środa, 16 stycznia 2013

Teatralne dylematy na ekranie

Bardzo jestem wdzięczna reżyserowi Eugeniuszowi Korinowi, że stanął za kamerą. Że poświęcił kilka lat, byśmy w styczniu 2013 r. mogli obejrzeć film, którego reżyserem i scenarzystą jest właśnie Korin. "Sęp" - świetnie skręcony film sensacyjny stawiający egzystencjalne pytania. A to rzadkie, nawet u mistrzów tego gatunku za oceanem.
Dylematy poruszane w filmie są tak zaskakujące dla kogoś, kto nie czytał streszczeń filmu (i oby tego nie robił), że w tym miejscu zamilknę.

To zapewne nazwisko reżysera skłoniło tylu świetnych, prawdziwych aktorów do pojawienia się na jednym planie: od Żebrowskiego (często krytykowanego, ale mnie się podobał) przez Małaszyńskiego, Grabowskiego, Przybylską, Seweryna, Talara, Olbrychskiego po Fronczewskiego, by wymienić tych najbardziej znanych. W filmie nie brakuje teatralnych scen czy dialogów (ale jakie to dialogi! Pierwszą połowę ogląda się jak najlepsze polskie komedie), co jest wyłączni zaletą filmu.

No i muzyka. Dawno nie widziałam polskiej produkcji, w której muzyka stopiona jest tak harmonijnie z obrazem i daje takiego kopa, jakiego temu filmowi dał brytyjski zespół Archive swoją twórczością (reżyser z dyskografii zespołu wybrał najlepiej pasujące kawałki - zrobił to wyśmienicie).

"Sęp" to film, który długo tkwi w głowie widzów, wbija się tak jak muzyka Archive. Bo nie daje odpowiedzi, za to zadaje bardzo niepokojące pytania, w obliczu których jako ludzkość już stoimy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz