poniedziałek, 10 czerwca 2013

Miasto przyjazne mieszkańcom i przyjezdnym

Pewne duże miasto na zachodzie. Miliony turystów rocznie, ale wcale nie są traktowani jako zło konieczne, choć strony internetowe miasta nie obfitują w anglojęzyczne wiadomości o atrakcjach. Ale i tak wszystko zachęca, krzyczy, by korzystać z uroku tego miasta, bez względu na porę roku, pogodę i kondycję finansową lub fizyczną odwiedzających. W tym Mieście bilety do opery można kupić oczywiście online z dowolnego zakątka na ziemi, wydrukować w domu (w dowolnym miejscu na ziemi), wydając ledwie 10 euro (tak, 40 zł za pełnowartościowy spektakl na poważnej europejskiej scenie) i z takim biletem za darmo dojechać do opery z całej aglomeracji. I wrócić również na ten bilet. Wszystko w ramach wspomnianej ceny 10 euro. Nikomu przez myśl nie przejdzie pchanie się do centrum samochodem i nawet eleganckie kreacje nie zniechęcają do kursu komunikacją miejską.

To samo Miasto proponuje poruszanie się komunikacją miejską, jak tylko się da. Co oznacza, że gdy tylko zwiedza się miasto w dwie osoby, już warto nabyć dzienny bilet grupowy (do 5 osób!) i do woli korzystać z kolejki, autobusów i rzecznych promów. Ktoś pomyśli, że to pewnie drogo, bo to strefa euro, a tak zarobki wyższe. Ale czy 40 zł (znów 10 euro) to drogo na miasto i okolicę liczące ponad 2 mln mieszkańców i komunikację zasięgiem obejmującą pewnie okręg o średnicy 100 km? Dodam: czyste i punktualne autobusy, nowoczesne systemy ich zapowiadania, informowania o co ważniejszych przystankach po angielsku, świetnie skomunikowane z kolejką (niczym metro) autobusy. Dojedziesz wszędzie, dokąd chcesz, nie męcząc się i nie wydając fortuny. I nie tracąc zdrowia.

To również miasto, które zachęca mniej sprawnych, zniedołężniałych, niepełnosprawnych, rodziców z wózkami do aktywnego spędzania czasu - bo komunikacja - patrz, jak wyżej. I tych ludzi tam widać, zwłaszcza w weekendy. I nie muszą krzyczeć o swoje prawa, bo nikt nie toruje przejścia, tylko wszyscy ustawiają się w wagonach czy autobusach po kolei, zostawiają karnie miejsca na wózki czy dla inwalidów. Nie ma pchania i wyzywania, że ktoś w przejściu stoi. No chyba że... się trafi na Polaka. Od razu można poznać - gdy stoi w przejściu, nie mając zamiaru wysiadać na żadnej z najbliższych stacji.

Pewnie, że takie Miasto i taka przyjazność sporo kosztuje samorząd. Ale czy nie popłaca? Natomiast nic nie kosztuje - poza myśleniem, ale i to deficytowy u nas towar - opisanie stacji kolejek, ważniejszych większych przystanków w taki sposób, by człowiek po wyjściu z autobusu czy tramwaju nie głupiał - w którą iść stronę w nieznanym mieście. Na szyldzie z nazwą stacji/ przystanku wystarczy podać strzałki z kierunkami i opisem ulic/ ważnych obiektów. To nic nie kosztuje, ale w żadnym polskim mieście tego nie znalazłam, nie licząc kilku podziemnych przejść (chwała, że choć tam takie kierunkowskazy).


Dlaczego ten wpis? Ano dlatego, że jak pomyślę, ile w Poznaniu kosztuje pojedynczy przejazd, sieciówka, bilet dobowy i co ma się w zamian, do tego przy polskich, a nie europejskich, zarobkach i cenach, to najnormalniej w świecie, po ludzku, budzi się w człowieku zazdrość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz