czwartek, 13 czerwca 2013

To się musiało tak skończyć?

Internet i lokalne media huczą właśnie sensacyjną wiadomością: w moim rodzinnym mieście, na jego obwodnicy w wypadku samochodowym zginął przed kilkoma godzinami ksiądz lokalnej parafii, znany w całym powiecie, a od niedawna i całej Polsce "dzięki" "Gazecie Wyborczej" (na pierwszej stronie już opisywała inne zdarzenia samochodowe z tym księdzem) z wielu alkoholowo-samochodowych ekscesów...
Zginął on i młody kierowca samochodu, w który ponoć samochód księdza uderzył czołowo, wyprzedzając na trzeciego cysternę. Tyle z zeznań dla mediów świadków zdarzenia, które pojawiły się wraz z pierwszymi informacjami (później relacje okrojono). Oficjalnych komunikatów nie ma.

Wszyscy wiedzieli o wcześniejszych samochodowych wybrykach księdza (w lokalnych annałach zapisał się jako ten, który pierwszy "wylądował" na kopcu pierwszego ronda w mieście) i jak również innych wielu mało kapłańskich "wyczynach". Wszyscy i od dawna (naście lat). Nie tylko Internet jest pełen opisów wypadków, których sprawcą był, nierzadko po pijaku, śp. ksiądz, a z których wychodził praktycznie bez szwanku. I dalej jeździł jak wariat, też pod wpływem alkoholu. Uchodziło mu to płazem, wszak... był kapelanem lokalnej policji! A nagłośnienie takich historii często odbierano jako "zmasowany atak na Kościół".

Ilekroć słuchałam opowiadanych jak anegdota, a tylko czasem ze zgorszeniem, takich historii, pytałam, jak długo to potrwa. Kto położy temu kres, z tym zrobi porządek, nim będzie za późno? Czy biskup o tym wiedział? "Ponoć tak". I co? I nic. Żadnej widocznej zmiany.

Brzmi niczym groteska Mrożka, ale to fakt. Tak jak faktem była powszechna sympatia, jaką darzono księdza za to, że z nim wszystko dawało się załatwić (nawet nie zawsze za przysłowiową flaszkę, po prostu był rasowym "załatwiaczem"). Nic więc dziwnego, że został proboszczem, któremu za cel postawiono wybudowanie megalomańskiej świątyni - diecezjalnego sanktuarium w mieście bynajmniej z objawień niesłynącym. Biskup zarządził, gmaszysko i wielkie centrum kościelne ma być. A że czasy ciężkie, wierni wylecieli do Anglii, to niełatwą dolę miał ów ksiądz: kredyty, finanse, pozwolenia... I pewnie robił, co mógł, by dzieło kończyć (czytaj - dogadywał się, z kim tylko dał radę).

Nie, to nie obrona tego księdza. Ale to próba pokazania mechanizmu. Tylko biskup ma władzę i moc, by wpłynąć na księdza, przenieść go w warunki sprzyjające wyciszeniu, pracy nad sobą, terapii, pomóc mu przez specjalistów, "załatwić" z policją, by nie przymykała oczu i traktowała wykroczenia zgodnie z prawem, gdy sprawy posunęły się tak daleko. Ma władzę, by ukrócić hipokryzję, udowodnić, że ksiądz nie jest ponad prawem, pokazać, czego nie akceptujemy - nie tylko z powodu świeckiego prawa, ale z powodu odpowiedzialności za ludzkie życie - księdza i potencjalnych ofiar zachowań takich osób jak śp. ksiądz. O zgorszeniu nie mówiąc.

Ale też my, jako członkowie Kościoła i społeczeństwo, nie jesteśmy bez winy. Iluż to ludziom było na rękę załatwienie czegokolwiek u księdza za whisky? W ilu domach odbywały się suto zakrapiane imprezy (po kolędzie obowiązkowo) i ileż to razy biesiadnicy pozwolili pijanemu wsiąść do samochodu, bo to blisko, bo to nie nasza sprawa? Takich historii wciąż w całej Polsce wiele. Opłakując kolejne ofiary samochodowego wypadku, powiedzmy szczerze - żyjemy wciąż w kraju, w którym panuje wyjątkowa tolerancja dla picia i dla wykroczeń pod wpływem alkoholu, zwłaszcza osób uznawanych za wpływowe (nie mylić znaczeń!).

Gdybyż taką tolerancją i akceptacją cieszyli się u nas chorzy, niepełnosprawni, słabi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz