piątek, 21 marca 2014

Ojciec Salij OP wygłosi rekolekcje

Kolejnym ważnym punktem tegorocznego Wielkiego Postu będą rekolekcje parafialne. Po rekolekcjach dla związków niesakramentalnych oraz rekolekcjach kerygmatycznych, które zaczynamy już w najbliższa niedzielę, zapraszam na rekolekcje parafialne, które wygłosi dla nas dominikanin, jeden z polskich znakomitych teologów o. Jacek Salij. Jest to o tyle dobra wiadomość, że ponoć ów teolog wzbrania się przed głoszeniem rekolekcji.
Zapraszam zatem na niedzielę 30 marca do naszej parafii, a potem w poniedziałek, wtorek i środę na mszę z nauką.

Tego też dnia od godz. 9 do 14 Jałmużna Krwi, czyli cykliczna w naszej parafii możliwość oddania krwi dla wszystkich zdrowych pełnoletnich (do 65. roku życia) w specjalnie na tę okazję urządzonym punkcie Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa.

Jakby mało rekolekcji, to w weekend 4-6 kwietnia nasza parafia wzorem ubiegłego roku przygotowała też ofertę dla małżeństw: rekolekcje-warsztaty pod hasłem "Dialog – porozumienie w miłości” – oprowadzą animatorzy Spotkań Małżeńskich. Konieczne są zgłoszenia pisemne (formularz zgłoszeniowy i szczegóły na www.poznancr.pl)

Koszt udziału 25 zł od pary (sobotni obiad, bufet kawowy, również: opieka nad dziećmi).

wtorek, 18 marca 2014

O genderach dobrych i złych

Jeśli zdążyła Cię zmęczyć pełna jazgotu dyskusja wokół gender, jeśli nie zdążyłeś zapoznać się z żadnym argumentem merytorycznym na ten temat, jeśli nie przemawiają do Ciebie biskupi ani retoryka "Gazety Wyborczej" czy "Frondy", jeśli jesteś otwarty na poznawanie świata, a nie opinii, jeśli nie wiesz, czy i czym się różni transwestyta i transseksualista i (czy) co oni mają (coś) wspólnego z gender, to... powinieneś sięgnąć po najnowsze wydanie "Więzi". Wśród wielu akademickich tekstów nawet mniej wprawiony czytelnik powinien znaleźć kilka przemawiających do niego artykułów.

Wprawdzie rozważanie nad płciowością Jezusa Chrystusa i Jego przyrodzeniem nie są potrzebne mojej wierze (tekst ks. Draguły) i czytam to z niemałym rozbawieniem, ale już pytanie o to, czy dusza ma płeć wydaje się istotne w naszym zwariowanym świecie. Zatem wywiad ze znanym psychologiem Wojciechem Eichelbergerem (którego niewiedzę o dzisiejszym Kościele niejednokrotnie obnaża rozmówczyni Anna Karoń-Ostrowska) również polecam.

Nowoczesne przykazania na Wielki Post. I nie tylko

Z najnowszego Listu do Parafian autorstwa naszego księdza proboszcza pozwolę sobie zacytować cytat. Pochodzi on z książki niemieckiego dziennikarza Stefana Meetschena pt. „Cyfrowa duchowość”.

1. Bóg nie jest Google, On jest Tajemnicą. Ćwicz się w cierpliwości i zaserwuj sobie odpowiednią ilość czasu na słuchanie Boga.
2. Częściej wyłączaj cyfrowe urządzenia. Pozwalaj sobie na regularny mailowy urlop.
3. Sprawdź, jakie treści i produkty cyfrowo konsumujesz, oraz ustal, co nie jest dobre dla twojej duszy.
4. Opracuj swój najbardziej autentyczny profil. Bądź sobą i pomóż innym być autentycznym. Bądź przy tym najbardziej dyskretny, jak to tylko możliwe, i nie wynoś wszystkiego na zewnątrz.
5. Poświęcaj uwagę osobom z twojego realnego otoczenia i tym z otoczenia wirtualnego, dzieląc się sobą z jednymi i drugimi w oddzielnym czasie.
6. Tylko Bóg może zaakceptować ciebie takiego, jakim jesteś, bezwarunkowo, niezależnie od tego, ilu masz znajomych na Facebooku i jak interesujące zdjęcia zamieszczasz w Internecie.
7. Staraj się wzbogacić strumień komunikacji w Internecie o pierwiastki duchowe.
8. Na swoim profilu i poprzez swój styl przekazu dawaj świadectwo, które będzie wewnętrznie zgodne z Ewangelią. Pozostań człowiekiem autentycznym i myślącym.
9. Poddawaj krytycznej ocenie oferentów duchowych treści i ich ofertę w sieci. Bądź czujny, abyś nie dał się złapać w fałszywą sieć.
10. Pamiętaj o swoim ciele i poruszaj się wystarczająco dużo w realnym świecie.

Do mnie to trafia, a do Państwa?

poniedziałek, 17 marca 2014

Zaproszenie na rekolekcje kerygmatyczne, czyli...

... do poznania podstawowych prawd wiary. Bo to o ni zdaje się zapominać dzisiejszy chrześcijanin...
Takie właśnie rekolekcje rozpoczną się w naszej parafii w przyszłą niedzielę. Poprowadzi je ks. Waldemar Szlachetka, proboszcz parafii Świętego Jana Ewangelisty w Poznaniu. Zapraszam w imieniu naszej wspólnoty!

ROZPOZNAĆ JEZUSA – podstawowe orędzie wiary
• Niedziela (podczas każdej Mszy świętej): Jezus w naszej codzienności.
• Poniedziałek, godz. 18.30: Jezus prowadzi nas do Ojca. Po Mszy św. odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych.
• Wtorek, godz. 18.30: Zbawienie w Chrystusie. Po Mszy św. adoracja Krzyża.
• Środa, godzina 18.30: Jezus i Kościół. Po Mszy św. nabożeństwo namaszczenia do odpowiedzialności za Kościół.

niedziela, 16 marca 2014

Ciekawe porównanie

Zachęcam do lektury krótkiego tekstu Zbigniewa Nosowskiego (naczelny "Więzi") w związku z wybraniem nowego przewodniczącego KEP (Poznań rządzi!).

Komentarz zbędny.

Święty Józef - patron rodziny i mężczyzn

Choć w całym Kościele dziś szczególnie modlimy się w intencji misjonarzy i wspieramy dzieło misyjne Ad Gentes, w naszej parafii dzisiejszą niedzielę poświęciliśmy mężczyznom, męskości i byciu mężem i ojcem w Kościele. Wszak niebawem uroczystość św. Józefa.

I tak liturgię słowa dziś "obstawiają" wyłącznie mężczyźni, co jest raczej ewenementem, wszak nie od dziś wiadomo, że w kościele udzielają się częściej panie niż panowie (ks. Sebastian wspomniał dziś, że czasem wśród księży mówi się żartobliwie o kościele żeńsko-katolickim:)). Tym przyjemniej ogląda i słucha się dziś panów przy pulpicie.

Z tej tez okazji w naszej parafii gości pisarz Robert Kościuszko, który dał świadectwo podczas homilii i przy okazji opowiedział o książkach swojego autorstwa. Jak nastolatkom "sprzedać" Biblię? Jak udowodnić, że wiara to nie jakaś śmiertelna nuda, ale fascynująca przygoda? To właśnie starał się przy okazji tego świadectwa (i reklamy swojej pracy) przekazać nam autor powieści dla nastolatków "Wojownik trzech światów", który jako ojciec zapraszał innych ojców do czytania dzieciom fascynujących lektur, które tworzą więc między rodzicem a dzieckiem.

Polecam stronę wydawnictwa. A świętemu Józefowi naszych wszystkich mężczyzn i ojców. A propos to zdrowy głos na temat wychowania młodych mężów do życia w rodzinie - list czytelniczki "Gazety Wyborczej". Polecam!

wtorek, 4 marca 2014

List paschalny

Co roku nasz ksiądz proboszcz pisze List paschalny, adresowany do wszystkich mieszkańców naszej parafii. Wszystkich, czyli nie tylko tych chodzących do kościoła. Tych ostatnich jest ok. 1800 osób, ale w kościelnej administracji liczy się, że mamy ok. 10 tys. parafian. I właśnie tyle listów co roku przed Wielkanocą, a dokładnie z początkiem Wielkiego Postu "wychodzi" z naszego kościoła.

Jak wychodzi? Za przyczyną "listonoszy wolontariuszy". To osoby chodzące do kościoła i nieobojętne na apel proboszcza, by zabrać swoim sąsiadom list i wrzucić do skrzynek. I tak oto od kilku lat w ciągu najdalej kilku niedziel List paschalny w nakładzie ok. 10 tys. egz. trafia pod wildeckie strzechy.

Piękny to zwyczaj. Po pierwsze, dlatego że ksiądz proboszcz zwraca się osobiście do każdego wildeckiego domu, informując o tym, co w najbliższym - tak ważnym - czasie będzie się działo w kościele. Zawsze jest szansa, że kogoś poruszy a to proponowana inicjatywa charytatywna czy modlitewna, a to zapowiedź jakiegoś wydarzenia. O tym właśnie informuje w liście autor. Po drugie, uczynienie z parafian listonoszy zwraca im uwagę na współodpowiedzialność takiej formy głoszenia Dobrej Nowiny. Skoro tylu mieszkańców Wildy nie chodzi do naszego kościoła lub do żadnego w ogóle, to może fakt, że ktoś z sąsiedztwa poleca mu zainteresowanie się parafią, do czegoś skłoni. Pamiętajmy, że wciąz - mimo ogromnego zeświecczenia - żyjemy w chrześcijańskim społeczeństwie i termin Wielkiego Postu coś tam ludziom mówi. Lektura 2 stron listu może sprawić, że powie ciut więcej. Może rzuci nowe światło na zbyt stary i wypłowiały obraz tego okresu w życiu Kościoła i każdego chrześcijanina?

Polecam tę inicjatywę innym parafiom.

Wielki Post nowocześnie

Długi karnawał sprawił, że było chyba wystarczająco czasu, by pomyśleć nad pomysłami na owocne przeżycie Wielkiego Postu. Oczywiście jest dosyć czasu w samym Wielkim Poście, by tego dokonać.
Ale jeśli ktoś jeszcze nie obrał celów, postanowień, to idąc tropem dziennikarki "Gazety Wyborczej" (tak!), polecam: "Wielki Post ze smartfonem w ręku".

Zapraszamy do redakcji

Zapraszamy wszystkich, którzy lubią pisać i chcieliby nawiązać regularną współpracę z naszą redakcją. Nie trzeba być parafianinem ani poznaniakiem. Świadczą o tym nasze otwarte łamy dla: korespondenta z Rzymu (franciszkanin piszący cykliczne artykuły), korespondencje misyjne księży zmartwychwstańców, artykuły naszych różnych znajomych, sympatyków z całej Polski na tematy związane z bieżącymi wydarzeniami lub okresem liturgicznym. Jedno jest pewne - nie zabraknie nam pomysłów na spożytkowanie czyjegoś talentu i chęci do pracy. Bo tej akurat nigdy nie brakuje :)

Masz propozycje, co można zrobić lepiej lub inaczej na naszych łamach, w naszej miniredakcji? Masz lekkie pióro, chcesz chociaż trochę poznać warsztat dziennikarski albo się nim podzielić, żyjesz życiem parafii (lub zamierzasz i chcesz się w nie zaangażować)?

To być może szukamy i potrzebujemy Ciebie! Zapraszamy do współpracy!

Co oferujemy?
  • Mnóstwo pomysłów, których nie nadążamy realizować.
  • Bezpłatne ciekawe zajęcia w dowolnym czasie, ale na pewno na ich brak narzekać nie będziesz :) - niemniej sam sterujesz swoimi obowiązkami, czasem i tym, ile chcesz go poświęcić parafii.
  • Pomoc w rozwijaniu dziennikarskiego lub literackiego talentu.

Zachęcamy do kontaktu mailowego: redakcja@jajestemzmartwychwstaniem.pl. Spotkania redakcji ustalamy każdorazowo z zespołem.

piątek, 14 lutego 2014

Kolędowanie na żądanie

Okres kolędowania na dobre za nami, ale na jego koniec na łamach naszego pisma zaproponowaliśmy czytelnikom nowe rozwiązanie. Poniższy tekst wyjaśnia kontekst. A publikujemy go, ponieważ trzeba zacząć myśleć nad tym, jak zorganizować kolędowanie w przyszłym roku duszpasterskim, jeśli chcemy, by wizyty księży miały większy sens. Mamy więc nadzieję, że do Parafialnej Rady Duszpasterskiej lub do naszej redakcji zaczną spływać propozycje i dalsze pomysły. Na razie odezwały się pojedyncze głosy poparcia, za które dziękujemy, chętnie jednak rozwinęlibyśmy tę inicjatywę.

Kolęda na żądanie?
Zastanawiam się, co stałoby się w 90. roku istnienia naszej parafii, gdybyśmy spróbowali od połowy września 2014 zorganizować codzienne wizyty duszpasterskie polegające na tym, że kapłan odwiedzałby pięć, sześć rodzin między godziną 18 a 20. Czy taka kolęda nie byłaby trafniejsza?
ks. Adam Błyszcz


Odkąd w Stanach Zjednoczonych pojawił się termin video on demand, a było to pewnie z 10 lat temu, termin „na żądanie” zmienił nieco znaczenie i niekoniecznie musi być wyrazem roszczeniowości wypowiadającego te słowa osobnika. Skoro bowiem mamy filmy, koncerty, mecze, pliki na żądanie w naszym prywatnym telewizorze lub komputerze – czyli kiedy ich potrzebujemy lub chcemy, to czemu podobnego terminu nie odnieść by do kolęd, czyli wizyt duszpasterskich? To propozycja rozwinięcia myśli księdza proboszcza, który dwa tygodnie temu zaproponował „uwolnienie kolęd” z okresu Bożego Narodzenia.

Po co w ogóle kolęda?

Nim wymyślimy, jak przeorganizować wizyty duszpasterskie, zastanówmy się, czemu one dziś mają nam – parafianom i duszpasterzom – służyć, by później dopracować środek do tego celu. Prawdziwa, czyli chciana, przygotowana, wizyta duszpasterska może być przyczynkiem lepszych relacji na linii ksiądz-parafianie, może pomóc księżom lepiej poznać parafian. Wprawdzie wbrew statystykom nie jest ich tak wielu (ok. 2000 uczęszczających systematycznie do naszego kościoła), ale co tak naprawdę wiadomo o człowieku, którego widuje się co niedzielę na stałej mszy, często w tym samym miejscu, czasem na nabożeństwach? Spotkanie w jego domu, jego otoczeniu, może z bliskimi, których już w kościele tak często nie widać, powie duchownemu więcej niż regularna wizyta w kościele – w tej samej scenerii. Jeśli dorzucić do tego odrobinę otwartości – opowiedzenia o sobie kilku słów, wyartykułowanie swoich oczekiwań, ale może tez żalów, pretensji, to odwiedzający rodzinę duszpasterz zyska zupełnie inny – prawdziwszy (?) – obraz parafianina. Warto tez pamiętać, że mieszkający na plebanii księża mają utrudniony dostęp do życia codziennego parafian – skąd mają wiedzieć o tym, jak się żyje na Umińskiego czy Rolnej, skoro bez zaproszenia bywają tylko na wezwanie do chorych – a to już też wcale nie taka częsta praktyka. W trosce o jakość duszpasterstwa powinno nam, parafianom, zależeć, by nasi księża jak najbardziej uczestniczyli w naszym codziennym życiu – zetknęli się z naszymi bolączkami, radościami, porażkami i sukcesami. Po to, by mówili do nas naszym językiem, byśmy lepiej się rozumieli. Ale ani konfesjonał, ani samo uczestnictwo we mszy temu nie służą.

W obliczu naszego jubileuszu i misji parafialnych takie spotkanie może być żywą zachętą do uczestnictwa w tychże misjach i jubileuszu. Tu jednak inicjatywa należy do duszpasterza. Ale najpierw trzeba go zaprosić, a nie traktować ja natrętnego akwizytora.

Uwolnić kolędę

Dlaczego nie mielibyśmy spotykać się w domach naszych parafian przez cały rok. Cóż stoi na przeszkodzie? Czyż Franciszek w swojej adhortacji apostolskiej Evangelii gaudium nie upomina nas, że nie możemy usprawiedliwiać siebie tłumaczeniem, że zawsze tak się robiło. Co z tego, że przez tyle dziesięcioleci kolędowano po Bożym Narodzeniu? – pisał w poprzednim Liście do parafian ksiądz proboszcz. A ja rozwinęłabym to o próbę wspólnego stworzenia grafiku kolęd – tych naprawdę chcianych, oczekiwanych. Czy moglibyśmy się pokusić o „zamawianie” terminu kolędy – w biurze parafialnym albo online? Księża mogliby wyznaczać dni swojej dyspozycyjności oraz godziny (właśnie wcale nie te szablonowe 16-20, ale wiele innych – ileż to osób chętnie przyjęłoby duszpasterza o godz. 10.30 w dzień powszedni? Śmiem przypuszczać, że wielu emerytów) na jakiś okres, np. z wyprzedzeniem 2-3-tygodniowym. Wierni natomiast mogliby z tych godzin wybierać coś dla siebie. Oczywiście istnieje obawa, że taki sposób „zamawiania” kolędy przerodzi się w konkurs popularności księży, którzy w tejże kolędzie uczestniczą, co z kolei minie się z założeniem kolędy. Może więc ograniczyć wybór osoby w myśl zasady, że ksiądz to ksiądz? Pomysł niewątpliwie wymaga wspólnego dopracowania, tj. zarówno przez świeckich, jak i duchownych naszej parafii, no i dobrej organizacji, ale wydaje się, że w dobie telefonów komórkowych indywidualna komunikacja z rodzinami w sytuacjach awaryjnych nie powinna stanowić problemu (obowiązkowe podanie czynnego telefonu do kontaktu w chwili zamawiania wizyty). By nieco ułatwić grafik, można by obszar parafii podzielić tak, by np. w okresie 2-3 tygodni rodziny z danego kwartału zamawiały wizytę – zapobiegnie to pokonywaniu większych odległości przez kolędników.

Jestem za uwolnieniem kolędy i przeorganizowaniem jej względem tradycji, która zdaje się umierać na naszych oczach. Skoro bowiem parafianie potrafili wpisywać się w grafik, by do swojego domu przyjąć relikwie bł. Jana Pawła II, skoro z coraz większym trudem dopasowujemy się do ram, dla których nie znajdujemy uzasadnienia (bo dlaczego kolęda musi być w wyznaczonym odgórnie, z nikim niekonsultowanym terminie), to dlaczego nie mieliby przejąć inicjatywy i zapraszać duszpasterza do siebie we wspólnie określonym terminie (właśnie między wrześniem a grudniem).

Zmobilizować – siebie i innych

Niestety, tylko z pozoru jest to proste. Oto bowiem będzie wyzwanie dla wszystkich płynących z nurtem parafian, którzy nawet nie wiedzą, gdzie się mieści kancelaria parafialna (jak zgłosić więc taką wizytę?). Czy zdobędą się na większą aktywność, by zaplanować dzień wizyty, przygotować się na nią (bo teraz nie będzie usprawiedliwienia o tym, że zostali zaskoczeni).

Prawdą jest też, że wielu ludziom trudno się zmobilizować do czegoś, gdy nie mają nad sobą bata, np. w postaci odgórnie wyznaczonego terminu. Częstokroć trudniej samemu zorganizować się tak, by powiedzieć, że konkretny dzień rezerwuję dla księdza, choćby nie wiem co. Co więc zrobić, by osoby z takimi trudnościami jednak do tego zachęcić? Mamy jeszcze trochę czasu, mamy wiele myślących osób, więc w imieniu redakcji wyrażam nadzieję, że odezwą się i zaproponują – czy to na łamach pisma, czy na spotkaniach Rady Parafialnej lub może swoich wspólnot – jakieś pomysły. Czekamy na nie!
Planowana, zaakceptowana przez obie strony wizyta duszpasterska, oznacza przygotowanie – obu stron. Nie chodzi tylko o przejrzenie kartoteki przez księdza czy zeszytu do religii dzieci przez rodziców. Po co zapraszam duszpasterza do siebie? Czy jestem gotów na wspólną modlitwę? O czym chcę rozmawiać z księdzem? Po co w ogóle tego księdza zapraszam?

Obawiam się, że część rodzin, które jeszcze w tym roku przyjęły kolędę, na powyższe pytanie do września sobie nie odpowie i… No właśnie, taka planowana kolęda może być świetnym sprawdzianem dojrzałości naszej wiary i naszego parafialnego życia. Wprawdzie nie o statystyki nam w niej chodzi, ale mogą one być smutniejsze od tegorocznych. Za to może bliższe realiom?

Masz swoje zdanie? Co sądzisz o kolędach poza okresem Bożego Narodzenia? Czekamy na Państwa głosy!


środa, 12 lutego 2014

Co słychać u Bliźniaków?

Ponieważ zbliża się okres rozliczeń PIT, publikujemy relację pani Beaty Rozwadowskiej z pracowitego roku rodziny bliźniaków, których parafia otacza opieką.
Kochani!
Na początku motto Kardynała Stefana Wyszyńskiego: "Po to gromadzimy, abyśmy mieli co rozdawać"

Tak jak w zeszłym roku zwracamy się do Was o przekazanie 1% Waszego podatku na nasze kochane bliźniaki – dla Adasia i Stefka.

Na początku dziękujemy za Waszą bezinteresowną pomoc, bez której nie wiem jak dalibyśmy radę.

Rok 2013 był dla nas pracowity, jak zwykle dla Adasia najbardziej:
03.01.2013 – czyszczenie ucha w znieczulenie ogólnym i wykonanie badania słuchu w Międzynarodowym Centrum Mowy i Słuchu w Kajetanach; okazało się, że Adaś ma głęboki niedosłuch na dźwięki niskie (80 decybeli), czyli prawie nie słyszy samogłosek, a na wysokie 40 decybeli. Dziwne, gdyż raczej zwykle jest odwrotnie. Od lutego zaczął nosić aparat słuchowy, który odmienił jego życie. Usłyszał świat dookoła.
24.04.2013 – sprowadzenie lewego jądra do moszny; plastyka przepukliny pachwinowej lewostronnej.
25.07.2013 – plastyka rekonstrukcyjna powieki dolnej lewej i wycięcie chrzęstniaków okolicy przedusznej prawej.
13.11.2013 – laryngotracheobronchoskopia; Adaś miał w znieczuleniu ogólnym oglądaną krtań laryngoskopem. Konkluzja – ekstremalnie trudna intubacja. Na szczęście nie ma żadnych odleżyn od rurki, krtań prawidłowa, ale wejście wąskie uniemożliwiające intubację. Rurka tracheo z nami na wsze wczasy... chyba że wymodlimy cud. Z przełykaniem pokarmów drogą doustną też możemy tylko pomarzyć. Anatomia trudna, ale nie do zoperowania. Na dodatek problemy z koordynacją połykania. Odradza się karmienie doustne z powodu krztuszenia. Jedynie minimalna stymulacja smakowa.
Adaś wciąż nie mówi, ale staramy się wprowadzać komunikację za pomocą obrazków. Mamy specjalny program do drukowania symboli graficznych i uczymy Adasia ich rozumienia. Podczas turnusu neurologopedycznego w lipcu Adaś uczył się znaków TAK/NIE. Cały czas utrwalamy i udało się. Adaś jest w stanie nam pokazać paluszkiem na znakach, czy chce coś robić dalej; czy chce założyć skarpety, czy chce do zabawy demonstrowaną zabawkę; którą piosenkę mam mu zaśpiewać. To ogromny sukces, że Adaś może być rozumiany. Dzięki temu zaczął się lepiej rozwijać.

W sumie Adaś był na czterech turnusach rehabilitacyjnych, co daje efekty. Potrafi stanąć samodzielnie kilka sekund. Podczas turnusu udało mu się przejść kilka kroków  Myślał, że z tyłu trzyma go rehabilitant. Wczoraj po raz pierwszy samodzielnie przeszedł ok. 10 metrów. Historyczna chwila. Wiele pracy i udało się!!! Niech żyje Adaś!

Generalnie, jak zawsze nie przejmuje się tym, że przeżył cztery znieczulenia ogólne, że musi ćwiczyć. Jest wesoły i zawsze rano budzi się z uśmiechem na twarzy i zdaje się nam mówić: Będzie dobrze. Ciesz się każdym dniem!

A cóż przyniesie rok 2014?
Kolejna operacja Adasia w IMID planowana 14.03.2014 – mięsień okrężny ust. Może uda się też kolejną związaną z rozszczepem powieki oka. Trudny temat.

>>>
Już w styczniu tego roku byliśmy na turnusie rehabilitacyjnym.

Jeśli chodzi o Stefka – operacji w roku 2013 na szczęście nie było i na razie nie będzie. Następny etap to przekonać Stefka do noszenia aparatu ortodontycznego. Stefek był na turnusie neurologopedyczny. Ćwiczy intensywnie poprawną wymowę, chodzi do przedszkola, bije się z Anią, jak to bywa wśród rodzeństwa.

Mama nie da odpocząć. Jak się uda, to przed nami jeszcze cztery turnusy rehabilitacyjne dla Adama oraz wspólny turnus neurologopedyczny Adasia i Stefka – każde dziecko z opiekunem to koszt 5 900 zł.

Koszt dwutygodniowego turnusu ruchowego to około 5000 zł.

Widzicie więc, że potrzeby ogromne.

Potrzebne dane:

Nazwa OPP: Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
Numer KRS: 0000037904

W rubryce o informacjach uzupełniających należy wpisać według podanej kolejności: 7576 Rozwadowski Adam i Stefan

Jeśli możesz poproś swoją rodzinę, współpracowników, znajomych, aby i oni przekazali swój 1% podatku i poprosili dalszych znajomych o pomoc.

Możesz rozdać ulotki, które znajdziesz w naszym kościele (przy wyjściu).

Czekamy na Waszą pomoc i bardzo za nią dziękujemy!!! W podziękowaniu uśmiechy z galerii z naszej stronki: www.adasistefek.pl. Zachęcamy do obejrzenia filmików na YouTube
http://www.youtube.com/watch?v=ID1E_Z5HsvE

Adaś i Stefek

Serdecznie pozdrawiam
Beata Rozwadowska

wtorek, 11 lutego 2014

Dzień Chorego

Tego dnia Kościół modli się i prosi swoich wiernych o szczególną modlitwę za chorych i cierpiących. Pewnie wielu z nas przed oczami staje wtedy postać chorującego przed kilkoma laty Jana Pawła II, wielu ludzi starszych, inwalidów. Pewnie rzadziej młodych ludzi, których jeszcze wczoraj, miesiąc temu czy pół roku temu widzieliśmy w pełni sił.

Dlatego dziś chciałabym prosić Państwa, Czytelników, o modlitwę zwłaszcza w intencji Mirona. Czytelnicy naszego pisma i nasi parafianie wiedzą, że Miron - właściciel zaprzyjaźnionej z nami drukarni - został ciężko ranny i poparzony przy wybuchu pieca na kilka dni przed Wigilią. Nikt, kto sam nie przeżył poparzenia znacznej części ciała (u Mirona wyniosło ono 70 proc.) albo kto nie otarł się o takie nieszczęście wśród swoich bliskich, na pewno nie jest w stanie wyobrazić sobie ogromu cierpienia fizycznego i psychicznego. Miron od tego czasu co kilka dni ma przeszczepy skóry, powtarzane do skutku, czyli do przyjęcia się tkanek na poparzonych organach. Co kilka dni zatem operacje, co chwilę zmieniane sterylne opatrunki, ograniczony kontakt ze światem (na oddział mogą wchodzić tylko najbliżsi). Gdy przeszczepy zostaną zakończone, przed chorym jeszcze długa i trudna rehabilitacja oraz potrzeba ogromnej cierpliwości do obchodzenia się z "nową", wrażliwszą skórą.

Prosimy zatem o modlitwę, która - jak wierzymy - już dokonała cudów, jak ten, że najbardziej poparzone ręce zagoiły się najszybciej!

poniedziałek, 10 lutego 2014

Mało słona sól

Oglądali Państwo niedzielny program TVP1 "Między niebem a ziemią"?

Tego dnia Ewangelia dotyczyła "soli świata" i to jej rozważanie przed Aniołem Pańskim poświęcił papież. A później nadano wypowiedzi polskich biskupów na temat ich wizyty u Ojca Świętego. I co usłyszeliśmy od naszych duszpasterzy? W tzw. setce (czyli wypowiedziach do kamery - 100 proc. dźwięku, 100 proc. obrazu), tak samo jak we wszystkich listach duszpasterskich naszego episkopatu, roiło się od kwiecistych sformułowań, banialuk, "ubogacających", "owocnych" zdań. Jednym słowem nie usłyszeliśmy nic, totalnie nic na temat tejże wizyty. Jedyny konkret, jaki padł z ust biskupa, to wypowiedź abpa Hosera o tym, jaki Papież daje przepis na kazanie (polecam przy okazji felieton na ten temat). Tyle tylko, że... cały świat o tym przepisie czytał i słyszał w okolicach ogłoszenia najnowszej encykliki. Biskupi musieli pojechać do Watykanu, by o tym powiedzieć?

Słuchając tej biskupiej nowomowy, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że mało słona jest sól polskiego Kościoła i na razie raczej nie nabrała lepszych właściwości po tej wizycie w Rzymie.

czwartek, 23 stycznia 2014

Adopcja na odległość, czyli pomoc dla Boliwii

Polskie wolontariuszki, opiekunki w katolickim internacie dla dziewcząt Hogar w Cochamba w Boliwii, poszukują opiekunów, tzw. padrinos, dla sześciu podopiecznych. Do programu adopcji na odległość może przystąpić każdy, a dzięki pomocy Polek jest to nawet łatwiejsze (pomoc w kontaktach w języku hiszpańskim). Nawiązanie takich kontaktów to okazja do poznania odległego kraju i ciekawych osób – właśnie podopiecznych Hogar. Zachęcam i oddaję głos polskim wolontariuszkom, które już kilkukrotnie słały naszej gazetce relację z pracy w Hogar (pod zdjęciem fragment jesiennego tekstu o pracy obu Pań w internacie).

Adopcja na odległość polega głównie na pomocy przynajmniej przez rok jednej konkretnej dziewczynce (minimum 600-700 zł w skali roku, płatnych jednorazowo bądź miesięcznie, zależy jak komu wygodnie). Mile też jest widziane przesłanie co jakiś czas drobnej przesyłki dla swojej podopiecznej (np. czekoladę, bo tu czekolady nie ma, albo coś z biżuterii, coś co jest lekkie, żeby nie płacić dużo za znaczki), listu, pisanie o sobie. Dziewczynki bardzo czekają zawsze na zdjęcia swoich padrinos i same piszą listy co jakiś czas, wysyłamy też aktualne zdjęcia i informacje o podopiecznej.
Gdy jesteśmy na miejscu w Boliwii, istnieje też możliwość zobaczenia się na skype, co dziewczynki bardzo lubią.
Jedyną formalnością, jaką należy wypełnić, jest krótki formularz. Padrinos otrzymują też polskie konto do dokonania wpłat, które stworzono z myślą o ułatwieniu przelewów, które między kontynentami są bardzo drogie.

Aktualnie szukamy padrinos dla dla 6 dziewczynek. Przedstawiamy je (fotografie w kolejności poniżej):
Jessica i Rosaura – siostry, które są u nas od tygodnia. Jessie ma 4 lata, Rosaura - 9 lat. Ich mama wyjechała z kraju i zostawiła je z 16-letnim bratem, który nie może się nimi zajmować.
Rosemary – idzie teraz do 7. klasy, jest u nas od lat już razem z dwiema starszymi siostrami. Ojciec je przyprowadził, bo nie chciał sam zajmować się dziećmi po tym, jak matka ich opuściła.
Lizeth – podobnie smutna historia, z tym że jej mama umarła.
Yolanda – najsmutniejsza historia naszego Hogar. Dziewczynka, która przeżyła w swoim krótkim życiu dużo więcej niż niejeden z nas...
Jest jeszcze Zaida, nowa dziewczynka (nie mamy na razie jej zdjęcia), której mama spadła z huśtawki i złamała kręgosłup, przerwała rdzeń kręgowy i nie może się już dłużej małą zajmować, bo sama wymaga opieki.
Gdyby ktoś miał chęć zaopiekować się którąś z nich, to prosimy o kontakt.

Pozdrawiamy,
Dominika i Joanna
joannatra@hotmail.com
lindadominika@gmail.com



Świeccy na misjach
(fragment tekstu z październikowego wydania "Ja Jestem Zmartwychwstaniem")

Nasza praca w Boliwii to robienie bardzo prostych, codziennych rzeczy. W Internacie jest 60 dziewczynek w różnym wieku. Najmłodsza jest Micaela, która ma 3 lata, a najstarsza Isabel, która już kończy studia. Pracują tu trzy siostry Boliwijki ze zgromadzenia sióstr sercanek. Początkowo było to dla nas niewyobrażalne, jak trzy osoby mogą zadbać o dom, w którym mieszka tyle dzieci. Ale okazuje się, że jest to możliwe. Dziewczynki większość prac domowych wykonują same – same gotują, same sprzątają, same piorą. Co dla nas też na początku było zaskoczeniem, piorą wszystko w rękach. Tylko przedszkolaki są zwolnione z obowiązku prania, robią to za nie starsze dziewczynki, a teraz też my. Od pierwszej klasy wszyscy piorą sobie wszystko sami. Dziewczynki w związku z tym mają mało czasu na zabawę, czas dla siebie mają tylko w weekendy, grają wtedy w piłkę, w gumę, linkę, czasem oglądają telewizję. Nikt tu nie gra w gry komputerowe, nie istnieją tu PSP, konsole do grania.

Naszym zadaniem jest głównie opieka nad najmłodszymi dziećmi. Trzeba je przypilnować, żeby się wykąpały, zmieniły bieliznę, umyły zęby. Wiele z nich nie ma takich nawyków z domu. Trudno oczekiwać, że dziewczynki będą korzystały z prysznica, kiedy w domu nie miały łazienki ani ubikacji, że będą myły podłogę te, które w domu jako podłogę miały zwyczajnie ziemię… Niektóre wszystkiego dopiero się uczą, zdarza się, że młodsze dziewczynki, które jeszcze nie zaczęły nauki w szkole, kiedy przychodzą do internatu, nie mówią w ogóle po hiszpańsku, tylko w języku qechua. Wszystko jest więc dla nich nowe, łącznie z językiem, w którym się porozumiewają.

W ciągu dnia mamy pełne ręce roboty. Od rana jedna z nas zaprowadza pierwszaki i drugoklasistki do szkoły. Nasze przedszkolaki chodzą na tzw. turno tarde, czyli zmianę popołudniową, więc od rana pomagamy im w odrabianiu lekcji (tak, przedszkolaki też mają tu zadania domowe! Czasami nawet całkiem sporo…). Około południa wracają ze szkół dziewczynki z turno mañana, czyli zmiany rannej. To czas na obiad, wypranie swoich rzeczy, chwilkę odpoczynku. Od 15 zaczyna się odrabianie lekcji, które trwa do 18. Trzy godziny – wydawałoby się, że dużo, ale jednak nie starcza czasu, żeby każdej porządnie pomóc. W tzw. międzyczasie jedna z nas odprowadza też codziennie inną grupę dziewczynek na zajęcia z baletu. Po 18.00 dziewczynki wspólnie z siostrami odmawiają codziennie różaniec. Modlą się za siebie wzajemnie i za wszystkie osoby, które im pomagają i je wspierają. Wieczorami pomagamy starszym dziewczynom w angielskim lub prowadzimy zajęcia psychoedukacyjne, pomagamy młodszym w kąpieli i dopilnowujemy mycia zębów. Nasz dzień, który zaczynamy około 6.30 rano, kończy się około 22.

Wiele osób pyta nas, czy są różnice między domem dziecka w Polsce a w Boliwii. Jest ich bardzo dużo. W Boliwii jest na pewno biedniej, dziewczynki na śniadanie jedzą bułkę albo z margaryną, albo z dżemem, czasami z serem. Ale nigdy nie ma bułki i z masłem, i z serem. Na obiad zwykle jest ryż w dużych ilościach, mały kawałek mięsa i trochę surówki. Czasem jako surówka jest sałata z cebulą. Na kolację z reguły jest zupa. Zupa ma zwykle ten sam smak, zmienia się tylko dodatek do niej i zamiast pomidorówki czy ogórkowej jest zupa z ryżem, zupa z makaronem, zupa z qinua. Tutaj nikt nie zostawia jedzenia, nikt nie wybrzydza. Nawet jeśli jakaś dziewczynka czegoś nie lubi, to i tak zje to, co jest, bo nie będzie nic innego w zamian. Słodycze są tutaj luksusem, nie ma drożdżówek, jogurtów, soczków i batoników. Na podwieczorek jest z reguły banan, jabłko lub papaja, czyli owoce, które rosną w Boliwii, więc są najtańsze.

Inną różnicą jest to, że dzieci mają dużo więcej obowiązków – pranie, gotowanie, sprzątanie i dużo mniej czasu wolnego i czasu na zabawę. Ale same dziewczynki są jak wszystkie dzieci na całym świecie. Śmieją się, bawią, płaczą, kłócą, obrażają, żartują i rozrabiają jak i dzieci w Polsce. I mimo że mają niewiele, potrafią cieszyć się i docenić to, co mają lub to, co dostają. Cieszą się z tego, że ktoś im kupi skarpetki albo da ołówek. To umiejętność, którą my w naszym rozwiniętym świecie zatraciliśmy. Często mamy bardzo dużo, ale nie czujemy się szczęśliwi, bo czegoś ciągle nam brak. Tu dzieci mają bardzo niewiele i potrafią cieszyć się tym, co mają. Ale jak wszystkim dzieciom na świecie, tak i tym najbardziej potrzeba miłości, tego, żeby z nimi porozmawiać, poświęcić swój czas, pobyć razem, przytulić. I to chyba jest nasze największe zadanie, żeby choć trochę zapełnić tę ogromną dziurę miłości, jaką w sobie noszą.

Jesteśmy tu po to, żeby pracować, być z dziewczynami, pomagać im, dawać siebie. Ale tak naprawdę również my wiele od nich dostajemy i to zupełnie gratis – mnóstwo miłości i serdeczności, zwykłej codziennej radości z małych rzeczy. Bycie tutaj to niezwykła lekcja doceniania każdego dnia, wszystkiego, co nas spotyka, cieszenia się z tego. Ale bycie tutaj to też nauka pokory i cierpliwości, stawiania sobie wymagań i realizowania ich krok po kroku, mimo pojawiających się przeszkód.



środa, 22 stycznia 2014

Dla Ukrainy

Dzisiejszy Dzień Jedności Narodowej, w którym zabito dwóch demonstrantów, brzmi jak żart z Mrożka.

Portal Deon.pl opublikował prośbę Ukrainek, by się modlić za nich w obecnej, dramatycznej sytuacji. Setki udostępnień tego wpisu i lajków. Ale jaka dyskusja pod wpisem...
Cytuję celowo bez podawania nazwisk:

Niech sobie przypomną, jak mordowali Polaków na Podolu i Wołyniu podczas II wojny światowej... Metody mordowania ludzi przechodziły ludzkie pojęcie.

Albo:
Ja rozumiem że zamieszki są niebezpieczne ale na ulicach Polski ginie więcej ludzi w wypadkach samochodowych niż na Ukrainie w zamieszkach. Pisząc takie wiadomości popieracie ruch PRO-UNIJNY, który jest ateistyczny+zły gospodarczo i ekonomicznie > Na czele stoją zegiści świadomie niszczący Europę. Społeczeństwo Ukraińskie tego nie rozumie, widząc w UE szansę. A to tylko ułuda. Dla ich dobra zamieszki trzeba stłumić.

I na tym skończyłam lekturę w obawie, że mi puszczą nerwy i zabraknie chrześcijańskiej cierpliwości.

W 1981 roku Polacy też patrzyli tęsknie w stronę Zachodu, by ktoś pomógł, interweniował, apelował, pomógł rozwiązać patową i niebezpieczną sytuację, modlili się i o modlitwę prosili. Ciekawe, jak czułaby się cytowana czytelniczka portalu Deon, gdyby jej powiedzieć, że stan wojenny i strzelanina w kopalni Wujek były dla naszego dobra, podobnie jak inwazja wojsk w Pradze w 1968 r.? Czyżby poza chrześcijańskim duchem też pamięci nie wystarczyło?

wtorek, 14 stycznia 2014

O małżeństwach dla małżeństw

Tradycyjnie już zapraszam do lektury miesięcznika "W Drodze". Tym razem z uwagi na tematykę poświęconą małżeństwom (cykl tekstów Uratować małżeństwo). Na szczególną uwagę zasługuje artykuł „Oni też są Kościołem” naszego duszpasterza związków niesakramentalnym, czyli ks. Adama Błyszcza.

Polecam również inne teksty, np. o tym, jak mądrze pomagać (czy dawać jałmużnę na ulicy?), oraz ciekawe felietony. Ja tradycyjnie czytam "W Drodze" od deski do deski.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Chrześciajańska nienawiść

Tytuł brzmi jak oksymoron, nieprawdaż? Ale to rzeczywistość, którą od paru lat przeżywamy tu, w Polsce. Kraju katolików albo choćby chrześcijan, z początkiem roku.
Co roku ten sam festiwal nienawiści mieniących się przymiotnikiem katolicki lub chrześcijańskich mediów wobec WOŚP i pana Owsiaka. Za to, że głośniej gra niż Caritas, że mniej robi niż niejedna przykościelna organizacja. Jak on śmie?!

Nie, wcale chrześcijańskie tygodniki, katolickie portale itp. instytucje nazywające się dziennikarskimi nie muszą włączać się w chór peanów na cześć Owsiaka i robić z niego boga dobroczynności. Sam zresztą zainteresowany tego nie oczekuje, jak mniemam. Nie muszą - w swojej ślepocie - dostrzegać nawet grama dobroci, jaki wypłynął przez 20 lat działalności armii ludzi pod szyldem WOŚP. Ale niech choćby przestały pluć i doszukiwać się drugiego, trzeciego czy entego dna akcji, która - ku zaskoczeniu samego inicjatora - tak się rozbuchała i żyje własnym życiem... ratując - co bezsprzeczne - każdego roku wiele ludzkich istnień. Bo na razie nikomu ta akcja nie zaszkodziła, nie uderzyła w chrześcijan, Kościół czy Dekalog. Nie ma więc powodu bić w tarabany.

Chrześcijańska nienawiść to choroba tocząca nasz Kościół już dłuższy czas, nie tylko wobec WOŚP. Szkoda, że biskupi tak mało miejsca poświęcają jej w swoim nauczaniu i postawach, przypominając o tym, że chrześcijańska postawa to miłość bliźniego - bez względu na to, ile milionów pozbiera na akcje dobroczynne, ile czasu ekranowego wypełni czy ilu ludziom zawróci w głowie. Czyżby to kwestia zbyt niskiej rangi (ewangelicznej!), by mieli się nią zajmować następcy apostołów? Fakt, to nie to co... gender.

środa, 8 stycznia 2014

Opowieść o świętości

Od czasu lektury "Świadectwa" kard. Stanisława Dziwisza intuicja podpowiadała mi, by trzymać się z daleka czy to od książkowych, czy to od filmowych dzieł o naszym rodaku papieżu (jedyny chlubny wyjątek "Szukałem Was"). Ale logo wydawnictwa Znak oraz nazwisko dobrej dziennikarki Brygidy Grysiak sprawiło, że z dużym zainteresowaniem sięgnęłam po "Miejsce dla każdego. Opowieść o świętości Jana Pawła II".

Czy fakt świętości oznacza, że książki o wielkim i miłowanym człowieku trzeba pisać na klęczkach lub co najmniej w postawie uniżenia? Czy pisanie o świętości nakazuje ograniczyć słownictwo do "z zachwytem", "z czułością", "troskliwie" i... ckliwie? Podzielam zachwyt Jana Pawła II nad pięknymi, zwłaszcza polskimi tradycjami związanymi z Bożym Narodzeniem, rozumiem jego tęsknotę z Watykanu za polskością, ale czy naprawdę przez pół książki trzeba powtarzać 1/ zachwyt papieża nad szopkami, 2/ miłość do polskich kolęd, 3/ przywiązanie do góralskiej tradycji i kultury? Mam wrażenie, że każdy rozdział książki prowadził inny redaktor, bo niemożliwe, by jeden redaktor przepuścił tak liczne powtórzenia! (No chyba że wydawnictwo nałożyło zbyt wysoką objętość i... nie było o czym pisać). Czy papieski List do dzieci to jedyna publikacja, która coś mówi o świętości Karola Wojtyły albo o jego pontyfikacie? Takie wrażenie może odnieść czytelnik.

Ilekroć patrzę na obwoluty polskich książek o Janie Pawle II, tylekroć utwierdzam się w przekonaniu, że lepiej czytać dzieła i publikacje papieża niż czytać o nim. I zastanawiam się, ile lat minie, nim doczekamy jakiejś "normalnej" książki o papieżu - człowieku, kapłanie, ale i urzędniku, pisarzu. Obiektywnej, czyli również krytycznej. No chyba że zajmie się tym jakiś protestant. ;-)

niedziela, 5 stycznia 2014

K (C) + M + B

... czyli co oznacza ten skrót związany z dzisiejszym świętem?

Na portalu Deon.pl ciekawy artykuł wyjaśniający, skąd skrót i że imiona trzech mędrców zostały odwiedzione właśnie z niego.

Polecam!