą mogli czerpać zyski z reklam, nie obawiając się o zawartość reklam. Żadna, która naruszałaby zasady etyki i wartości katolickich, nie ma prawa się tam pojawić.

Brawo! To pokazuje, że media religijne nie muszą być marginalizowane poprzez brak komercyjnego finansowania! I że ewangeliczne idee można realizować nawet w biznesie.