piątek, 14 lutego 2014

Kolędowanie na żądanie

Okres kolędowania na dobre za nami, ale na jego koniec na łamach naszego pisma zaproponowaliśmy czytelnikom nowe rozwiązanie. Poniższy tekst wyjaśnia kontekst. A publikujemy go, ponieważ trzeba zacząć myśleć nad tym, jak zorganizować kolędowanie w przyszłym roku duszpasterskim, jeśli chcemy, by wizyty księży miały większy sens. Mamy więc nadzieję, że do Parafialnej Rady Duszpasterskiej lub do naszej redakcji zaczną spływać propozycje i dalsze pomysły. Na razie odezwały się pojedyncze głosy poparcia, za które dziękujemy, chętnie jednak rozwinęlibyśmy tę inicjatywę.

Kolęda na żądanie?
Zastanawiam się, co stałoby się w 90. roku istnienia naszej parafii, gdybyśmy spróbowali od połowy września 2014 zorganizować codzienne wizyty duszpasterskie polegające na tym, że kapłan odwiedzałby pięć, sześć rodzin między godziną 18 a 20. Czy taka kolęda nie byłaby trafniejsza?
ks. Adam Błyszcz


Odkąd w Stanach Zjednoczonych pojawił się termin video on demand, a było to pewnie z 10 lat temu, termin „na żądanie” zmienił nieco znaczenie i niekoniecznie musi być wyrazem roszczeniowości wypowiadającego te słowa osobnika. Skoro bowiem mamy filmy, koncerty, mecze, pliki na żądanie w naszym prywatnym telewizorze lub komputerze – czyli kiedy ich potrzebujemy lub chcemy, to czemu podobnego terminu nie odnieść by do kolęd, czyli wizyt duszpasterskich? To propozycja rozwinięcia myśli księdza proboszcza, który dwa tygodnie temu zaproponował „uwolnienie kolęd” z okresu Bożego Narodzenia.

Po co w ogóle kolęda?

Nim wymyślimy, jak przeorganizować wizyty duszpasterskie, zastanówmy się, czemu one dziś mają nam – parafianom i duszpasterzom – służyć, by później dopracować środek do tego celu. Prawdziwa, czyli chciana, przygotowana, wizyta duszpasterska może być przyczynkiem lepszych relacji na linii ksiądz-parafianie, może pomóc księżom lepiej poznać parafian. Wprawdzie wbrew statystykom nie jest ich tak wielu (ok. 2000 uczęszczających systematycznie do naszego kościoła), ale co tak naprawdę wiadomo o człowieku, którego widuje się co niedzielę na stałej mszy, często w tym samym miejscu, czasem na nabożeństwach? Spotkanie w jego domu, jego otoczeniu, może z bliskimi, których już w kościele tak często nie widać, powie duchownemu więcej niż regularna wizyta w kościele – w tej samej scenerii. Jeśli dorzucić do tego odrobinę otwartości – opowiedzenia o sobie kilku słów, wyartykułowanie swoich oczekiwań, ale może tez żalów, pretensji, to odwiedzający rodzinę duszpasterz zyska zupełnie inny – prawdziwszy (?) – obraz parafianina. Warto tez pamiętać, że mieszkający na plebanii księża mają utrudniony dostęp do życia codziennego parafian – skąd mają wiedzieć o tym, jak się żyje na Umińskiego czy Rolnej, skoro bez zaproszenia bywają tylko na wezwanie do chorych – a to już też wcale nie taka częsta praktyka. W trosce o jakość duszpasterstwa powinno nam, parafianom, zależeć, by nasi księża jak najbardziej uczestniczyli w naszym codziennym życiu – zetknęli się z naszymi bolączkami, radościami, porażkami i sukcesami. Po to, by mówili do nas naszym językiem, byśmy lepiej się rozumieli. Ale ani konfesjonał, ani samo uczestnictwo we mszy temu nie służą.

W obliczu naszego jubileuszu i misji parafialnych takie spotkanie może być żywą zachętą do uczestnictwa w tychże misjach i jubileuszu. Tu jednak inicjatywa należy do duszpasterza. Ale najpierw trzeba go zaprosić, a nie traktować ja natrętnego akwizytora.

Uwolnić kolędę

Dlaczego nie mielibyśmy spotykać się w domach naszych parafian przez cały rok. Cóż stoi na przeszkodzie? Czyż Franciszek w swojej adhortacji apostolskiej Evangelii gaudium nie upomina nas, że nie możemy usprawiedliwiać siebie tłumaczeniem, że zawsze tak się robiło. Co z tego, że przez tyle dziesięcioleci kolędowano po Bożym Narodzeniu? – pisał w poprzednim Liście do parafian ksiądz proboszcz. A ja rozwinęłabym to o próbę wspólnego stworzenia grafiku kolęd – tych naprawdę chcianych, oczekiwanych. Czy moglibyśmy się pokusić o „zamawianie” terminu kolędy – w biurze parafialnym albo online? Księża mogliby wyznaczać dni swojej dyspozycyjności oraz godziny (właśnie wcale nie te szablonowe 16-20, ale wiele innych – ileż to osób chętnie przyjęłoby duszpasterza o godz. 10.30 w dzień powszedni? Śmiem przypuszczać, że wielu emerytów) na jakiś okres, np. z wyprzedzeniem 2-3-tygodniowym. Wierni natomiast mogliby z tych godzin wybierać coś dla siebie. Oczywiście istnieje obawa, że taki sposób „zamawiania” kolędy przerodzi się w konkurs popularności księży, którzy w tejże kolędzie uczestniczą, co z kolei minie się z założeniem kolędy. Może więc ograniczyć wybór osoby w myśl zasady, że ksiądz to ksiądz? Pomysł niewątpliwie wymaga wspólnego dopracowania, tj. zarówno przez świeckich, jak i duchownych naszej parafii, no i dobrej organizacji, ale wydaje się, że w dobie telefonów komórkowych indywidualna komunikacja z rodzinami w sytuacjach awaryjnych nie powinna stanowić problemu (obowiązkowe podanie czynnego telefonu do kontaktu w chwili zamawiania wizyty). By nieco ułatwić grafik, można by obszar parafii podzielić tak, by np. w okresie 2-3 tygodni rodziny z danego kwartału zamawiały wizytę – zapobiegnie to pokonywaniu większych odległości przez kolędników.

Jestem za uwolnieniem kolędy i przeorganizowaniem jej względem tradycji, która zdaje się umierać na naszych oczach. Skoro bowiem parafianie potrafili wpisywać się w grafik, by do swojego domu przyjąć relikwie bł. Jana Pawła II, skoro z coraz większym trudem dopasowujemy się do ram, dla których nie znajdujemy uzasadnienia (bo dlaczego kolęda musi być w wyznaczonym odgórnie, z nikim niekonsultowanym terminie), to dlaczego nie mieliby przejąć inicjatywy i zapraszać duszpasterza do siebie we wspólnie określonym terminie (właśnie między wrześniem a grudniem).

Zmobilizować – siebie i innych

Niestety, tylko z pozoru jest to proste. Oto bowiem będzie wyzwanie dla wszystkich płynących z nurtem parafian, którzy nawet nie wiedzą, gdzie się mieści kancelaria parafialna (jak zgłosić więc taką wizytę?). Czy zdobędą się na większą aktywność, by zaplanować dzień wizyty, przygotować się na nią (bo teraz nie będzie usprawiedliwienia o tym, że zostali zaskoczeni).

Prawdą jest też, że wielu ludziom trudno się zmobilizować do czegoś, gdy nie mają nad sobą bata, np. w postaci odgórnie wyznaczonego terminu. Częstokroć trudniej samemu zorganizować się tak, by powiedzieć, że konkretny dzień rezerwuję dla księdza, choćby nie wiem co. Co więc zrobić, by osoby z takimi trudnościami jednak do tego zachęcić? Mamy jeszcze trochę czasu, mamy wiele myślących osób, więc w imieniu redakcji wyrażam nadzieję, że odezwą się i zaproponują – czy to na łamach pisma, czy na spotkaniach Rady Parafialnej lub może swoich wspólnot – jakieś pomysły. Czekamy na nie!
Planowana, zaakceptowana przez obie strony wizyta duszpasterska, oznacza przygotowanie – obu stron. Nie chodzi tylko o przejrzenie kartoteki przez księdza czy zeszytu do religii dzieci przez rodziców. Po co zapraszam duszpasterza do siebie? Czy jestem gotów na wspólną modlitwę? O czym chcę rozmawiać z księdzem? Po co w ogóle tego księdza zapraszam?

Obawiam się, że część rodzin, które jeszcze w tym roku przyjęły kolędę, na powyższe pytanie do września sobie nie odpowie i… No właśnie, taka planowana kolęda może być świetnym sprawdzianem dojrzałości naszej wiary i naszego parafialnego życia. Wprawdzie nie o statystyki nam w niej chodzi, ale mogą one być smutniejsze od tegorocznych. Za to może bliższe realiom?

Masz swoje zdanie? Co sądzisz o kolędach poza okresem Bożego Narodzenia? Czekamy na Państwa głosy!


środa, 12 lutego 2014

Co słychać u Bliźniaków?

Ponieważ zbliża się okres rozliczeń PIT, publikujemy relację pani Beaty Rozwadowskiej z pracowitego roku rodziny bliźniaków, których parafia otacza opieką.
Kochani!
Na początku motto Kardynała Stefana Wyszyńskiego: "Po to gromadzimy, abyśmy mieli co rozdawać"

Tak jak w zeszłym roku zwracamy się do Was o przekazanie 1% Waszego podatku na nasze kochane bliźniaki – dla Adasia i Stefka.

Na początku dziękujemy za Waszą bezinteresowną pomoc, bez której nie wiem jak dalibyśmy radę.

Rok 2013 był dla nas pracowity, jak zwykle dla Adasia najbardziej:
03.01.2013 – czyszczenie ucha w znieczulenie ogólnym i wykonanie badania słuchu w Międzynarodowym Centrum Mowy i Słuchu w Kajetanach; okazało się, że Adaś ma głęboki niedosłuch na dźwięki niskie (80 decybeli), czyli prawie nie słyszy samogłosek, a na wysokie 40 decybeli. Dziwne, gdyż raczej zwykle jest odwrotnie. Od lutego zaczął nosić aparat słuchowy, który odmienił jego życie. Usłyszał świat dookoła.
24.04.2013 – sprowadzenie lewego jądra do moszny; plastyka przepukliny pachwinowej lewostronnej.
25.07.2013 – plastyka rekonstrukcyjna powieki dolnej lewej i wycięcie chrzęstniaków okolicy przedusznej prawej.
13.11.2013 – laryngotracheobronchoskopia; Adaś miał w znieczuleniu ogólnym oglądaną krtań laryngoskopem. Konkluzja – ekstremalnie trudna intubacja. Na szczęście nie ma żadnych odleżyn od rurki, krtań prawidłowa, ale wejście wąskie uniemożliwiające intubację. Rurka tracheo z nami na wsze wczasy... chyba że wymodlimy cud. Z przełykaniem pokarmów drogą doustną też możemy tylko pomarzyć. Anatomia trudna, ale nie do zoperowania. Na dodatek problemy z koordynacją połykania. Odradza się karmienie doustne z powodu krztuszenia. Jedynie minimalna stymulacja smakowa.
Adaś wciąż nie mówi, ale staramy się wprowadzać komunikację za pomocą obrazków. Mamy specjalny program do drukowania symboli graficznych i uczymy Adasia ich rozumienia. Podczas turnusu neurologopedycznego w lipcu Adaś uczył się znaków TAK/NIE. Cały czas utrwalamy i udało się. Adaś jest w stanie nam pokazać paluszkiem na znakach, czy chce coś robić dalej; czy chce założyć skarpety, czy chce do zabawy demonstrowaną zabawkę; którą piosenkę mam mu zaśpiewać. To ogromny sukces, że Adaś może być rozumiany. Dzięki temu zaczął się lepiej rozwijać.

W sumie Adaś był na czterech turnusach rehabilitacyjnych, co daje efekty. Potrafi stanąć samodzielnie kilka sekund. Podczas turnusu udało mu się przejść kilka kroków  Myślał, że z tyłu trzyma go rehabilitant. Wczoraj po raz pierwszy samodzielnie przeszedł ok. 10 metrów. Historyczna chwila. Wiele pracy i udało się!!! Niech żyje Adaś!

Generalnie, jak zawsze nie przejmuje się tym, że przeżył cztery znieczulenia ogólne, że musi ćwiczyć. Jest wesoły i zawsze rano budzi się z uśmiechem na twarzy i zdaje się nam mówić: Będzie dobrze. Ciesz się każdym dniem!

A cóż przyniesie rok 2014?
Kolejna operacja Adasia w IMID planowana 14.03.2014 – mięsień okrężny ust. Może uda się też kolejną związaną z rozszczepem powieki oka. Trudny temat.

>>>
Już w styczniu tego roku byliśmy na turnusie rehabilitacyjnym.

Jeśli chodzi o Stefka – operacji w roku 2013 na szczęście nie było i na razie nie będzie. Następny etap to przekonać Stefka do noszenia aparatu ortodontycznego. Stefek był na turnusie neurologopedyczny. Ćwiczy intensywnie poprawną wymowę, chodzi do przedszkola, bije się z Anią, jak to bywa wśród rodzeństwa.

Mama nie da odpocząć. Jak się uda, to przed nami jeszcze cztery turnusy rehabilitacyjne dla Adama oraz wspólny turnus neurologopedyczny Adasia i Stefka – każde dziecko z opiekunem to koszt 5 900 zł.

Koszt dwutygodniowego turnusu ruchowego to około 5000 zł.

Widzicie więc, że potrzeby ogromne.

Potrzebne dane:

Nazwa OPP: Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
Numer KRS: 0000037904

W rubryce o informacjach uzupełniających należy wpisać według podanej kolejności: 7576 Rozwadowski Adam i Stefan

Jeśli możesz poproś swoją rodzinę, współpracowników, znajomych, aby i oni przekazali swój 1% podatku i poprosili dalszych znajomych o pomoc.

Możesz rozdać ulotki, które znajdziesz w naszym kościele (przy wyjściu).

Czekamy na Waszą pomoc i bardzo za nią dziękujemy!!! W podziękowaniu uśmiechy z galerii z naszej stronki: www.adasistefek.pl. Zachęcamy do obejrzenia filmików na YouTube
http://www.youtube.com/watch?v=ID1E_Z5HsvE

Adaś i Stefek

Serdecznie pozdrawiam
Beata Rozwadowska

wtorek, 11 lutego 2014

Dzień Chorego

Tego dnia Kościół modli się i prosi swoich wiernych o szczególną modlitwę za chorych i cierpiących. Pewnie wielu z nas przed oczami staje wtedy postać chorującego przed kilkoma laty Jana Pawła II, wielu ludzi starszych, inwalidów. Pewnie rzadziej młodych ludzi, których jeszcze wczoraj, miesiąc temu czy pół roku temu widzieliśmy w pełni sił.

Dlatego dziś chciałabym prosić Państwa, Czytelników, o modlitwę zwłaszcza w intencji Mirona. Czytelnicy naszego pisma i nasi parafianie wiedzą, że Miron - właściciel zaprzyjaźnionej z nami drukarni - został ciężko ranny i poparzony przy wybuchu pieca na kilka dni przed Wigilią. Nikt, kto sam nie przeżył poparzenia znacznej części ciała (u Mirona wyniosło ono 70 proc.) albo kto nie otarł się o takie nieszczęście wśród swoich bliskich, na pewno nie jest w stanie wyobrazić sobie ogromu cierpienia fizycznego i psychicznego. Miron od tego czasu co kilka dni ma przeszczepy skóry, powtarzane do skutku, czyli do przyjęcia się tkanek na poparzonych organach. Co kilka dni zatem operacje, co chwilę zmieniane sterylne opatrunki, ograniczony kontakt ze światem (na oddział mogą wchodzić tylko najbliżsi). Gdy przeszczepy zostaną zakończone, przed chorym jeszcze długa i trudna rehabilitacja oraz potrzeba ogromnej cierpliwości do obchodzenia się z "nową", wrażliwszą skórą.

Prosimy zatem o modlitwę, która - jak wierzymy - już dokonała cudów, jak ten, że najbardziej poparzone ręce zagoiły się najszybciej!

poniedziałek, 10 lutego 2014

Mało słona sól

Oglądali Państwo niedzielny program TVP1 "Między niebem a ziemią"?

Tego dnia Ewangelia dotyczyła "soli świata" i to jej rozważanie przed Aniołem Pańskim poświęcił papież. A później nadano wypowiedzi polskich biskupów na temat ich wizyty u Ojca Świętego. I co usłyszeliśmy od naszych duszpasterzy? W tzw. setce (czyli wypowiedziach do kamery - 100 proc. dźwięku, 100 proc. obrazu), tak samo jak we wszystkich listach duszpasterskich naszego episkopatu, roiło się od kwiecistych sformułowań, banialuk, "ubogacających", "owocnych" zdań. Jednym słowem nie usłyszeliśmy nic, totalnie nic na temat tejże wizyty. Jedyny konkret, jaki padł z ust biskupa, to wypowiedź abpa Hosera o tym, jaki Papież daje przepis na kazanie (polecam przy okazji felieton na ten temat). Tyle tylko, że... cały świat o tym przepisie czytał i słyszał w okolicach ogłoszenia najnowszej encykliki. Biskupi musieli pojechać do Watykanu, by o tym powiedzieć?

Słuchając tej biskupiej nowomowy, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że mało słona jest sól polskiego Kościoła i na razie raczej nie nabrała lepszych właściwości po tej wizycie w Rzymie.