poniedziałek, 29 października 2012

O leczeniu pedofilii

"Co zrobić z mężczyzną, którego pociągają dzieci?" - pyta na okładce swojego magazynu niemiecki "Die Zeit". Pustą białą okładkę wypełnia jedynie logo gazety i to pytanie. Odpowiedzi na nie należy szukać w poruszającym reportażu o 27-letnim Niemcu, który przez 10 miesięcy uczestniczył w terapii dla pedofilów.
Bohater reportażu już w wieku kilkunastu lat zdał sobie sprawę, że pociągają go seksualnie... chłopcy w wieku 8-12. Tylko tacy. Wiedział jednak, że oznacza to zadawanie im cierpienia oraz że jest to zło i czynność karalna. Nigdy więc nie zrealizował swoich seksualnych skłonności. Za to "zadowalał" się masowo pornografią dziecięcą, żyjąc w strachu przed kontrolą swojego komputera, którego dysk formatował nawet co 3 dni. Lęk, poczucie osamotnienia, depresja, myśli samobójcze. Wszystko to skrywał przed swoją, kochającą i poukładaną rodziną. Do czasu przełomowej w jego życiu terapii, w której towarzyszyła mu dziennikarska "Die Zeit". W Berlinie przed 2 laty powstał pierwszy ośrodek proponujący terapię osobom o pedofilskich skłonnościach. Ocenia się, że skłonności pedofilskie wykazuje ok. 1 proc. populacji mężczyzn. Ale - zdaniem autorki reportażu - nie dowiedziono naukowo, skąd się one biorą. Nie ma żadnej wiarygodnej teorii, co wpływa na takie - nienormalne - ciągoty.
Ponieważ pedofilia oznacza agresję i akty seksualne względem najmłodszych, to zdrowe na umyśle osoby odczuwające nawet takie skłonności zachowują się jak bohater tego reportażu - starają się walczyć i żyć z tym, nie raniąc innych. Nie ma wszak przyzwolenia społecznego na realizację ich seksualnych życzeń, w najgorszym wypadku unikają ich więc z lęku przed sądem, więzieniem. Ponadto - argumentują twórcy terapii - seksualność to nie cały człowiek, a jedynie jego jakaś - choć ważna - część, z którą można się nauczyć obchodzić, zwłaszcza gdy medycyna oferuje coraz więcej (np. środki na obniżenie poziomu testosteronu bez większych skutków ubocznych).
Niestety, tych samych argumentów nie używa się dziś - głośno i powszechnie - wobec homoseksualizmu. Owszem, w środowiskach katolickich, wśród katolików homoseksualnych to powtarzana opinia, ale wara temu, kto ją publicznie wypowie...
Tymczasem trudno nie doceniać wpływu opinii społecznej i przyzwolenia społecznego na rozwój skłonności homoseksualnych. Prosty przykład z mojego życia. 11 lat temu ponad 8 miesięcy mieszkałam w Danii, ucząc się na tzw. uniwersytecie ludowym, czyli w szkole autorstwa duńskiego działacza Grundtviga. Pierwszy semestr trwał 4 miesiące. Uczestniczyło w nim ok. 60 osób (głównie Duńczycy, trochę obcokrajowców). Połowa dziewczyn i chłopaków. Po Bożym Narodzeniu połowa ekipy skończyła swój pobyt, przybyło głównie Dunek. I tak, nagle, na 54 osoby zrodziły się... 3 pary lesbijskie, w tym stworzone przez dziewczyny, które podczas pierwszego semestru były w stałych związkach z mężczyznami. Jedna nawet mówiła o zaręczynach i ślubie. Wystarczyły 1-2 osoby z silną osobowością, promujące się jako cool i lesbijki, które chętnie pokażą innym, jak to może być fajnie w takim związku. I sporo innych tego wypróbowało. Oczywiście, nikomu nawet przez myśl nie przeszło, by to krytykować. Jestem pewna, że nie dochodziłoby do takich sytuacji, gdyby nie taka "otwartość" tego społeczeństwa.
Nie chodzi mi wcale o to, by homoseksualizm traktować na równi z pedofilią! Ale by częściej posłuchać lekarzy, psychoterapeutów i naukowców wcale niejednomyślnych w tej kwestii, i choćby starać się pokazywać osobom o homoseksualnych skłonnościach alternatywę. Bo ta istnieje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz