piątek, 28 czerwca 2013

Wiedza u źródła

Wystarczyło spojrzeć do źródła - strony episkopat.pl, by wyrobić sobie zdanie na temat ostatnio nagłaśnianych zmian w kościelnych przepisach, ale skłoniła mnie do tego dopiero rozmowa z naszym księdzem proboszczem. Patrzę i oczom nie wierzę, że przeczytane przeze mnie komentarze i dyskusje (z prawa i lewa) dotyczące "imprezowych piątków" mają się nijak do decyzji Episkopatu Polski. Nijak.

Oto pełna treść całego punktu komunikatu nt. zmiany treści IV przykazania kościelnego:

Biskupi przyjęli nowelizację IV przykazania kościelnego. W miejsce dotychczasowego zapisu, który brzmi: "Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w okresach pokuty powstrzymywać się od udziału w zabawach" przyjęto nowe brzmienie: "Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach". Oznacza to, że okres formalnego zakazu zabaw został ograniczony do Wielkiego Postu. Nie zmienia to jednak w niczym dotychczasowego charakteru każdego piątku jako dnia pokutnego, w którym katolicy powinni “modlić się, wykonywać uczynki pobożności i miłości, podejmować akty umartwienia siebie przez wierniejsze wypełnianie własnych obowiązków, zwłaszcza zaś zachowywać wstrzemięźliwość” (por. kan. 1249-1250). Wyjątkiem są jedynie przypadające wtedy uroczystości. Jeśli więc w piątek katolik chciałby odstąpić ze słusznej przyczyny od pokutnego przeżywania tego dnia, winien uzyskać odpowiednią dyspensę. Cytat za: http://episkopat.pl/dokumenty/komunikaty_zp_kep/5203.1,Komunikat_z_362_Zebrania_Plenarnego_Konferencji_Episkopatu_Polski.html

Wystarczyło przeczytać krótki dokument źródłowy i nie wyciągać zdań poza kontekst, w którym zostały zapisane, czyli to zdanie: "Nie zmienia to jednak w niczym dotychczasowego charakteru każdego piątku jako dnia pokutnego, w którym katolicy powinni “modlić się, wykonywać uczynki pobożności i miłości, podejmować akty umartwienia siebie przez wierniejsze wypełnianie własnych obowiązków, zwłaszcza zaś zachowywać wstrzemięźliwość” (por. kan. 1249-1250)"...

wtorek, 25 czerwca 2013

Adoracja

Co tydzień w środę od 15 do wieczornej Mszy św. w naszym kościele odbywa się indywidualna adoracja Najświętszego Sakramentu. To piękny czas na spotkanie z Bogiem w ciągu dnia, bez żadnej większej, kościelnej, świątecznej czy innej okazji, o czym nieraz pisałam.

Ale to również piękny gest naszej pewnej parafianki. Otóż owa pani uznała, że Chrystus sam siedział w kościele, w tym Najświętszym Sakramencie, bo wiadomo - ludzie przychodzą na parę, paręnaście minut, może na godzinkę. I w pani odczuciu nie może zdarzyć się tak, by opuścić Chrystusa. Dlatego wspomniana pani czuwa co środę od 15 aż do mszy, by przypadkiem Pan nie został sam. Zawsze.

Piękne...

PS Gdy pechowo i wyjątkowo się zdarzy, że pani nie może przyjść, to dzwoni na parafię. Wtedy też stara się zapewnić zastępstwo. To się nazywa troska i poczucie obowiązku we wspólnocie!

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Imprezowe piątki

Przyznają Państwo, że doniesienia z ostatniej Konferencji Episkopatu Polski na temat 4. przykazania kościelnego są zaskakujące - dla jednych pozytywnie, innych negatywnie. Sytuacja nie jest jednoznaczna...

Nie ma sensu powtarzać argumentów sypiących się zewsząd, dlatego ograniczę się do rekomendacji lektury wyważonego, moim zdaniem, komentarza ks. Draguły w Laboratorium Więzi.

Polecam link: http://www.laboratorium.wiez.pl/blog.php?bl&mojkomentarzdowszystkiego&626

Gazetkowe wakacje

Wczoraj ukazał się ostatni przedwakacyjny numer naszego parafialnego pisma (niebawem postaramy się uzupełnić zaległości publikacji na stronie http://www.jajestemzmartwychwstaniem.pl/Home/rocznik-2013) i możemy głębiej odetchnąć. Oczywiście na blogu będą się pojawiały wpisy, a osoby żądne wieści z naszego podwórka zachęcamy do zaglądania na stronę parafialną http://www.poznancr.pl lub do zapisania się na newsletter, który przynajmniej raz w tygodniu rozsyła ksiądz proboszcz na podane adresy mailowe, informując o tym, co w planie w parafii lub diecezji.

Wakacje zapowiadają się jednak dla nas jak zwykle pracowicie, wszak to jedyny czas, gdy możemy oddać się zbieraniu inspiracji i obmyśleniu wielu tematów, które zagoszczą na naszych łamach w ciągu roku duszpasterskiego. To właśnie w wakacje kolekcjonujemy materiały, szukamy kolejnych autorów, tworzymy nowe rubryki i cykle. Oby więc wolniejsze dni sprzyjały tej inspiracji i refleksji!

sobota, 15 czerwca 2013

Wielka Wolność

To nazwa ulicy w Hamburgu, przy której mieści się Polska Misja Katolicka, czyli polski kościół. Znamienna nazwa ulicy, rzec by się chciało. Tym bardziej znamienna, gdy powiem, że przy tejże ulicy kwitnie życie rozrywkowe (eufemistycznie nazywając wszelkie uciechy, w tym rozpustę) Hamburga, skupione wokół sławetnej ulicy Repeerbahn na St. Pauli. Domy publiczne mniej lub bardziej zakamuflowane, kluby go-go na porządku dziennym (tak, to nie tylko dzielnica nocnego życia!), sex-shopy, erotyka wylewająca się z co drugiej witryny do spółki z hektolitrami alkoholi i głośnej muzyki. A na końcu owej Wielkiej Wolności przytulony do budynku klubu, naprzeciwko podobnego katolicka świątynia.

W czasie niedzielnej Mszy o 10.15 ksiądz wyśpiewujący modlitwy "konkurował" z basami przybytków obok. Ale nikogo to nie dziwiło (no, może turystów, którzy tu zawitali pierwszy raz). A kościół niezmiennie od lat pełny (3 msze w niedziele). Czy to ten kościół wychodzący do potrzebujących i na peryferia?
Fot. ul. Grosse Freiheit i na jej końcu budynek kościoła

czwartek, 13 czerwca 2013

To się musiało tak skończyć?

Internet i lokalne media huczą właśnie sensacyjną wiadomością: w moim rodzinnym mieście, na jego obwodnicy w wypadku samochodowym zginął przed kilkoma godzinami ksiądz lokalnej parafii, znany w całym powiecie, a od niedawna i całej Polsce "dzięki" "Gazecie Wyborczej" (na pierwszej stronie już opisywała inne zdarzenia samochodowe z tym księdzem) z wielu alkoholowo-samochodowych ekscesów...
Zginął on i młody kierowca samochodu, w który ponoć samochód księdza uderzył czołowo, wyprzedzając na trzeciego cysternę. Tyle z zeznań dla mediów świadków zdarzenia, które pojawiły się wraz z pierwszymi informacjami (później relacje okrojono). Oficjalnych komunikatów nie ma.

Wszyscy wiedzieli o wcześniejszych samochodowych wybrykach księdza (w lokalnych annałach zapisał się jako ten, który pierwszy "wylądował" na kopcu pierwszego ronda w mieście) i jak również innych wielu mało kapłańskich "wyczynach". Wszyscy i od dawna (naście lat). Nie tylko Internet jest pełen opisów wypadków, których sprawcą był, nierzadko po pijaku, śp. ksiądz, a z których wychodził praktycznie bez szwanku. I dalej jeździł jak wariat, też pod wpływem alkoholu. Uchodziło mu to płazem, wszak... był kapelanem lokalnej policji! A nagłośnienie takich historii często odbierano jako "zmasowany atak na Kościół".

Ilekroć słuchałam opowiadanych jak anegdota, a tylko czasem ze zgorszeniem, takich historii, pytałam, jak długo to potrwa. Kto położy temu kres, z tym zrobi porządek, nim będzie za późno? Czy biskup o tym wiedział? "Ponoć tak". I co? I nic. Żadnej widocznej zmiany.

Brzmi niczym groteska Mrożka, ale to fakt. Tak jak faktem była powszechna sympatia, jaką darzono księdza za to, że z nim wszystko dawało się załatwić (nawet nie zawsze za przysłowiową flaszkę, po prostu był rasowym "załatwiaczem"). Nic więc dziwnego, że został proboszczem, któremu za cel postawiono wybudowanie megalomańskiej świątyni - diecezjalnego sanktuarium w mieście bynajmniej z objawień niesłynącym. Biskup zarządził, gmaszysko i wielkie centrum kościelne ma być. A że czasy ciężkie, wierni wylecieli do Anglii, to niełatwą dolę miał ów ksiądz: kredyty, finanse, pozwolenia... I pewnie robił, co mógł, by dzieło kończyć (czytaj - dogadywał się, z kim tylko dał radę).

Nie, to nie obrona tego księdza. Ale to próba pokazania mechanizmu. Tylko biskup ma władzę i moc, by wpłynąć na księdza, przenieść go w warunki sprzyjające wyciszeniu, pracy nad sobą, terapii, pomóc mu przez specjalistów, "załatwić" z policją, by nie przymykała oczu i traktowała wykroczenia zgodnie z prawem, gdy sprawy posunęły się tak daleko. Ma władzę, by ukrócić hipokryzję, udowodnić, że ksiądz nie jest ponad prawem, pokazać, czego nie akceptujemy - nie tylko z powodu świeckiego prawa, ale z powodu odpowiedzialności za ludzkie życie - księdza i potencjalnych ofiar zachowań takich osób jak śp. ksiądz. O zgorszeniu nie mówiąc.

Ale też my, jako członkowie Kościoła i społeczeństwo, nie jesteśmy bez winy. Iluż to ludziom było na rękę załatwienie czegokolwiek u księdza za whisky? W ilu domach odbywały się suto zakrapiane imprezy (po kolędzie obowiązkowo) i ileż to razy biesiadnicy pozwolili pijanemu wsiąść do samochodu, bo to blisko, bo to nie nasza sprawa? Takich historii wciąż w całej Polsce wiele. Opłakując kolejne ofiary samochodowego wypadku, powiedzmy szczerze - żyjemy wciąż w kraju, w którym panuje wyjątkowa tolerancja dla picia i dla wykroczeń pod wpływem alkoholu, zwłaszcza osób uznawanych za wpływowe (nie mylić znaczeń!).

Gdybyż taką tolerancją i akceptacją cieszyli się u nas chorzy, niepełnosprawni, słabi...

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Wieczór autorski z ks. Kubą Marchewiczem

Już w najbliższy czwartek, o godz. 18 w naszej parafii, w kaplicy, będziemy gościć ks. Kubę - założyciela i opiekuna wspólnoty Bure Misie. Powód to nie byle jaki, bo wydanie książki "Drobiny życia" (suplement, wszak pierwsza książka ukazała się parę lat temu: www.buremisie.org.pl).
Oddaję głos autorowi:
Jak pisał św. Augustyn - Małe rzeczy są naprawdę małe, ale być wiernym w małych rzeczach, to wielka rzecz. "I rzeczywiście małe nie będą wielkie. Nie zbudujemy żadnego morskiego statku ze złomu zebranego przez naszego przyjaciela, nawet małej kosmicznej rakiety. Ale wszystkie te małe rzeczy zbierane przez Adama – nie tylko metalowe drobiazgi, i wszystkie drobiny, które nauczyliśmy się kolekcjonować, nie pozwolą się nam znudzić sobą, nie przestaniemy się sobą cieszyć. Będziemy ciągle dla siebie przyjaciółmi, bo jak może nie być czegoś, co jest...

I zapraszam w imieniu organizatorów. Wieczór autorski będzie okazją do zakupienia książki w promocyjnej cenie 30 zł. Cały dochód przeznaczony z jej sprzedaży pomoże realizować codzienność Osady Burego Misia – miejsca, w którym Przyjaciele znaleźli swój Dom. Każdy uczestnik spotkania weźmie udział w loterii, w której nagrodą będą ekologiczne sery z Osady Burego Misia.

A kto jeszcze nie ma planów wakacyjnych i myśli nad czymś oryginalnym, to podrzucam pomysł - agroturystykę właśnie u boku wspólnoty i fundacji. Mogę zapewnić o przepięknym położeniu i okolicy, która dostarczy wielu wrażeń w zależności od tego, kto jakich potrzebuje, oraz niesamowitą atmosferę, jaką gwarantuje duch tych Ludzi. Pisze o tym drugim, choć znam to na razie tylko z kart wspomnianej i wzruszającej książki. Więcej omozliwościach turystycznych na stronie: http://www.buremisie.org.pl/agroturystyka%20kaszuby.htm

Miasto przyjazne mieszkańcom i przyjezdnym

Pewne duże miasto na zachodzie. Miliony turystów rocznie, ale wcale nie są traktowani jako zło konieczne, choć strony internetowe miasta nie obfitują w anglojęzyczne wiadomości o atrakcjach. Ale i tak wszystko zachęca, krzyczy, by korzystać z uroku tego miasta, bez względu na porę roku, pogodę i kondycję finansową lub fizyczną odwiedzających. W tym Mieście bilety do opery można kupić oczywiście online z dowolnego zakątka na ziemi, wydrukować w domu (w dowolnym miejscu na ziemi), wydając ledwie 10 euro (tak, 40 zł za pełnowartościowy spektakl na poważnej europejskiej scenie) i z takim biletem za darmo dojechać do opery z całej aglomeracji. I wrócić również na ten bilet. Wszystko w ramach wspomnianej ceny 10 euro. Nikomu przez myśl nie przejdzie pchanie się do centrum samochodem i nawet eleganckie kreacje nie zniechęcają do kursu komunikacją miejską.

To samo Miasto proponuje poruszanie się komunikacją miejską, jak tylko się da. Co oznacza, że gdy tylko zwiedza się miasto w dwie osoby, już warto nabyć dzienny bilet grupowy (do 5 osób!) i do woli korzystać z kolejki, autobusów i rzecznych promów. Ktoś pomyśli, że to pewnie drogo, bo to strefa euro, a tak zarobki wyższe. Ale czy 40 zł (znów 10 euro) to drogo na miasto i okolicę liczące ponad 2 mln mieszkańców i komunikację zasięgiem obejmującą pewnie okręg o średnicy 100 km? Dodam: czyste i punktualne autobusy, nowoczesne systemy ich zapowiadania, informowania o co ważniejszych przystankach po angielsku, świetnie skomunikowane z kolejką (niczym metro) autobusy. Dojedziesz wszędzie, dokąd chcesz, nie męcząc się i nie wydając fortuny. I nie tracąc zdrowia.

To również miasto, które zachęca mniej sprawnych, zniedołężniałych, niepełnosprawnych, rodziców z wózkami do aktywnego spędzania czasu - bo komunikacja - patrz, jak wyżej. I tych ludzi tam widać, zwłaszcza w weekendy. I nie muszą krzyczeć o swoje prawa, bo nikt nie toruje przejścia, tylko wszyscy ustawiają się w wagonach czy autobusach po kolei, zostawiają karnie miejsca na wózki czy dla inwalidów. Nie ma pchania i wyzywania, że ktoś w przejściu stoi. No chyba że... się trafi na Polaka. Od razu można poznać - gdy stoi w przejściu, nie mając zamiaru wysiadać na żadnej z najbliższych stacji.

Pewnie, że takie Miasto i taka przyjazność sporo kosztuje samorząd. Ale czy nie popłaca? Natomiast nic nie kosztuje - poza myśleniem, ale i to deficytowy u nas towar - opisanie stacji kolejek, ważniejszych większych przystanków w taki sposób, by człowiek po wyjściu z autobusu czy tramwaju nie głupiał - w którą iść stronę w nieznanym mieście. Na szyldzie z nazwą stacji/ przystanku wystarczy podać strzałki z kierunkami i opisem ulic/ ważnych obiektów. To nic nie kosztuje, ale w żadnym polskim mieście tego nie znalazłam, nie licząc kilku podziemnych przejść (chwała, że choć tam takie kierunkowskazy).


Dlaczego ten wpis? Ano dlatego, że jak pomyślę, ile w Poznaniu kosztuje pojedynczy przejazd, sieciówka, bilet dobowy i co ma się w zamian, do tego przy polskich, a nie europejskich, zarobkach i cenach, to najnormalniej w świecie, po ludzku, budzi się w człowieku zazdrość.