czwartek, 23 stycznia 2014

Adopcja na odległość, czyli pomoc dla Boliwii

Polskie wolontariuszki, opiekunki w katolickim internacie dla dziewcząt Hogar w Cochamba w Boliwii, poszukują opiekunów, tzw. padrinos, dla sześciu podopiecznych. Do programu adopcji na odległość może przystąpić każdy, a dzięki pomocy Polek jest to nawet łatwiejsze (pomoc w kontaktach w języku hiszpańskim). Nawiązanie takich kontaktów to okazja do poznania odległego kraju i ciekawych osób – właśnie podopiecznych Hogar. Zachęcam i oddaję głos polskim wolontariuszkom, które już kilkukrotnie słały naszej gazetce relację z pracy w Hogar (pod zdjęciem fragment jesiennego tekstu o pracy obu Pań w internacie).

Adopcja na odległość polega głównie na pomocy przynajmniej przez rok jednej konkretnej dziewczynce (minimum 600-700 zł w skali roku, płatnych jednorazowo bądź miesięcznie, zależy jak komu wygodnie). Mile też jest widziane przesłanie co jakiś czas drobnej przesyłki dla swojej podopiecznej (np. czekoladę, bo tu czekolady nie ma, albo coś z biżuterii, coś co jest lekkie, żeby nie płacić dużo za znaczki), listu, pisanie o sobie. Dziewczynki bardzo czekają zawsze na zdjęcia swoich padrinos i same piszą listy co jakiś czas, wysyłamy też aktualne zdjęcia i informacje o podopiecznej.
Gdy jesteśmy na miejscu w Boliwii, istnieje też możliwość zobaczenia się na skype, co dziewczynki bardzo lubią.
Jedyną formalnością, jaką należy wypełnić, jest krótki formularz. Padrinos otrzymują też polskie konto do dokonania wpłat, które stworzono z myślą o ułatwieniu przelewów, które między kontynentami są bardzo drogie.

Aktualnie szukamy padrinos dla dla 6 dziewczynek. Przedstawiamy je (fotografie w kolejności poniżej):
Jessica i Rosaura – siostry, które są u nas od tygodnia. Jessie ma 4 lata, Rosaura - 9 lat. Ich mama wyjechała z kraju i zostawiła je z 16-letnim bratem, który nie może się nimi zajmować.
Rosemary – idzie teraz do 7. klasy, jest u nas od lat już razem z dwiema starszymi siostrami. Ojciec je przyprowadził, bo nie chciał sam zajmować się dziećmi po tym, jak matka ich opuściła.
Lizeth – podobnie smutna historia, z tym że jej mama umarła.
Yolanda – najsmutniejsza historia naszego Hogar. Dziewczynka, która przeżyła w swoim krótkim życiu dużo więcej niż niejeden z nas...
Jest jeszcze Zaida, nowa dziewczynka (nie mamy na razie jej zdjęcia), której mama spadła z huśtawki i złamała kręgosłup, przerwała rdzeń kręgowy i nie może się już dłużej małą zajmować, bo sama wymaga opieki.
Gdyby ktoś miał chęć zaopiekować się którąś z nich, to prosimy o kontakt.

Pozdrawiamy,
Dominika i Joanna
joannatra@hotmail.com
lindadominika@gmail.com



Świeccy na misjach
(fragment tekstu z październikowego wydania "Ja Jestem Zmartwychwstaniem")

Nasza praca w Boliwii to robienie bardzo prostych, codziennych rzeczy. W Internacie jest 60 dziewczynek w różnym wieku. Najmłodsza jest Micaela, która ma 3 lata, a najstarsza Isabel, która już kończy studia. Pracują tu trzy siostry Boliwijki ze zgromadzenia sióstr sercanek. Początkowo było to dla nas niewyobrażalne, jak trzy osoby mogą zadbać o dom, w którym mieszka tyle dzieci. Ale okazuje się, że jest to możliwe. Dziewczynki większość prac domowych wykonują same – same gotują, same sprzątają, same piorą. Co dla nas też na początku było zaskoczeniem, piorą wszystko w rękach. Tylko przedszkolaki są zwolnione z obowiązku prania, robią to za nie starsze dziewczynki, a teraz też my. Od pierwszej klasy wszyscy piorą sobie wszystko sami. Dziewczynki w związku z tym mają mało czasu na zabawę, czas dla siebie mają tylko w weekendy, grają wtedy w piłkę, w gumę, linkę, czasem oglądają telewizję. Nikt tu nie gra w gry komputerowe, nie istnieją tu PSP, konsole do grania.

Naszym zadaniem jest głównie opieka nad najmłodszymi dziećmi. Trzeba je przypilnować, żeby się wykąpały, zmieniły bieliznę, umyły zęby. Wiele z nich nie ma takich nawyków z domu. Trudno oczekiwać, że dziewczynki będą korzystały z prysznica, kiedy w domu nie miały łazienki ani ubikacji, że będą myły podłogę te, które w domu jako podłogę miały zwyczajnie ziemię… Niektóre wszystkiego dopiero się uczą, zdarza się, że młodsze dziewczynki, które jeszcze nie zaczęły nauki w szkole, kiedy przychodzą do internatu, nie mówią w ogóle po hiszpańsku, tylko w języku qechua. Wszystko jest więc dla nich nowe, łącznie z językiem, w którym się porozumiewają.

W ciągu dnia mamy pełne ręce roboty. Od rana jedna z nas zaprowadza pierwszaki i drugoklasistki do szkoły. Nasze przedszkolaki chodzą na tzw. turno tarde, czyli zmianę popołudniową, więc od rana pomagamy im w odrabianiu lekcji (tak, przedszkolaki też mają tu zadania domowe! Czasami nawet całkiem sporo…). Około południa wracają ze szkół dziewczynki z turno mañana, czyli zmiany rannej. To czas na obiad, wypranie swoich rzeczy, chwilkę odpoczynku. Od 15 zaczyna się odrabianie lekcji, które trwa do 18. Trzy godziny – wydawałoby się, że dużo, ale jednak nie starcza czasu, żeby każdej porządnie pomóc. W tzw. międzyczasie jedna z nas odprowadza też codziennie inną grupę dziewczynek na zajęcia z baletu. Po 18.00 dziewczynki wspólnie z siostrami odmawiają codziennie różaniec. Modlą się za siebie wzajemnie i za wszystkie osoby, które im pomagają i je wspierają. Wieczorami pomagamy starszym dziewczynom w angielskim lub prowadzimy zajęcia psychoedukacyjne, pomagamy młodszym w kąpieli i dopilnowujemy mycia zębów. Nasz dzień, który zaczynamy około 6.30 rano, kończy się około 22.

Wiele osób pyta nas, czy są różnice między domem dziecka w Polsce a w Boliwii. Jest ich bardzo dużo. W Boliwii jest na pewno biedniej, dziewczynki na śniadanie jedzą bułkę albo z margaryną, albo z dżemem, czasami z serem. Ale nigdy nie ma bułki i z masłem, i z serem. Na obiad zwykle jest ryż w dużych ilościach, mały kawałek mięsa i trochę surówki. Czasem jako surówka jest sałata z cebulą. Na kolację z reguły jest zupa. Zupa ma zwykle ten sam smak, zmienia się tylko dodatek do niej i zamiast pomidorówki czy ogórkowej jest zupa z ryżem, zupa z makaronem, zupa z qinua. Tutaj nikt nie zostawia jedzenia, nikt nie wybrzydza. Nawet jeśli jakaś dziewczynka czegoś nie lubi, to i tak zje to, co jest, bo nie będzie nic innego w zamian. Słodycze są tutaj luksusem, nie ma drożdżówek, jogurtów, soczków i batoników. Na podwieczorek jest z reguły banan, jabłko lub papaja, czyli owoce, które rosną w Boliwii, więc są najtańsze.

Inną różnicą jest to, że dzieci mają dużo więcej obowiązków – pranie, gotowanie, sprzątanie i dużo mniej czasu wolnego i czasu na zabawę. Ale same dziewczynki są jak wszystkie dzieci na całym świecie. Śmieją się, bawią, płaczą, kłócą, obrażają, żartują i rozrabiają jak i dzieci w Polsce. I mimo że mają niewiele, potrafią cieszyć się i docenić to, co mają lub to, co dostają. Cieszą się z tego, że ktoś im kupi skarpetki albo da ołówek. To umiejętność, którą my w naszym rozwiniętym świecie zatraciliśmy. Często mamy bardzo dużo, ale nie czujemy się szczęśliwi, bo czegoś ciągle nam brak. Tu dzieci mają bardzo niewiele i potrafią cieszyć się tym, co mają. Ale jak wszystkim dzieciom na świecie, tak i tym najbardziej potrzeba miłości, tego, żeby z nimi porozmawiać, poświęcić swój czas, pobyć razem, przytulić. I to chyba jest nasze największe zadanie, żeby choć trochę zapełnić tę ogromną dziurę miłości, jaką w sobie noszą.

Jesteśmy tu po to, żeby pracować, być z dziewczynami, pomagać im, dawać siebie. Ale tak naprawdę również my wiele od nich dostajemy i to zupełnie gratis – mnóstwo miłości i serdeczności, zwykłej codziennej radości z małych rzeczy. Bycie tutaj to niezwykła lekcja doceniania każdego dnia, wszystkiego, co nas spotyka, cieszenia się z tego. Ale bycie tutaj to też nauka pokory i cierpliwości, stawiania sobie wymagań i realizowania ich krok po kroku, mimo pojawiających się przeszkód.



środa, 22 stycznia 2014

Dla Ukrainy

Dzisiejszy Dzień Jedności Narodowej, w którym zabito dwóch demonstrantów, brzmi jak żart z Mrożka.

Portal Deon.pl opublikował prośbę Ukrainek, by się modlić za nich w obecnej, dramatycznej sytuacji. Setki udostępnień tego wpisu i lajków. Ale jaka dyskusja pod wpisem...
Cytuję celowo bez podawania nazwisk:

Niech sobie przypomną, jak mordowali Polaków na Podolu i Wołyniu podczas II wojny światowej... Metody mordowania ludzi przechodziły ludzkie pojęcie.

Albo:
Ja rozumiem że zamieszki są niebezpieczne ale na ulicach Polski ginie więcej ludzi w wypadkach samochodowych niż na Ukrainie w zamieszkach. Pisząc takie wiadomości popieracie ruch PRO-UNIJNY, który jest ateistyczny+zły gospodarczo i ekonomicznie > Na czele stoją zegiści świadomie niszczący Europę. Społeczeństwo Ukraińskie tego nie rozumie, widząc w UE szansę. A to tylko ułuda. Dla ich dobra zamieszki trzeba stłumić.

I na tym skończyłam lekturę w obawie, że mi puszczą nerwy i zabraknie chrześcijańskiej cierpliwości.

W 1981 roku Polacy też patrzyli tęsknie w stronę Zachodu, by ktoś pomógł, interweniował, apelował, pomógł rozwiązać patową i niebezpieczną sytuację, modlili się i o modlitwę prosili. Ciekawe, jak czułaby się cytowana czytelniczka portalu Deon, gdyby jej powiedzieć, że stan wojenny i strzelanina w kopalni Wujek były dla naszego dobra, podobnie jak inwazja wojsk w Pradze w 1968 r.? Czyżby poza chrześcijańskim duchem też pamięci nie wystarczyło?

wtorek, 14 stycznia 2014

O małżeństwach dla małżeństw

Tradycyjnie już zapraszam do lektury miesięcznika "W Drodze". Tym razem z uwagi na tematykę poświęconą małżeństwom (cykl tekstów Uratować małżeństwo). Na szczególną uwagę zasługuje artykuł „Oni też są Kościołem” naszego duszpasterza związków niesakramentalnym, czyli ks. Adama Błyszcza.

Polecam również inne teksty, np. o tym, jak mądrze pomagać (czy dawać jałmużnę na ulicy?), oraz ciekawe felietony. Ja tradycyjnie czytam "W Drodze" od deski do deski.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Chrześciajańska nienawiść

Tytuł brzmi jak oksymoron, nieprawdaż? Ale to rzeczywistość, którą od paru lat przeżywamy tu, w Polsce. Kraju katolików albo choćby chrześcijan, z początkiem roku.
Co roku ten sam festiwal nienawiści mieniących się przymiotnikiem katolicki lub chrześcijańskich mediów wobec WOŚP i pana Owsiaka. Za to, że głośniej gra niż Caritas, że mniej robi niż niejedna przykościelna organizacja. Jak on śmie?!

Nie, wcale chrześcijańskie tygodniki, katolickie portale itp. instytucje nazywające się dziennikarskimi nie muszą włączać się w chór peanów na cześć Owsiaka i robić z niego boga dobroczynności. Sam zresztą zainteresowany tego nie oczekuje, jak mniemam. Nie muszą - w swojej ślepocie - dostrzegać nawet grama dobroci, jaki wypłynął przez 20 lat działalności armii ludzi pod szyldem WOŚP. Ale niech choćby przestały pluć i doszukiwać się drugiego, trzeciego czy entego dna akcji, która - ku zaskoczeniu samego inicjatora - tak się rozbuchała i żyje własnym życiem... ratując - co bezsprzeczne - każdego roku wiele ludzkich istnień. Bo na razie nikomu ta akcja nie zaszkodziła, nie uderzyła w chrześcijan, Kościół czy Dekalog. Nie ma więc powodu bić w tarabany.

Chrześcijańska nienawiść to choroba tocząca nasz Kościół już dłuższy czas, nie tylko wobec WOŚP. Szkoda, że biskupi tak mało miejsca poświęcają jej w swoim nauczaniu i postawach, przypominając o tym, że chrześcijańska postawa to miłość bliźniego - bez względu na to, ile milionów pozbiera na akcje dobroczynne, ile czasu ekranowego wypełni czy ilu ludziom zawróci w głowie. Czyżby to kwestia zbyt niskiej rangi (ewangelicznej!), by mieli się nią zajmować następcy apostołów? Fakt, to nie to co... gender.

środa, 8 stycznia 2014

Opowieść o świętości

Od czasu lektury "Świadectwa" kard. Stanisława Dziwisza intuicja podpowiadała mi, by trzymać się z daleka czy to od książkowych, czy to od filmowych dzieł o naszym rodaku papieżu (jedyny chlubny wyjątek "Szukałem Was"). Ale logo wydawnictwa Znak oraz nazwisko dobrej dziennikarki Brygidy Grysiak sprawiło, że z dużym zainteresowaniem sięgnęłam po "Miejsce dla każdego. Opowieść o świętości Jana Pawła II".

Czy fakt świętości oznacza, że książki o wielkim i miłowanym człowieku trzeba pisać na klęczkach lub co najmniej w postawie uniżenia? Czy pisanie o świętości nakazuje ograniczyć słownictwo do "z zachwytem", "z czułością", "troskliwie" i... ckliwie? Podzielam zachwyt Jana Pawła II nad pięknymi, zwłaszcza polskimi tradycjami związanymi z Bożym Narodzeniem, rozumiem jego tęsknotę z Watykanu za polskością, ale czy naprawdę przez pół książki trzeba powtarzać 1/ zachwyt papieża nad szopkami, 2/ miłość do polskich kolęd, 3/ przywiązanie do góralskiej tradycji i kultury? Mam wrażenie, że każdy rozdział książki prowadził inny redaktor, bo niemożliwe, by jeden redaktor przepuścił tak liczne powtórzenia! (No chyba że wydawnictwo nałożyło zbyt wysoką objętość i... nie było o czym pisać). Czy papieski List do dzieci to jedyna publikacja, która coś mówi o świętości Karola Wojtyły albo o jego pontyfikacie? Takie wrażenie może odnieść czytelnik.

Ilekroć patrzę na obwoluty polskich książek o Janie Pawle II, tylekroć utwierdzam się w przekonaniu, że lepiej czytać dzieła i publikacje papieża niż czytać o nim. I zastanawiam się, ile lat minie, nim doczekamy jakiejś "normalnej" książki o papieżu - człowieku, kapłanie, ale i urzędniku, pisarzu. Obiektywnej, czyli również krytycznej. No chyba że zajmie się tym jakiś protestant. ;-)

niedziela, 5 stycznia 2014

K (C) + M + B

... czyli co oznacza ten skrót związany z dzisiejszym świętem?

Na portalu Deon.pl ciekawy artykuł wyjaśniający, skąd skrót i że imiona trzech mędrców zostały odwiedzione właśnie z niego.

Polecam!