piątek, 12 kwietnia 2013

O kulturze i tolerancji

Przysłuchiwałam się wczoraj dyskusji słuchaczy w radiowej Trójce na temat miejsca bez dzieci: przejazdy, przeloty, restauracje, kawiarnie. Jedna strona podnosiła, że ma dość dyktatu rozpuszczonych dzieci wszędzie i na każdym kroku oraz ich rodziców, którzy z niegrzecznego zachowania pociech sobie nic nie robią. Oponenci zaś argumentowali, że jeśli ograniczyć rodzicom z dziećmi wejścia do niektórych miejsc, to tak samo powinno się je ograniczyć np. nadmiernie wyperfumowanym paniom, bo czyjś zapach może drażnić innych tak jak krzyk dzieci. Racja.

I jedni, i drudzy mają rację. Ale nie doczekałam się argumentu, że gdyby wszyscy trzymali się zasad kultury (znali je!) i swoje dzieci wychowywali, czyli tej kultury uczyli od początku, nie zasłaniając się kompletnie nierozumianym pojęciem "bezstresowego wychowania", to dziś nie mielibyśmy takich dylematów. I nie marzylibyśmy o miejscach bez rozwrzeszczanych dzieci albo o chwili rozmowy nieprzerywanej przez wtrącające się dzieci, które nie znają swojego miejsca - w rodzinie i społeczeństwie. Bo ich rodzice boją się je wskazać - w myśl przywołanego "bezstresowego wychowania". Czas wreszcie pojąć, co się dzieje, i zacząć to prostować, nim zaczną wyrastać kolejne getta w naszym społeczeństwie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz